Sport

Solidarność zawsze ma sens

Szymon Kołecki
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Szymon Kołecki, wicemistrz olimpijski z Sydney w podnoszeniu ciężarów o swoich przygotowaniach do igrzysk w Pekinie
Rz: Kręgosłup już nie boli?
Szymon Kołecki: Boli, ale zdążyłem się do tego przyzwyczaić. Kiedyś było znacznie gorzej, więc teraz nie mam prawa narzekać. Zna pan kogoś, kto po podobnej operacji wrócił na pomost i szykuje się do zdobycia olimpijskiego złota?
Nie dopytuję nikogo, więc nie wiem. Kontuzje kręgosłupa to zmora ciężarowców, więc być może są też tacy jak ja, tylko nie mówią o tym głośno. Kiedy zakłada pan coraz większe ciężary, lekarze nie przestrzegają przed niebezpieczeństwem? Operacja, której poddałem się w listopadzie 2004 roku, była przecież po to, żebym mógł dźwigać. Ostatnio nie robiłem wprawdzie rezonansu magnetycznego, ale czuję, że wszystko jest dobrze. Nie ma niepokojących sygnałów. Potrafi je pan wychwycić? Między innymi na tym polega mistrzostwo. Nie wystarczy tylko trenować. Trzeba dbać o zdrowie, odpowiednio się odżywiać, tak naprawdę zrozumieć, o co chodzi w dźwiganiu ciężarów. Silny, ale głupi niewiele tu zdziała. Ciężko zmienić nawyki żywieniowe? Dla mnie to nie problem. Zawsze wiedziałem, że jak masz tłuszcz, to nie masz mięśni. Trzy miesiące przed zawodami zaczynam dietę i twardo się jej trzymam. Ale tak naprawdę prawidłowe żywienie zaczęło się dopiero, gdy przyszedł trener kadry Zygmunt Smalcerz. Lubi pan treningi pod okiem mistrza olimpijskiego z Monachium? Pan Smalcerz jest wiecznym optymistą. Nie uznaje konfliktów, zawsze dąży do porozumienia. Z nim wszystko jest łatwiejsze. Ile lat już pan dźwiga? W przyszłym będzie dwadzieścia. Wcześnie zaczynałem. Miałem osiem lat, gdy w Polkowicach po raz pierwszy wystartowałem w zawodach. Rywalizowałem w grupie 14-latków. Z jakim skutkiem? Zająłem drugie miejsce. Podrzuciłem wtedy 42,5 kg, ważąc 34 kilogramy. Tyle że ja już wtedy dźwigałem od kilku lat. Od małego chodziłem na zajęcia z ojcem, który był trenerem podnoszenia ciężarów. I kiedy w połowie lat osiemdziesiątych w Wierzbnie, mojej rodzinnej wsi, rozgrywano mecz Polska – NRD, w przerwie między rwaniem i podrzutem wyszedłem na pomost z pokazem prawidłowej techniki wykonywania tych bojów. Rwałem i podrzucałem lekką, plastikową sztangę. Miałem wtedy pięć lat. Pana brat też tak wcześnie zaczynał? Kiedy jeszcze byłem w domu, zabierałem go na treningi, ale szybko, w wieku 15 lat, przeniosłem się do Ciechanowa. Sylwek zaczął trenować zapasy, jeździł na zajęcia do Śląska Wrocław. Teraz ma 21 lat, podnosi coraz większe ciężary w pańskiej kategorii, do 94 kg. Będzie mistrzem tak jak pan? Nie wiem, ma duże możliwości i talent do pracy, stara się mnie podpatrywać, ale za wcześnie na prognozy. Nie chciałby go pan trenować? Nie nadaję się na trenera. Brakuje mi cierpliwości. I choć sam wiem, jak ciężko jest nieraz wyeliminować prosty błąd, nie potrafię być wyrozumiały w stosunku do innych, od razu krew mnie zalewa. A dobry trener musi zachować spokój. W przyszłą sobotę stanie pan znów na pomoście, by walczyć o piąty złoty medal mistrzostw Europy. Taki jest cel? Nie może być innego. Znam swoje możliwości, wiem, że mnie na to stać. Nie mogę z góry się poddawać i zakładać, że przegram. To nie w moim stylu. Na ile pana stać? Minimum 400 kilogramów w dwuboju. 177 w rwaniu i 223 w podrzucie. To dużo. W Sydney wyrwał pan tylko pięć kilogramów więcej i był to rekord życiowy, a w podrzucie mniej... Nie ma sensu wracać do starych czasów. Przegrałem wtedy wygrane zawody. Mogłem mieć złoty medal, ale oddałem go bez walki, gdyż popełniono zbyt dużo prostych, taktycznych błędów. Jakie to były błędy? Przygotowując się do pierwszej próby (222,5 kg), podrzuciłem na rozgrzewce 212,5 kg. Byłem przekonany, że mam jeszcze sporo czasu, kilka podejść. I nagle słyszę, że mam biec na pomost. Zdążyłem tylko obetrzeć spocone dłonie. Dałem sobie radę, ale w następnej próbie znów to samo. Rozgrzewałem się na znacznie niższych ciężarach, mówiono: nie ma pośpiechu. Raz jeszcze ktoś czegoś nie dopilnował. Wyszedłem nieprzygotowany i doznałem kontuzji. Tak uciekło olimpijskie złoto. Na treningach podrzucałem przecież znacznie większe ciężary, podchodziłem do sztangi ważącej 240 kg. Dlaczego pan obiecuje, że wygra, to przecież dodatkowe obciążenie? Nie obiecuję, że wygram. Mówię tylko, że jadę po złoto. To mój cel. Jeśli jednak zrobię wszystko co w mojej mocy, podniosę tyle, ile mogę i przegram, to trudno. Będę się cieszył ze srebra lub brązu i pogratuluję lepszemu. A są lepsi? Jest kilku zawodników, którzy będą walczyć w Pekinie o podium. Najgroźniejszy, najbardziej nieobliczalny jest młody Kazach Ilia Ilin. Na wiele stać Azera Nizami Paszajewa, Gruzina Arsena Kasabijewa i Rosjan – Chadzimurada Atajewa i Romana Konstantynowa. Ale jeśli wyrwę 182 kg, to w podrzucie nie dam się już wyprzedzić. Będę w stanie podnieść nawet 230 kg.Nie chce się wierzyć. Należący do pana rekord świata to 232 kg... Niedawno, podczas pierwszej rundy drużynowych mistrzostw Polski, podrzuciłem 222 kg i spaliłem ostatnią próbę na 227 kg. Sztangę zarzuciłem poprawnie, ale kiedy próbowałem ją podrzucić, pociągnęła mnie do przodu. Pomost był stary i wyślizgany, na oknach nie było zasłon, słońce świeciło mocno w oczy. Próbowałem walczyć, ale nie dałem rady. Wiem jednak, że taki ciężar jest w moim zasięgu. W jednym z wywiadów powiedział pan, że będzie walczył o olimpijski medal z ogoloną głową i długą brodą. Jak mnich tybetański. To prawda? Jeśli sytuacja w Tybecie nie ulegnie poprawie, to głowę ogolę dzień przed startem. Brodę, jeśli będzie długa, tylko lekko przystrzygę. Ale to nic pewnego. Jeśli przegram mistrzostwa Europy, nie będę jej zapuszczał. To taki mój katalog kar i nagród. Na uroczystości otwarcia igrzysk pana nie będzie? W Pekinie wyląduję 10 sierpnia, już po otwarciu. Obejrzę je w Spale. Jeśli na konferencji prasowej zapytają pana o Tybet i prawa człowieka w Chinach, co pan odpowie? Na konferencji są tylko medaliści. Jeśli nie stanę na podium, to zaszyję się gdzieś głęboko, by lizać rany. Jeśli przyjdę, to odpowiem na każde pytanie i będę z pokrzywdzonymi, bo głęboko wierzę, że taka solidarność zawsze ma sens. Wcześniej interesuje mnie tylko jak najlepszy start w zawodach. Nie chcę niczego manifestować. Po igrzyskach w Pekinie skończy pan karierę? Spróbuję dotrwać do Londynu. Myślę, że mój nowy sponsor, firma Gefco, mi w tym pomoże. Ciężary to nie jest sport, który zabezpiecza finansowo mistrzów. Najlepsi wciąż żyją tylko ze stypendiów. Ciężary nie mają lokomotywy, która je pociągnie w nowe czasy. Jeśli sytuacja w Tybecie się nie poprawi, ogolę głowę na dzień przed startem Myślę, że odpowiednio nagłośniony cykl zawodów o Puchar Świata mógłby spełniać taką rolę. Siatkarze grają w komercyjnej Lidze Światowej, skoczkowie mają swój Puchar Świata, dlaczego nie mielibyśmy spróbować i my. Mam wiele pomysłów, chciałbym organizować w Polsce plenerowe, widowiskowe imprezy z udziałem mistrzów sztangi. Z pomocą telewizji, prasy i sponsorów można to zrobić. Wrócę do tego po igrzyskach. Ciągnie pana do innych rzeczy, ciężarowy pomost jest już za ciasny dla Szymona Kołeckiego? Chciałbym się spróbować z Mariuszem Pudzianowskim. Podziwiam go. Pudzian to wielki sportowiec i naprawdę równy gość. Jeszcze sześć lat temu pracował na budowie, a teraz zna go cały świat. W tym co robi, jest mistrzem. I pan chce go pokonać? Powalczyć, pokazać, że też potrafię być dobrym strongmanem. Wiem, że musiałbym dołożyć do tego, co mam, 40 kilogramów mięśni, ale to dopiero byłoby wyzwanie. Nie lepiej po Pekinie wygrać jeszcze igrzyska w Londynie i pokazać, że nie zmarnował pan ogromnego talentu? Też o tym myślę.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL