fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Zygmunt Niewiadomski: Zbyt mało korzystałem z życia

prof. Zbigniew Niewiadomski
Fotorzepa
Jak zostałem Prawnikiem... dla „Rzeczpospolitej”: Prof. Zygmunt Niewiadomski, dyrektor Instytutu Ekonomii Politycznej, Prawa i Polityki Gospodarczej SGH.

Rz: Jako ośmiolatek czytywał pan „Państwo i Prawo".

Zygmunt Niewiadomski: Od dzieciństwa interesowałem się życiem społecznym. Rzeczywiście już wówczas w długą podróż z mamą z Zamościa do Zakopanego zabrałem ze sobą lektury, w tym „Państwo i Prawo". Siedzący naprzeciwko mnie pasażer, jak się okazało adwokat, zapytał mnie, czy rozumiem coś z lektury. Kiedy odparłem, że niewiele, proroczo stwierdził, że na pewno zostanę prawnikiem.

Czy od zawsze interesował się pan prawem?

Procedurą administracyjną zainteresowałem się, kiedy moi rodzice budowali dom. Byłem wówczas jeszcze w szkole podstawowej, ale nie przeszkodziło mi to chodzić do urzędów, by ponaglać urzędników do wydania stosownych decyzji. Z kolei w szkole średniej brałem udział w olimpiadach wiedzy o Polsce i świecie, które często wygrywałem. Studia prawnicze były więc naturalną kontynuacją moich zainteresowań.

Wybrałem je również z lekkiej przekory. W mojej rodzinie jest wielu lekarzy i wszyscy oczekiwali, że ja również będę studiował medycynę.

Jak wspomina pan studia?

Trochę żałuję, że zbyt mało udzielałem się towarzysko i korzystałem z życia. W wakacje jeździłem z przyjaciółmi. Przy ognisku toczyły się rozmowy o polityce, gospodarce i naprawianiu świata. Zdarzało mi się wybrać na wakacyjny wyjazd na rowerze. Trasy bywały długie, na przykład z Lublina w Bieszczady czy na Mazury.

W czasie studiów koncentrowałem się jednak na nauce. W tamtych czasach na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej wykładali znani profesorowie, niektórzy jeszcze sprzed wojny. Pamiętam znakomite wykłady z historii doktryn polityczno-prawnych prof. Jana Malarczyka czy zajęcia z prof. Ignatowiczem z prawa cywilnego, który sypał przykładami z orzecznictwa. Prawo mnie coraz bardziej wciągało. Kiedy nadarzyła się więc okazja pracy na uczelni, nie wahałem się jej przyjąć.

Jak pan zawędrował z lubelskiego UMCS do warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej?

Droga była długa, bo prowadziła między innymi przez Szwajcarię. Kiedy byłem asystentem na UMCS, zobaczyłem ogłoszenie o możliwości wyjazdu na staż naukowy do Zurychu. Na Polskę było tylko jedno miejsce. Nie podjąłem więc wyzwania, bo uważałem, że nie mam szans. Codziennie przechodziłem jednak obok tego ogłoszenia. W końcu się zdecydowałem. Warunkiem było zaproponowanie atrakcyjnego programu badań, ale co ówczesny prawnik zza żelaznej kurtyny mógł zaoferować? Pomyślałem, że zaproponuję badania nad samorządem terytorialnym, wiedząc o szwajcarskich tradycjach. To był strzał w dziesiątkę, bo dostałem się na staż. W ten sposób głębiej zainteresowałem się samorządem terytorialnym. Od tego było już blisko do planowania przestrzennego, a potem do procesu inwestycyjno-budowlanego. Tak ulokowałem swoje zainteresowania w prawie gospodarczym i ekonomii. W SGH poszukiwano kierownika Katedry Prawa Gospodarczego. Ówczesny rektor SGH prof. Rocki zaproponował mi to stanowisko, a ja je przyjąłem.

Pana zagraniczne doświadczenia okazały się cenne podczas reformowania polskiego samorządu terytorialnego.

Mam nadzieję. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że moja wiedza tak szybko się przyda w demokratycznej Polsce. W 1989 r. byłem już po habilitacji z tej problematyki. Dzięki temu mogłem współuczestniczyć w pracach nad reformą samorządową, a potem systemem planowania i zagospodarowania przestrzennego, a wreszcie nad prawem procesu inwestycyjno-budowlanego, inicjując prace nad kodeksem budowlanym.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA