fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory Samorządowe 2014

Oszukują przed wyborami samorządowymi

Fotorzepa, Marian Zubrzycki MZub Marian Zubrzycki
Na listach poparcia ?dla komitetów wyborczych znalazły się nawet podpisy osób nieżyjących.
Członkowie komisji wyborczych, którzy weryfikują listy poparcia dla kandydatów, odnajdują na nich sfałszowane podpisy osób zmarłych lub niefigurujących w spisie wyborców, skopiowane na ksero (nie zaś złożone osobiście), a nawet... swoje własne, choć zaklinają się, że ich nie składali. Tak zdarzyło się w dużych ośrodkach – w Warszawie, Olsztynie czy Szczecinie, jak i w mniejszych, w Zgierzu i Chojnicach.
Część spraw już wyjaśniają prokuratorzy.

„Przedziwna rzecz"

Wybory lokalne odbędą się 16 listopada. Komitety do ?7 października mogły zgłaszać kandydatów na radnych (a do najbliższego piątku mają na to czas w przypadku kandydatów na prezydentów, burmistrzów i wójtów).
Każdej liście, by została zarejestrowana, musi towarzyszyć odpowiednio dużo podpisów poparcia: od co najmniej 25 w przypadku list do rady gminy niebędącej miastem na prawach powiatu, przez 150 – do rady miasta na prawach powiatu po 300 – do sejmiku.
W Olsztynie na dwóch listach poparcia kandydatów na radnych, które złożył komitet ubiegającego się o reelekcję prezydenta tego miasta Piotra Grzymowicza, znaleziono nazwisko członkini miejskiej komisji wyborczej. – A ona takiego poparcia nie udzielała, dlatego zawiadomiliśmy prokuraturę o możliwości fałszerstwa w dokumentach wyborczych – mówi nam sędzia Anna Górczyńska, szefowa miejskiej komisji.
Sprawę wykryła członkini komisji, której dane wykorzystano. – Listy zostały zarejestrowane, bo i tak było na nich znacznie więcej podpisów ?(2 tys. – red.), niż jest to wymagane – mówi sędzia Górczyńska.
Pełnomocnik komitetu Grzymowicza prof. Mirosław Gronowicz deklaruje, że wierzy w sprawność prokuratury i liczy na to, że śledczy znajdą osobę, która umieściła niewłaściwy podpis. Zwraca uwagę, że w Olsztynie mieszka 170 tys. osób, w komisji wyborczej jest pięć i właśnie nazwisko jednej z nich znalazło się na liście. – To przedziwna rzecz. Tak samo jak to, że kopia listy, na której był sfałszowany podpis, już godzinę później trafiła do dziennikarzy. Widać komuś zależy na nagłośnieniu sprawy – przekonuje prof. Gronowicz.
Jak mówi, podpisy poparcia zbierało kilkadziesiąt osób i komitet nie jest w stanie stwierdzić, która z nich przyniosła feralną listę.

Ponury żart konkurencji

W Warszawie kandydatów SLD-Lewicy Razem miał poprzeć swym podpisem członek komisji wyborczej w dzielnicy Ursynów Arkadiusz Święszkowski. To zaskakujące, bo w komisji reprezentuje on PiS. Święszkowski sądzi, że wykorzystano jego dane zebrane wcześniej. Zapowiada jednak, że nie będzie zawiadamiał prokuratury.
– Trzy urzędniczki, które sprawdzały listy poparcia komitetu SLD-Lewica Razem, znalazły na nich swoje podpisy, choć twierdzą, że ich nie składały, dlatego zawiadomiliśmy prokuraturę – mówi z kolei Czesław Klauzo, przewodniczący miejskiej komisji w Chojnicach na Pomorzu.
Zastrzeżenia do list poparcia SLD-Lewicy Razem pojawiły się też w Opolu i tam również przewodniczący miejskiej komisji wyborczej zawiadomił prokuraturę. – Z  zawiadomienia wynika, że część  podpisów miała zostać skserowana – mówi nam Lidia Sieradzka, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Opolu.
Poseł Tomasz Garbowski, kandydat SLD-Lewicy Razem na prezydenta Opola, nie chce się wypowiadać, odsyła nas do pełnomocnika krajowego komitetu wyborczego Katarzyny Olszewskiej. Ta mówi, że sprawa jest wyjaśniana. – Możemy przypuszczać, że to ponury żart konkurencji – twierdzi.
W to, że konkurencja może podrzucać sfałszowane podpisy, nie wierzy dr Jarosław Flis, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Nie uważam, by ktoś wysyłał szpiegów czy agentów J23, by podszywali się pod zwolenników innej partii, tylko po to, aby umieszczali złe podpisy na listach – mówi. – Zwłaszcza że większość komitetów zbiera podpisy w większej liczbie, niż są wymagane.
Jego zdaniem, gdy zdarzy się wpadka, trzeba ją jakoś wyjaśnić, dlatego zwala się winę na konkurencję.

Nie zarejestrowali listy

W Opolu, podobnie jak w Chojnicach, mimo incydentów zarejestrowano listy kandydatów lewicy. Tyle szczęścia nie miał komitet Twojego Ruchu w Szczecinie, gdzie miejska komisja wyborcza zakwestionowała dziesiątki podpisów pod listami w każdym z okręgów, co sprawiło, że partia nie uzyskała wymaganego poparcia. Jak ujawnili członkowie komisji, poparcia temu komitetowi miały udzielić osoby zmarłe i takie, które zmieniły miejsce zamieszkania lub nie figurują w rejestrze wyborców.
Szczeciński Twój Ruch wydał specjalne oświadczenie, w którym poinformował, że podpisy zbierali zarówno członkowie partii, jak i jej sympatycy. „W dobrej wierze, mając zaufanie, przyjmowaliśmy wypełnione listy, które wcześniej rozdawaliśmy na różnych spotkaniach" – podkreśla partia i zapowiada wewnętrzne dochodzenie w tej sprawie.
Prokuratura jej na razie nie wyjaśnia. – Wciąż nie dostaliśmy zawiadomienia z komisji wyborczej – powiedziała nam w piątek Małgorzata Wojciechowicz, rzecznik szczecińskiej prokuratury.
Także w Zgierzu miejska komisja wyborcza znalazła podpis zmarłej osoby. – Uzgodniliśmy, że nie zdradzamy nazwy komitetu, na liście którego był umieszczony – mówi Alicja Karnicka, szefowa komisji.

Pierwsza selekcja

Według ekspertów przyczyną oszustw tego typu są trudności w zbieraniu podpisów. Polacy po prostu niechętnie je na listach składają.
Jak mówi Jarosław Flis, nie ma też kto podpisów zbierać, więc komitety, zwłaszcza małe, płacą za to. – A osoby, które się tego podejmują, wypisują sobie dane z różnych miejsc, kradną je albo wykorzystują stare z poprzednich wyborów, i nie biorą pod uwagę, że w międzyczasie ktoś mógł umrzeć czy się wyprowadzić – tłumaczy politolog.
Przypomina, że bywało, iż nawet dużym partiom nie udało się zebrać  podpisów w wyborach do Senatu. – Partie nie mają rozbudowanych struktur i zaplecza – potwierdza dr Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
Co robić? Zdaniem Chwedoruka „można próbować odstąpić od zbierania podpisów na najniższym poziomie albo zmniejszyć ich liczbę czy też zastąpić poparciem udzielonym kandydatowi przez prezydenta miasta lub urzędnika państwowego".
– Ale chyba najważniejsza rzecz to edukacja, trzeba uczyć Polaków, że podpisanie się na takiej liście nie oznacza oddania głosu na dany komitet. To tak jak z przyjmowaniem ulotki na ulicy. Bierzemy ja, zapoznajemy się z treścią, ale nie kupujemy tego, co reklamuje – dodaje politolog.
Jarosław Flis zauważa jednak, że jeśli jakiś komitet nie jest w stanie zebrać podpisów poparcia, to i tak nie wygra wyborów. – To jest taka pierwsza selekcja – mówi.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA