fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Pięć minut szczęścia - felieton Stefana Szczepłka

Stefan Szczepłek
Fotorzepa, Waldemar Kompala Waldemar Kompala
Faryd Mondragon w sobotę skończył 43 lata, a we wtorek został najstarszym piłkarzem w historii mundiali.
Mondragon jest bramkarzem reprezentacji Kolumbii. Na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie (1992), kiedy Polacy zdobywali srebrny medal, był rezerwowym, ale w jednym meczu wystąpił. Polscy piłkarze z tamtego lata już dawno zakończyli kariery, zostali trenerami, a Mondragon wciąż gra. Dwa lata później wyjechał z Kolumbią na mistrzostwa świata do USA. Kiedy w meczu z gospodarzami Andres Escobar wbił sobie samobójczego gola, a potem w Cali został zastrzelony przez szalonego kibica, Mondragon też siedział na ławce. Na boisko wyszedł dopiero na następnym mundialu, we Francji (1998).
To było 16 lat temu. Z tych mistrzostw też już mało kto biega po boiskach. David Ospina, dziś pierwszy bramkarz Kolumbii, miał wtedy dziesięć lat. To on zrobił miejsce w bramce starszemu o 17 lat koledze. „Popłakałem się ze wzruszenia, nigdy tego nie zapomnę" – powiedział Mondragon. Zabrał na pamiątkę piłkę z meczu, poszedł na trybunę, gdzie siedzieli jego dwaj synowie – Paolo i Lucca. Wziął ich za ręce i chciał zabrać na boisko, żeby mogli się cieszyć razem tą chwilą. Niestety, ochroniarze nie pozwolili, bo dla nich ważniejsze były przepisy.
Najszczęśliwszy dzień w swoim życiu Faryd Mondragon zawdzięcza kolegom, którzy wbili Japończykom cztery bramki, więc ryzyko wstawienia na ostatnie pięć minut 43-letniego bramkarza z pewną nadwagą nie wiązało się z ryzykiem. Jose Pekerman zabrał go na mundial chyba tylko po to, żeby mu sprawić przyjemność.
To jest właśnie najcudowniejsze w piłce. Gra się o zwycięstwa, zaszczyty i pieniądze, zapominając często o przyjemności. Punkty i bramki przesłoniły radość, więc jeśli trener robi taki gest podczas mistrzostw świata, jest to tym bardziej godne szacunku.
Nie miał tego wyczucia trener Anglii Graham Taylor. Podczas mistrzostw Europy w Szwecji (1992), w meczu z gospodarzami zdjął z boiska Gary'ego Linekera, mimo że był on wciąż najlepszym angielskim napastnikiem i miał ostatnią szansę pobić rekord bramek zdobytych dla reprezentacji przez Bobby'ego Charltona. To było okrutne, bo Taylor nie tylko dał dowód swojej niekompetencji (wolał Alana Smitha, mało kto go dziś pamięta), ale sprawił przykrość piłkarzowi, który przez całą karierę sprawiał radość Anglikom i był wzorem zachowania.
W Polsce podobnego rodzaju przykrość spotkała jednego z najwybitniejszych piłkarzy – Ernesta Pola. Rozegrał w reprezentacji 49 meczów, należał mu się jubileuszowy (50 występów to było w latach 50. i 60. prawie to samo co dziś 100), ale PZPN i trener reprezentacji udawali, że o tym nie wiedzą. Pol miał pecha, bo nie spotkał swojego Jose Pekermana.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA