fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Pałka na tłuste „misie”

Robert Gwiazdowski
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
W 2008 roku pisałem, że krach finansowy to nie jest kryzys, tylko rezultat.
Rezultat przyjęcia błędnego paradygmatu ekonomicznego, zgodnie z którym wszystko można wyprodukować, pod warunkiem że ktoś to kupi, więc najważniejsza jest polityka banku centralnego dostarczająca „płynności" – czyli pieniędzy.
Ulegliśmy magii polityków, bankierów i niektórych makroekonomistów, którzy o realnej gospodarce nie wiedzą nic, więc muszą udawać, że wiedzą coś więcej o jakiejś innej gospodarce, która istnieje w arkuszach kalkulacyjnych. W efekcie – jak to z magią bywa – wydaje się nam, że od tego, kto będzie ministrem finansów czy prezesem NBP, zależy nasz dobrobyt. Otóż, nie zależy. „Nie pieniądz, ale reprezentowane przezeń dobra stanowią dochód jednostki albo społeczeństwa" – pisał już Adam Smith.
Bogactwo tworzy praca. I nie jest to praca bankierów. Są trzy źródła bogactwa narodów: ziemia i jej zasoby (renta gruntowa), kapitał (finansowy) i praca (kapitał ludzki). Ziemia zostawiona odłogiem nie stworzy wartości dodanej. Kapitał ulokowany w banku czy w skarpecie – też nie. To ludzie, pracując, tworzą wartość dodaną. Kapitał finansowy sam w sobie nie jest wart nic! Król Midas miał lepszą zdolność  kreowania pieniądza niż prezes Belka. Czegokolwiek dotknął, zamieniał w złoto. I źle skończył.
To „roczna praca każdego narodu jest funduszem, który zaopatruje go we wszystkie rzeczy konieczne i przydatne w życiu", a jego wysokość „zależy od umiejętności, sprawności i znawstwa, z jakim swą pracę zazwyczaj wykonywa, i od stosunku liczby tych, którzy pracują użytecznie, do liczby tych, którzy tego nie czynią"  – to znowu Adam Smith. Podawał on przykłady rzeźnika, piekarza czy piwowara, od których pracy zależy, czy będziemy mieli co zjeść. Ich nie interesuje to, czy prezes banku lub jakaś rada decydują o stopach procentowych, ?o których możni tego świata rozmawiają przy kolacji. Kolacji, której nie mogliby zjeść, gdyby nie praca współczesnych „rzeźników", „piekarzy" czy „piwowarów".
Gdyby ktoś z decydentów zechciał pójść z nimi do McDonalda, to może by się czegoś dowiedział o tym, jak funkcjonuje realna gospodarka. Jak się okazało, języka używają podobnego,  więc nie byłoby poruty. A może nawet decydenci by na tym skorzystali, bo ich zasób przekleństw wydaje się skromniutki.
Ale rząd zafascynowany pieniędzmi z NBP dla „misi" szykuje „pałkę". Na razie mówi, że tylko dla „tłustych". Ale jak już tłustych mu zabraknie? Bolszewicy też zaczynali od „tłustych".  Jak tak dalej pójdzie, to rezultatem będzie „...kamieni kupa".
Autor jest adwokatem, profesorem prawa, prezydentem Centrum im. Adama Smitha
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA