fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Czasem donosili naprawdę dobrzy pisarze

Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Najskuteczniejszą formą kontroli intelektualistów i twórców była autocenzura oraz państwowy monopol na niemal wszystko. Trzeba było funkcjonować w ramach wyznaczonych przez aparat partyjny i tyle. I powiedzmy wyraźnie: ogromna większość twórców czy naukowców to robiła - mówi Patryk Pleskot, historyk
Jaka grupa była najbardziej zinfiltrowana przez SB?

Dziennikarze.

O, jak miło...

Wiele teczek, zwłaszcza z lat 80., zginęło. Mówi się, że nie ma dokumentów działaczy „Solidarności", ale zupełny dramat dotyczy środowiska aktorskiego, naukowego i właśnie dziennikarskiego.

Jak pan sądzi, dlaczego?

Wielu z tych ludzi to ciągle czynni dziennikarze. Jeśli się pojawia jakiś ślad, to tylko strzęp dokumentów, bez teczki pracy.

Zna pan wiele takich przypadków?

To nie są przypadki, to reguła. My, historycy, widzimy po tych notatkach, że ktoś musiał być agentem SB, ale nie możemy o tym mówić, bo nie ma dowodów.

Czasami jakieś nazwiska wypływają.

I pojawia się Daniel Passent, ale mamy tam tylko zapis w ewidencji i pseudonim, a to nie uprawnia nas do rzucania oskarżeń.

Dlaczego zniszczono resztę?

Odpowiem w stylu Lesława Maleszki: to bardzo dobre pytanie. Zdekompletowane są też dokumenty dotyczące gwiazdy PRL-owskiej telewizji Ireny Dziedzic.
Nigdy się nie dowiemy, co tam było?
Zawsze mogą się znaleźć jakieś dokumenty w innych sprawach. Pojawiają się pogłoski, a to, że ktoś był TW „Stokrotką", a to, że jakiś naczelny tygodnika współpracował, ale nie wiemy nawet, czy nie są to plotki wypuszczane celowo, by kogoś skompromitować.
Dziennikarze byli najsilniej kontrolowani przez SB?
Nawet nie tyle przez SB, ile władzę.
Co to za różnica?
Nie chodzi tylko o liczbę tajnych współpracowników, ale też o to, że to wśród dziennikarzy stopień upartyjnienia był najwyższy. Tu najmocniej działała autocenzura, najdoskonalszy sposób kontroli. Po prostu wszyscy doskonale wiedzieli, jak pisać. Ingerencje cenzorskie w program telewizyjny były na poziomie 2 proc.! Co to znaczy? Że znakomicie wyczuwali intencje władzy.
Skoro byli oddanymi funkcjonariuszami partii, to jak mieli nie wyczuwać...
Niech pan zwróci uwagę, kto był wieloletnim oficerem prowadzącym twórcy „Rejsu", Marka Piwowskiego.
Kto?
Tadeusz Zakrzewski, oficjalnie funkcjonujący w telewizji jako dziennikarz. To był zresztą sposób na kontrolę mediów – wysyłanie do telewizji kadrowych funkcjonariuszy SB.
Zostawmy to na razie. Porozmawiajmy o sposobach inwigilacji pisarzy. Wszyscy znamy przykład Pawła Jasienicy.
Ale nie tylko jemu SB zwerbowała żonę. Znany historyk, Hindus z pochodzenia, Peter Raina opisał, jak jego żona do śmierci na niego donosiła.
Jak do tego doszło?
Raina przyjechał do Polski w 1962 roku, potem poznał tu Barbarę Wereszczyńską. Kiedy wydalono go z kraju za kontakty z opozycją i osiadł w Niemczech, Wereszczyńska pojechała do niego. W 1968 roku wzięli ślub, a zaraz potem została zwerbowana.
Co robiła?
TW „Weba", a potem „Sehu", wykonywała wszystko, czego od niej oczekiwano: wzięła udział w kombinacji operacyjnej, by założyć Rainie podsłuch, potem obsługiwała tę aparaturę, spisywała to, pisała raporty, wprowadzała do domu oficerów SB...
Świetnie, tylko na litość boską dlaczego? Przecież wyrwała się już z Polski, nie musiała...
To przedziwna historia. Raina maluje w książce idylliczny, sielankowy obraz ich małżeństwa, a jednak żona, którą kochał, cały czas na niego donosiła. Jak to możliwe?
Przykład Jasienicy jest chyba jeszcze straszniejszy?
Jego żona, Nina Zofia O'Bretenny, była już doświadczoną agentką SB, gdy poznała Pawła Beynara, czyli Jasienicę.
O'Bretenny to niepolskie nazwisko.
Jej pierwszy mąż był Irlandczykiem, zachowała nazwisko po nim. SB załatwiło jej posadę w dziekanacie na uniwersytecie. Donosiła na wykładowców i studentów. Potem jako TW „Ewa" inwigilowała również znanego polskiego żeglarza Leonida Teligę.
Skarb, nie agent.
Kiedy w 1965 roku zmarła żona Jasienicy, „Ewa" zaczęła się pojawiać na jego spotkaniach autorskich. Elegancka, elokwentna, zadawała wiele pytań, zaczęła się z nim spotykać. I oczywiście o wszystkim donosiła SB.
Skończyło się na tym, że wzięła z nim ślub. Dostała takie polecenie?
Prawdopodobnie tak, ale jej teczkę zdekompletowano, więc dowodów na piśmie na to nie ma. To był krok dalej niż rutynowe metody SB, które zakładały kontakty intymne z rozpracowanymi osobami, ale, jak widać, i takie rzeczy jak małżeństwa się zdarzały.
Jakim agentem była „Ewa", potem „Max", bo zmieniono jej pseudonim?
Niesłychanie pracowitym: nagrywała rozmowy, pisała szczegółowe raporty, donosiła na gości. Po śmierci Jasienicy wciąż spotykała się z oficerem SB, by zapobiec przedostaniu się tekstów pisarza na Zachód.
Służba Bezpieczeństwa ją doceniała?
Zarabiała więcej niż kapitan SB!
Gdy słucham o Wereszczyńskiej czy O'Bretenny, to nie mieści mi się to w głowie...
A rozumie pan Tomasza Turowskiego, żadnego tam agenta, ale kadrowego oficera SB, który przez blisko dziesięć lat jest zakonnikiem, bo taki dostał rozkaz? Przecież to zupełnie nieprawdopodobna sprawa.
I on się zgodził? Co on z tego miał?
Sam sobie zadaję to pytanie. Może miał satysfakcję, że jest kimś ważnym? Bywał na watykańskich salonach, mieszkał w Rzymie, ale proszę mnie nie pytać, co czują tacy ludzie, bo nie potrafię wniknąć w ich psychikę.
Swoją drogą to pewne poświęcenie dla niewierzącego.
A sprawa słynnego filozofa francuskiego Michela Foucaulta? W 1958 roku przyjechał do Warszawy na Uniwersytet Warszawski, ale SB podstawiła mu swojego agenta, homoseksualistę, który go rozpracowywał.
Hm, nie chcę wchodzić w to, czy agent był homoseksualistą, czy tylko takiego odgrywał. Czasami na współpracę szli sami pisarze, nie ich żony czy kochankowie...
I nie zawsze były to miernoty, które nie mogły się wybić, czasem donosili naprawdę dobrzy pisarze. Jeszcze w latach 50. współpracę z SB podjął Henryk Worcell, który donosił na mieszkańców wsi, w której mieszkał. Potem, po 1964 roku współpracował z bezpieką już jako pisarz. TW „Konar" był bardzo aktywnym agentem i z przekonaniem współpracował z SB do końca życia.
Pisarze donosili na innych pisarzy?
Również, choć oczywiście nie tylko. Dość dokładnie obstawiony przez SB był Marek Nowakowski, na którego donosiło co najmniej kilku TW, wśród nich pisarz i publicysta, dawna podpora „Polityki", Kazimierz Koźniewski...
Wyjątkowo ponura postać.
Ale nie on jeden. Donosił też uważany za erudytę i kulturalnego pana Wacław Sadkowski, pseudonim „Olcha", członek PEN Clubu, raporty składał całkiem niezły pisarz Andrzej Kuśniewicz, autor „Lekcji martwego języka".
Który całkiem żywym językiem donosił na kolegów.
SB rzeczywiście ceniło jego raporty, uznając za konkretne. Kuśniewicz donosił nie tylko na Nowakowskiego, ale i na Jerzego Andrzejewskiego czy znaną pisarkę dla dzieci Irenę Jurgielewiczową. Po marcu 1968 roku denuncjował pisarzy pochodzenia żydowskiego, którzy się zastanawiali nad emigracją.
Głośne były przypadki donosicieli wśród aktorów.
Maciej Damięcki donosił na kolegów z teatru przez 16 lat jako TW „Bliźniak". Teraz tłumaczy, że tylko przez dwa lata, ale zachowały się ślady po jego 70 raportach. Reżyser Marek Piwowski przyznał się do współpracy i nawet wystąpił na okładce „Newsweeka" ze swoim oficerem prowadzącym.
Skoro już mówimy o agentach, to wspomnijmy o tych, którzy nie ulegli.
To przykład Piotra Fronczewskiego, którego złapano za kierownicą pod wpływem alkoholu i zaproponowano, że sprawa zostanie zatuszowana, jeśli podpisze zobowiązanie do współpracy. Zareagował mało delikatnie, mówiąc: „Ni ch...a, najwyżej będę jeździł rowerem!", a potem opowiadał wszystkim, że SB chciało go zwerbować, dzięki czemu później już nie próbowano go pozyskać.
Komuniści bardziej twórców prześladowali czy przekupywali?
Bardziej ich do siebie przyciągali. Wiem, że to wbrew obiegowym opiniom i wielu głośnym przykładom, ale twórcy i ludzie nauki stanowili dla komunistów jakąś elitę i częściej byli przez nich kuszeni.
Czym?
Wykorzystywali monopol państwowy na prowadzenie jakiegokolwiek życia kulturalnego, więc przede wszystkim kuszono pracą. Jeśli ktoś chciał wyżyć z zawodu, który uprawiał, publikować czy wystawiać, funkcjonować w oficjalnym życiu kulturalnym, to nawet nie świniąc się, musiał pójść na kompromis z władzą.
Znany reżyser i żona, wybitna aktorka, dostali w 1980 roku piękne ponadstumetrowe mieszkanie w kamienicy wybudowanej dla URM. Ich sąsiadami byli ministrowie, wiceministrowie, dyrektorzy departamentów... Ci, skądinąd przyzwoici ludzie, nigdy się więc nie wychylili z opozycyjnymi poglądami.
Jeśli ktoś miał perspektywę pewnej pracy, to po co miał z władzą zadzierać? Mamy oczywiście dramatyczne przypadki pobicia Stefana Kisielewskiego, zaszczucia Henryka Hollanda, który nie wytrzymał aresztowania, rewizji i wyskoczył przez okno, mamy tajnych współpracowników, donosicieli, podsłuchy, ale pamiętajmy, że najskuteczniejszą formą kontroli intelektualistów i twórców była autocenzura oraz państwowy monopol na niemal wszystko. Trzeba było funkcjonować w ramach wyznaczonych przez aparat partyjny i tyle. I powiedzmy wyraźnie: ogromna większość twórców czy naukowców to robiła.
Co, prócz pracy, mieli w zamian?
Związki pracy twórczej mogły zapewnić ośrodki wczasowe, domy pracy twórczej, tańsze posiłki w stołówkach. Dziś się to wydaje drobiazgiem, ale w biednej Polsce lat 50. czy 60. to było coś. Później przyszło rozdzielanie talonów na malucha lub wczasy w Bułgarii. To Nowakowski opisywał takie „kuszenie codzienne". Kiedyś był w Związku Literatów Polskich i któryś z jego działaczy mówił mu, że mają talony na samochód, ale niestety tylko w puli dla partyjnych, więc...
Na innych to działało?
Dużo bardziej niż groźba represji. Za cenę niewychylania się, nawet biernego akceptowania ustroju, można się było wygodnie urządzić. Komunistyczny socjal nie wydaje się imponujący dziś, ale 50 lat temu przyciągał. Władza nie musiała artystów czy pisarzy tak mocno represjonować, skoro mogła ich kupować.
Skoro twórcy tak ochoczo dawali się przekupić, to po co represje?
Wbrew pozorom partia i SB zajęły się twórcami czy naukowcami dość późno. W latach 40. i 50. były bardzo silne naciski ideologiczne, ale one dotyczyły całego społeczeństwa. Paradoksalnie, to odwilż październikowa zmieniła postrzeganie intelektualistów przez władzę.
W czasach stalinowskich nie interesowano się pisarzami czy reżyserami?
Wtedy i tak mogli funkcjonować tylko ci, którzy się w pełni z władzą utożsamiali. Reszta była na emigracji wewnętrznej, a ci, którzy tworzyli, byli całkowicie oddani partii.
Jakie płacili trybuty?
Dawali twarz temu systemowi i to było najważniejsze. Oni już nie musieli nawet chodzić na pochody pierwszomajowe. Były delegacje związków twórczych, działacze partyjni, ale reszta twórców nie musiała się pojawiać. Wystarczyło kilka głośnych nazwisk.
Które myślały, że prowadzą z władzą jakąś grę, jak Iwaszkiewicz.
To przykład człowieka, który nie musiał być żadnym tajnym współpracownikiem, bo był współpracownikiem jawnym. I tu chciałbym postawić pytanie: kto wyrządził więcej zła – czy tajny współpracownik, który napisał donos, czy ktoś taki jak Iwaszkiewicz, kto usprawiedliwiał PRL?
A Tuwim?
Ten sam przypadek: nie donosił, ale przecież firmował ustrój w najgorszych czasach. Oczywiście taki przykładowy TW mógł być złamanym człowiekiem, a z jego informacji nie musiało nic złego wynikać. Jednocześnie Iwaszkiewicz stworzył pewien parasol ochronny nad niektórymi twórcami i na pewno był lepszy niż zwykły aparatczyk. Ale to samo można powiedzieć o twórcy PAX Bolesławie Piaseckim, który dla wielu jest przecież symbolem kolaboracji środowisk narodowo-katolickich z reżimem. On swoimi interwencjami uratował życie wielu ludzi, ale to tylko częściowo zmienia jego ocenę.
Władza chciała, żeby jej służono?
To na początku, później zadowalała się tym, że jej nie przeszkadzano. Gomułce jeszcze zależało, by intelektualiści byli po jego stronie, ale Gierkowi już wystarczało, że go nie kontestowali.
Ilu było tajnych współpracowników wśród ludzi kultury?
Pod koniec rządów Gomułki było ich 430 w całym kraju, a za środkowego Gierka, w 1974 roku, raptem 150 agentów. Ale pamiętajmy, że ilość zarejestrowanych tajnych współpracowników nie świadczy o stopniu inwigilacji.
Nie rozumiem...
Niektórych, zwłaszcza bardziej zasłużonych intelektualistów, tak jak i księży, po prostu nie rejestrowano, byli co najwyżej kontaktami operacyjnymi. Donoszący na Nowakowskiego Wacław Sadkowski był formalnie konsultantem SB.
Konsultantem?
Właśnie: nie tajny współpracownik, a konsultant, kontakt operacyjny, kontakt poufny – tak SB kwalifikowała swoje źródła informacji. Tym bardziej że wielu przedstawicieli establishmentu kulturalnego to byli ludzie partyjni, a teoretycznie członków partii nie można było werbować. Uciekano się więc do innych metod i podchodzono do tego subtelniej – nie żądano pisania donosów, ale rozmawiano, utrzymywano kontakty niemalże towarzyskie.
Z artystami postępowano podobnie?
Do Departamentu III delegowano również elity SB, ludzi z wyższym wykształceniem. To nie byli oprawcy, specjaliści od walki z podziemiem niepodległościowym, od nich żądano pewnego wyrafinowania, więc do człowieka z elity nie przychodził esbek i nie żądał pisania donosu, nie komunikował mu: „teraz będzie pan agentem".
Tylko?
Na przykład załatwiano takie rzeczy przy okazji wydawania paszportów. Wydział paszportowy był jednostką administracyjną, ale jednocześnie przynależną MSW. Połączenie tych funkcji było znacznie skuteczniejszą metodą niż osaczanie tych ludzi i otaczanie ich tajnymi współpracownikami. Bo jeśli ktoś chciał paszport, to musiał się spotkać z oficerem, który przy okazji wypytał, a po co ten paszport, a co pan tam będzie robił, a proszę przyjść i opowiedzieć, co tam w stacji naukowej PAN słychać, jak się miewa książę Giedroyc...
I szli?
Musieli pobrać i zdać paszport, więc szli, a przy okazji coś tam opowiadali. W ten sposób robili dokładnie to, czego od nich oczekiwała SB, nie mając dyskomfortu bycia tajnym współpracownikiem.
Kto miał łatwiej: naukowcy czy twórcy?
Chciałoby się powiedzieć, że naukowcy, ale to zależy od dziedziny. Bo o ile matematyka czy fizyka nawet w stalinizmie pozostawały tym samym, to ingerowano już w biologię, o genetyce nie wspominając. Proszę jednak pamiętać, że pewne dziedziny nauki w ogóle nie istniały.
Na przykład socjologia?
Przecież to burżuazyjna pseudonauka i dlatego ją zniesiono. Prawdziwą socjologią był marksizm, który zresztą był również prawdziwą filozofią i w zasadzie także ekonomią.
A można było funkcjonować w jakiejś niszy?
Władza, oczywiście po 1956 roku, przymykała oko na pewne przedsięwzięcia. Gdy miała się odbyć wystawa, na którą przyjdzie ze 100 osób, to nacisk cenzorski czy kontrola nad nią były dużo mniejsze niż nad przedsięwzięciami dużymi, nie mówiąc o filmie czy literaturze.
Plastycy mieli łatwiej?
Po październiku nacisk na nich wyraźnie zelżał i jeśli nie krytykowali otwarcie władzy ludowej, to w zasadzie mogli sobie malować, co chcą, i nawet pokazywać to w galeriach. Oczywiście ci mniej pokorni nie mogli liczyć na prestiżowe wystawy, paszporty czy inną pomoc, ale większe represje na nich nie spadały. W 1984 roku góralski pisarz i malarz na szkle Jan Fudala miał wystawę w jednej z warszawskich galerii. Cenzurze nie pokazał napisów, tytułów prac, ale odsłonił je na wystawie. Widzowie mogli przeczytać: „Marsz juhasów na Moskwę w odwecie za stan wojenny", „Służalcy Moskwy", „PZPR = KGB" i takie rzeczy. Oczywiście wybuchł skandal...
Jak to możliwe, że tak to puszczono?
Krytyk sztuki Jerzy Brukwicki tłumaczył, że w połowie lat 80. pani cenzor, która odpowiadała za sztuki plastyczne, była dość leniwa i nie chciało jej się jeździć na wystawy. To wynikało też z tego, że komunistyczne władze były dość konserwatywne i dla nich najważniejsze było słowo – muzyka czy sztuki plastyczne nie były już tak istotne.
Ale i tam umieszczano agentów.
Znany krytyk muzyczny Roman Waschko donosił na Tyrmanda i środowisko jazzowe.
Mówi się, że rewolucja rockowa początku lat 80. była kontrolowana przez władzę.
W jakimś stopniu na pewno, bo to w końcu oni decydowali, kto się może znaleźć w radiu czy telewizji. I pilnowali czystości przekazu. Czasami ingerencja w twórczość artystyczną prowadziła wręcz do absurdu. W ramach śledztwa w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka bardzo poważnie analizowano piosenkę „Mniej niż zero" Lady Pank, bo padają tam słowa: „Myślisz może, że więcej coś znaczysz, (...) Twoje miejsce na ziemi tłumaczy zaliczona matura na pięć", a tymczasem „są tacy, to nie żart, dla których jesteś wart mniej niż zero".
I jak z tego wybrnęli?
Po kilku tygodniach badań sprawdzono, że piosenka została napisana przed zabójstwem Przemyka.
Ale to nie jedyne wariactwo smutnych panów z SB...
Pamięta pan „Szklaną pogodę" Lombardu? W zwrocie „szyby niebieskie od telewizorów" dopatrywano się poparcia dla akcji bojkotowania Dziennika Telewizyjnego przez wystawianie telewizora na parapet.
—rozmawiał Robert Mazurek
Patryk Pleskot jest historykiem specjalizującym się w dziejach historiografii francuskiej, varsavianistyce i historii politycznej PRL. W październiku 2013 r. jego książka „Kłopotliwa panna »S«. Postawy polityczne Zachodu wobec »Solidarności« na tle stosunków z PRL (1980–1989)" zdobyła tytuł Najlepszej Książki Historycznej Roku w konkursie organizowanym przez Telewizję Polską, Polskie Radio i Instytut Pamięci Narodowej.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA