fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Umiemy liczyć – liczmy na siebie

Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP
materiały prasowe
W najbliższych latach Polska planuje wydać na zakup sprzętu wojskowego około 130 miliardów złotych.

Byłoby kompletnym idiotyzmem, gdyby pieniądze polskich podatników trafiły do zagranicznych firm, które obiecują gruszki na wierzbie, podczas gdy tej samej – albo lepszej – klasy sprzęt mogą z powodzeniem dostarczyć działające w Polsce podmioty.

Dlatego w trakcie rozstrzygania przetargów, oprócz kryteriów czysto wojskowych, powinny być brane pod uwagę przede wszystkim korzyści dla gospodarki, czyli liczba nowych miejsc pracy, korzyści dla regionu i lokalnych firm, obecność na polskim rynku i skala powiązań kooperacyjnych z polskimi podmiotami. Kluczowa jest także gotowość potencjalnego dostawcy do przekazania technologii i zaangażowania w ich rozwijanie polskich inżynierów, a nie tylko poprzestanie na uruchomieniu w naszym kraju montowni.

Tak powinno być – a jak jest w praktyce? Dobrą ilustracją problemu może być planowany przetarg na śmigłowce dla armii. W Polsce mamy dwa zakłady produkujące najnowocześniejsze na świecie śmigłowce: jeden w Mielcu (należący do koncernu Sikorsky), drugi to najstarszy polski producent śmigłowców PZL Świdnik, działający obecnie w ramach włosko-brytyjskiej grupy AgustaWestland. Oba zakłady mają swoje atuty, chociaż skalą zaangażowania na polskim rynku, kompleksowością produkcji i poziomem zatrudnienia wybijają się zakłady w Świdniku.

W cywilizowanym kraju wybór byłby jasny: porównujemy walory produkowanych w naszym kraju śmigłowców, oceniamy korzyści ze współpracy dla regionu, lokalnych firm oraz gospodarki i dokonujemy wyboru. A co dzieje się w Polsce? Przetarg, w którym takie same (a niektórzy twierdzą, że z powodów politycznych nawet większe) szanse na zwycięstwo ma producent, który nie wytwarza w naszym kraju śmigłowców, ale w razie wygranej deklaruje uruchomienie u nas montowni. Taki scenariusz oznacza, że potencjał tworzony od lat w działających już w Polsce firmach zostaje wyrzucony w błoto i właściwie nic nie znaczy. To absurd.

Ktoś może powiedzieć, że obowiązują nas przecież europejskie przepisy dotyczące przetargów w dziedzinie obronności. Owszem, obowiązują, tylko że jakimś trafem Niemcy wybierają niemieckie czołgi, Czesi – czeską broń, a Francuzi – francuskie samoloty.

Jasne jest, że nie wszędzie dysponujemy odpowiednimi możliwościami – bez pomocy zagranicznych partnerów nie zbudujemy nowoczesnych myśliwców, pocisków manewrujących czy okrętów podwodnych. W przypadku zakupów sprzętu, którego nie są w stanie dostarczyć działające w Polsce firmy, warunkiem zakupu powinna być jasna wizja współpracy z polskim przemysłem, gotowość do przekazania technologii, wieloletni plan rozwoju i – co szczególnie istotne – możliwości uniezależnienia się np. od zagranicznej bazy remontowej.

Kolejny przykład: planowany zakup okrętów podwodnych. Chociaż oferenci – francuski DCNS i niemiecki ThyssenKrupp – deklarują współpracę przemysłową, obiektywnie należy przyznać, że to Francuzi jako pierwsi wystąpili z konkretnymi propozycjami inwestycji w polskich stoczniach i przedstawili szerokie plany rozwoju tej gałęzi przemysłu okrętowego w Polsce.

„Umiesz liczyć, licz na siebie" – ta bardzo przydatna w codziennym życiu maksyma doskonale oddaje podejście do kwestii obronności w rozwiniętych krajach. Zgodnie z tą zasadą, dba się tam nie tylko o nowoczesne wyposażenie sił zbrojnych, lecz także o rozwój rodzimego przemysłu obronnego, co pozwala na uniezależnienie się od dostawców zewnętrznych. Jak będzie w Polsce? Wszystko zależy od urzędników, którzy zdecydują o wynikach wojskowych przetargów. Pozwoliłem sobie napisać w tej sprawie do pani premier Ewy Kopacz. Chciałem jej przypomnieć, że te zadeklarowane w budżecie 130 mld zł może albo wzmocnić polski przemysł, podnieść innowacyjność i napędzić gospodarkę, albo „wyemigrować" i zaprzepaścić niepowtarzalną szansę na jakościowy wzrost jego potencjału. W dłuższej bowiem perspektywie ważniejsze od kupienia tu i teraz nowego czołgu czy wozu bojowego, jest zapewnienie tego, by za kilka lat potrafiono ten wóz czy czołg samodzielnie zbudować w kraju. Tylko to zapewni nam prawdziwie silną i niezależną pozycję na arenie międzynarodowej.

Chociaż oficjalne deklaracje temu przeczą, oczywiste jest to, że na wynik przetargów w obszarze obronności w dużym stopniu wpływa polityka. Miejmy nadzieję, iż nie będzie to oznaczało, że Polska stanie się wdzięcznym rynkiem zbytu dla zachodnich koncernów – jak gąbka chłonącym nie najnowsze konstrukcje, wychodzące z użycia w armiach sojuszniczych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA