fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Pekiński cesarz bezpieki stanie przed sądem

Początek kariery. Nowy minister przyjmuje gratulacje w 2002 r.
AFP
Ogłoszona przez kierownictwo partyjne walka z korupcją i nadużyciami władzy jeszcze nigdy nie sięgnęła równie wysoko.
Za czasów poprzedniej ekipy rządzącej do marca 2013 r. 72-letni obecnie Zhou Yongkang był potężnym ministrem bezpieczeństwa publicznego, nazywanym cesarzem chińskiej bezpieki. Nadzorował służby bezpieczeństwa, policję, sądownictwo, organizacje paramilitarne. Był też jednym z dziewięciu członków Biura Politycznego Komunistycznej Partii Chin.
O jego upadku zaczęto mówić w ubiegłym roku, kiedy w sidła wzmocnionego przez Xi Jinpinga urzędu antykorupcyjnego wpadło kilku bliskich współpracowników Zhou Yongkanga. Jesienią ubiegłego roku wyszło na jaw, że minister miał nie całkiem legalne związki z wielkim biznesem, a konkretnie z sektorem energetycznym w prowincji Syczuan. Sam zresztą zaczynał karierę w tej branży. Dokładnie nie wiadomo, w jaki sposób dyrektor koncernu naftowego PetroChina został w 1998 r. politykiem w Pekinie, ale zapewne miał potężnego protektora (być może był nim sam Jiang Zemin, ówczesny przewodniczący KPCh).
Aresztowano kilku jego bliskich znajomych, którzy ułatwiali mu prowadzenie interesów – Jianga Jemina, szefa PetroChina, oraz Wu Binga, dyrektora elektrowni wodnych w Syczuanie.
Postępowanie (wówczas jedynie dyscyplinarne) objęło także krewnych szefa bezpieki. Okazało się, że spory majątek niewiadomego pochodzenia zdobył jego brat Zhou Yuanqing, jego druga żona Jia Xiaoye i 41-letni syn Zhou Bin.
Spekulowano wówczas, czy dygnitarz tak wysokiego szczebla może w końcu sam zostać poddany upokarzającemu śledztwu czy może jednak nadal obowiązywać będzie zasada: kruk krukowi oka nie wykole, i upokorzony czerwony mandaryn zesłany zostanie jedynie na emeryturę gdzieś na prowincji.
Dla uniknięcia skandalu postępowano tak zwyczajowo wobec członków najwyższego kierownictwa partyjnego, którzy popełnili przestępstwa gospodarcze lub obyczajowe.  Wyjątkiem było popełnienie zbrodni (jak w sprawie Bo Xilaia) lub przestępstwa politycznego określanego jako „zdrada jedności partii" (na ogół chodziło o jawny bunt przeciwko obowiązującej linii kierownictwa partyjnego).
Fakt, że jeszcze w październiku Zhou Yongkang pojawił się jako gość honorowy rocznicowych uroczystości na Uniwersytecie Petrochemicznym, dał asumpt do spekulacji, że także on może przetrwać burzę. Dopiero ogłoszona w tym tygodniu decyzja o postawieniu go przed sądem oraz seria napastliwych artykułów w kontrolowanej przez partię prasie nie budziły wątpliwości, że tym razem taryfy ulgowej nie będzie.
Najważniejszy chiński dziennik dziennik „Renminribao" napisał nawet, że Zhou Yongkang „nie jest ostatnim tygrysem", co oznacza, że pewni siebie nie mogą być także inni członkowie dawnego kierownictwa. Precedens już zresztą był – w czerwcu rozpoczęło się postępowanie przeciwko generałowi Xu Caihou, byłemu wiceszefowi potężnej Komisji Wojskowej, którego nieposkromiona chciwość doprowadziła do sprzedawania tytułów i stanowisk.
Oczywiście wciąż trudno ocenić, na ile akcja antykorupcyjna, której ofiarą padło już co najmniej kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy niższego i średniego szczebla, jest czystką nowej ekipy pozbywającej się ze swego kręgu konserwatywnych maoistów, a na ile obliczona jest na uspokojenie nastrojów społecznych.
W Chinach protesty przeciwko nadużyciom urzędników stały się już tak powszechne, że budzą obawy rządzących przed destabilizacją państwa. Tym bardziej że nakładają się na nie problemy gospodarcze, które mogą się jeszcze pogłębić po ewentualnym załamaniu giełdy lub napompowanego rynku nieruchomości.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA