fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Wychodzi ze mnie Łódź

Marek Saganowski
Fotorzepa, Piotr Nowak
Napastnik Legii Marek Saganowski o kolegach z drużyny, meczach z Lechem i marzeniach, które zostały mu do spełnienia.

Rzeczpospolita: Po golu z Lechem w finale Pucharu Polski kamień spadł panu z serca?

Marek Saganowski: Dlaczego miałoby tak być?

Bo w lidze pan nie strzela.

Nie przejmuję się tym jakoś specjalnie. Nie twierdzę, że zupełnie mi to nie ciąży, jestem napastnikiem, uwielbiam strzelać gole. Ale wiem też, co daję drużynie.

Kto jest lepszym piłkarzem – Saganowski czy Orlando Sa?

Orlando na pewno mnie przewyższa szybkością i jest lepiej wyszkolony technicznie. Natomiast ja lepiej rozumiem taktykę, mam większą wolę zwycięstwa. Moją przewagą jest też to, że zawsze gram dla drużyny i nie interesują mnie indywidualne statystyki. Najczęściej jest mi wypominany wiek. Ale to ja zaczynam pressing, to ja walczę o piłkę i często dzięki temu ją odzyskujemy. Przeciwko Lechowi miał grać Orlando, ale przypadek, czyli kontuzja, zadecydował, że to ja wyszedłem w pierwszym składzie i strzeliłem decydującego gola.

Kiedy z cudownego dziecka polskiej piłki stał się pan graczem walecznym?

Chyba w Anglii. Tak naprawdę w Southampton definitywnie zrozumiałem, że na koniec nie liczą się bramki, ale wynik zespołu. Miałem świetny okres w Championship. W 13 meczach strzeliłem 11 goli. Jeden z psychologów klubowych podszedł któregoś dnia do mnie i powiedział: „Ludzie z kontynentu potrzebują zazwyczaj pół roku, czasem roku, żeby zrozumieć naszą mentalność. A ty masz to wyssane z mlekiem matki. Jesteś jednym z nas". Ale wtedy też zobaczyłem, że trenerzy w Anglii nie patrzą na gole z taką nabożnością. Zdarzało się, że szkoleniowiec sadzał w następnym meczu na ławce człowieka, który owszem, zdobył bramkę, ale nie wypełniał zadań taktycznych.

Henning Berg taki właśnie jest?

Tak, w końcu tyle lat grał na Wyspach. Fajna była sytuacja, gdy podszedł do mnie po meczu z Zawiszą, który wygraliśmy 2:0, ale ja nie strzeliłem gola, i powiedział, że znacznie ważniejsze jest to, jak ciągnąłem całą drużynę do pressingu, niż gdybym zdobył dwie bramki. Dla mnie to był dowód, że trener ceni tych, którzy ciężko pracują, by ktoś mógł dostawić nogę i piłka wpadła do bramki. W Legii była jedna indywidualność – Miro Radović. Na niego można było bez szemrania pracować. Reszta musi zasuwać na zespół. Nawet Ondrej Duda, choć jestem przekonany, że wkrótce będzie wielkim piłkarzem.

Jest pan ulubieńcem Berga.

A od początku nim byłem?

Nie.

No właśnie. Trzeba było pracować, w przeciwieństwie do niektórych nie obrażałem się, nie zwieszałem głowy. Gdy wróciłem po kontuzji, wszyscy, poza Bergiem, dawali mi do zrozumienia, że jestem napastnikiem numer cztery albo pięć. Dziennikarze, władze klubu, wszyscy uważali, że już kończę karierę. Berg dawał mi szansę tylko w meczach, w których stosował największą rotację. Ale ja nigdy nie daję za wygraną. We Francji czy w Grecji było podobnie. Przez pierwszych kilka miesięcy niemal nie grałem, ale dzięki pracy, uporowi udowadniałem, że to mnie należy się miejsce w składzie. I wszyscy trenerzy zawsze na koniec podkreślali, że miło im było pracować z człowiekiem o takim charakterze.

Łódź z pana wychodzi?

Ładnie pan to ujął. Jestem z dobrej, robotniczej, łódzkiej rodziny.

Brakuje tej „Łodzi" młodszym zawodnikom?

Nie przeżyli tego co ja. Miałem niecałe 17 lat i strzelałem po kilkadziesiąt goli w lidze. Szedłem jak burza w górę. I naprawdę byłem lepszym zawodnikiem od tych, którzy dziś uchodzą za wielkie talenty. Mimo to nosiłem piłki za starszymi, miałem jedną parę butów na cały sezon, a nie 15 w zależności od modnej w danym miesiącu kolorystyki. I gdy mi pękały, to zanosiłem je do szewca. I bardzo mocno z tego szczytu spadłem. Bez spadochronu...

I ze swojej winy.

Tak, ponieważ byłem zbyt brawurowy i miałem zdecydowanie za dużo fantazji.

Ma pan 36 lat i poważne przejścia za sobą. Jak dogaduje się pan z młodzieżą w szatni, gdy każdy wgapiony jest w swój telefon: Twitter, Tinder, snapchat, whatsapp?

Tego nie rozumiem. Generalnie mam fajny kontakt z młodymi, chociaż wiedzą, że nie cierpię, jak ktoś się obija na treningach. Cieszę się tylko, że w czasach, gdy ja byłem wschodzącą gwiazdą, nie było tego ciągłego obnażania życia prywatnego.

Pije pan do historii z tortem, gdy Jakub Rzeźniczak upublicznił w internecie nagranie, jak świętuje pan 100. bramkę w lidze?

Fajny wygłup. Miał być tylko dla przyjaciół, niepotrzebnie jednak ten filmik wyszedł w świat. Porozmawiałem z Kubą później, to już za nami. Wytłumaczone i zamiecione.

Czuje pan, że dostał drugie życie? A właściwie to już trzecie? Miał pan 33 lata, gdy wracał do ŁKS... Wydawało się, że to już końcówka.

Mówię wszystkim: „Pracuj, a życie ci odda".

Wracając w wieku 33 lat do ŁKS, przyjeżdżał pan z zamiarem podbicia ligi czy pogrania w swoim klubie na zakończenie kariery?

Zdecydowanie chciałem pograć u siebie na koniec kariery. Ale znowu została podrażniona moja ambicja. A mnie nie należy denerwować. W ŁKS było mnóstwo ludzi, którzy do końca, do spadku, byli w porządku, byli moimi przyjaciółmi. Ale poznałem też tę gorszą stronę medalu. Tak mnie namawiali na powrót do Łodzi, tak się niby cieszyli, tak obiecywali, że w ŁKS nastaje nowa era, a okazali się dwulicowymi ludźmi. Mówię o niektórych kibicach i niektórych działaczach. Bardzo się cieszyłem na ten powrót do domu. Chciałem rok, dwa lata pograć w ekstraklasie, płynnie przejść na pozycję trenera, ale gdy nastały trudne czasy, to się zaczęło: że przyjechałem tu na emeryturę, że już dawno powinienem sobie dać spokój.

Nazwiska?

Nie... bez nazwisk. Po ofercie z Legii pomyślałem: „Brawo. To teraz 100 procent skupienia i pokażesz, że Saganowski tak łatwo się nie poddaje". Co ciekawe, jedyną osobą, która wierzyła, że jeszcze zagram w Legii, była moja żona. Gdy wracaliśmy do Łodzi, powiedziała mi: „Zobaczysz, jeszcze wrócisz do Warszawy".

Niepoprawna optymistka.

I jedyna osoba, która mnie zawsze i we wszystkim wspierała i była przy mnie. Od wypadku motocyklowego, poprzez zagraniczne wojaże, powrót do Łodzi i do Warszawy. Gdy ŁKS się rozpadł i przyszła oferta z Legii, czytałem te wszystkie komentarze „po co taki weteran do Legii". No i proszę: zdobyłem dwukrotnie Puchar Polski, dwa razy mistrzostwo i jestem na drodze do trzeciego.

36 lat, chciałoby się z panem przeprowadzić wywiad podsumowujący, ale głupio, skoro negocjuje pan nową umowę z Legią...

Na razie prowadzone są rozmowy. Jeszcze nic nie jest podpisane. Osiągnijmy swój cel i zobaczymy, co będzie.

Ale rozumiem, że pan chce?

Tak. Powiem więcej, na pewno nie kończę z grą.

Czyli ŁKS?

Mam jeszcze coś do osiągnięcia. Po finale Pucharu Polski rozmawiałem z moim przyjacielem Bartkiem Jurkowskim. Powiedział, żebym wypełnił kupon totka, że muszę trafić szóstkę, bo jestem dziecko szczęścia. Pytam go, dlaczego tak uważa. A on mi na to, że pamięta, jak wspólnie oglądaliśmy mecze Polaków na Euro 2012 i że nie mogłem wyjść z zachwytu nad Stadionem Narodowym. Opowiadałem mu, jak bardzo żałuję, że już na nim nie zagram i nie strzelę gola. Trzy lata później finał PP na Narodowym i zdobywam decydującą bramkę.

Ile takich marzeń do spełnienia zostało?

Chciałbym dobić do 100 goli w barwach Legii. Zespołowo oczywiście Liga Mistrzów. I zamieniłbym wszystkie własne osiągnięcia na ten awans.

Jak pan reaguje na te prześmiewcze teksty, że z dziadkiem na Ligę Mistrzów Legia się szykuje?

Dumny jestem i znów się nakręcam. Skończy się tak, że to ja strzelę gola decydującego o awansie do Champions League.

Marek Saganowski, 36 lat. Wychowanek ŁKS. W 1995 roku debiutował w lidze, a rok później, nie mając 18 lat, w reprezentacji Polski. Miał poważny wypadek na motocyklu i jego kariera wyhamowała. W 2002 roku trafił do Legii. Po trzech sezonach odszedł do Portugalii i rozpoczął wojaże po Europie. W wieku 33 lat wrócił do ŁKS, który spadł z ekstraklasy i zbankrutował. Dostał ofertę gry w Legii i zdobył po dwa razy mistrzostwo i Puchar Polski.

RUNDA FINAŁOWA: w sobotę szlagier Legia – Lech

Po podziale punktów oraz 16 drużyn na dwie grupy: mistrzowską i spadkową czeka nas siedem kolejek, decydujących o tytule i utrzymaniu.

Mecz Legii z Lechem, czyli lidera z wiceliderem, to szlagier nie tylko kolejki, ale i całej rundy. W grupie spadkowej jest jeszcze ciekawiej niż w mistrzowskiej, bo drużynę 9. od 16. dzieli tylko pięć punktów. Bełchatów i Zawisza już w najbliższy weekend mogą wydostać się z dna. —t.w.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA