fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Scenariusz kontrolowanej katastrofy

ROL
Skutki nagrań u Sowy mogą okazać się niszczące dla państwa.
Ciąć do żywego czy tylko usunąć najbardziej zepsute członki? – przed takim dylematem stanął premier po ujawnieniu nagrań szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem NBP Markiem Belką oraz byłego ministra infrastruktury Sławomira Nowaka z byłym szefem wywiadu skarbowego Andrzejem Parafianowiczem.
Szef rządu poszedł za radą najbliższych współpracowników i pozbył się tylko zepsutych Nowaka i Parafianowicza, którzy i tak od miesięcy znajdowali się poza rządem. A przy życiu pozostawił Sienkiewicza i Belkę.
Według naszych rozmówców z otoczenia Donalda Tuska polityczny plan działań niwelujących koszty polityczne nagrań dokonanych w lokalu Sowa & Przyjaciele to rodzaj scenariusza kontrolowanej katastrofy. – Nie ma najmniejszych złudzeń, że premier, rząd i PO zapłacą spadkiem poparcia za to, co się znalazło na nagraniach – mówi nasz rozmówca. – Ale nieodpowiednie rozegranie tej afery, nieodpowiednie antidotum, mogłoby zaszkodzić jeszcze bardziej.
Wychodząc z takiego założenia, Tusk całkowicie świadomie podzielił bohaterów „sowich nagrań" na dwie grupy. Ponieważ Nowak z Parafianowiczem rozmawiali o kwestii całkowicie zrozumiałej dla przeciętnego wyborcy – czyli zatrzymaniu kontroli skarbowej w firmie żony Nowaka – stali się naturalnymi kandydatami na kozłów ofiarnych całej afery.
Wskazując po nazwiskach kozłów ofiarnych, premier tak naprawdę chronił ludzi dla niego znacznie ważniejszych – Sienkiewicza i Belkę. To rozmowa Sienkiewicza z Belką stanowi większy problem dla władzy niż drobne geszefty Nowaka z Parafianowiczem. Bo o ile Nowak z Parafianowiczem być może naruszyli paragrafy kodeksu karnego albo też kodeksu karnego skarbowego, o tyle Sienkiewicz z Belką z pewnością otarli się o złamanie konstytucji – matki wszelkich ustaw.
Argumentów na takie podzielenie bohaterów afery taśmowej na dwie odrębne grupy – niefrasobliwych trefnisiów, którzy wszak rozmawiają o dobru Polski, oraz drobnych łotrzyków, którzy omawiają swoje geszefty – dostarczyła premierowi prokuratura.
Zgodnie z decyzją prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta wszczęte zostało śledztwo w sprawie rozmów Nowaka z Parafianowiczem, a Sienkiewiczowi i Belce prokuratorzy dali spokój. Tyle że decyzja Seremeta nie mogła być inna. Bo o ile prokuratura zajmuje się łamaniem prawa, o tyle nie zajmuje się naruszeniami konstytucji.
– Premier podjął decyzję, że będzie bronił Sienkiewicza z dwóch powodów – tłumaczy rozmówca „zbliżony" do Kancelarii Premiera. – Po pierwsze, szantażystom ewidentnie chodziło o głowę szefa MSW. A szantażom ulegać nie wolno. Po wtóre, Tusk wciąż się obawia, że mogą się pojawić kolejne taśmy z nagraniami jego ministrów. Gdyby odwołał teraz Sienkiewicza, po kolejnych publikacjach mógłby stanąć pod ścianą i być zmuszony dymisjonować kolejnych ministrów. To byłaby katastrofa. Dlatego wymyślone zostało to rozróżnienie: jeśli ktoś na taśmach mówi o łamaniu prawa i zajmuje się nim prokuratura, wypada z sań. A jeśli tylko dobija politycznych targów, a prokuratura nie widzi w tym nic złego, dymisji nie będzie.

Co może prezydent

Inną perspektywę ma prezydent. Po pierwsze, wybory prezydenckie odbędą się pół roku wcześniej od parlamentarnych. Po wtóre, żeby wygrać prezydenturę, nie wystarczy żelazny elektorat jednej partii, trzeba pozyskać znacznie szersze grono wyborców.
Dlatego Bronisław Komorowski wysyła jasne sygnały, że – w odróżnieniu od premiera – on w taśmach widzi znacznie więcej niż tylko marnej jakości debatę podpitych trefnisiów. Jego współpracownicy wprost mówią o „kryzysie instytucjonalnym".
Ale Komorowski wiele zrobić nie może. I nie chce. – Prezydent nie będzie świętszy od papieża – zapowiada jeden z jego najbliższych współpracowników. – Jeśli premier uznał publicznie, że nic się nie stało, to prezydent nie może powiedzieć, że te taśmy są dewastujące.
Inna rzecz, że Sienkiewicz z Belką (szefem NBP z nadania prezydenta) i Parafianowicz z Nowakiem (byłym prezydenckim ministrem) popsuli Komorowskiemu efektowny początek kampanii wyborczej, związany z obchodami 25-lecia niepodległości. Prezydent brylował z Barackiem Obamą i innymi światowymi liderami oraz wygłosił tuzin ważnych przemów, w których przekonywał, że powinniśmy być zadowoleni z obecnej Polski. Taśmy pokazują, że całkowicie zadowolonym być trudno.
Wydawałoby się, że Marek Belka ma nie tylko kompetencje i doświadczenie, ale także idealny charakter, aby stać na straży niezależności NBP. Polityczny singiel, typ kostycznego profesora ekonomii, który potrafi dać politykom po łapach, gdy ich działania wpływają na gospodarczą stabilność.
Taśmy pokazują jednak, że pan prezes doskonale odnalazł się w światku knajpianych intryg, wykorzystując kierowany przez siebie NBP do zawierania podejrzanych politycznych transakcji. Nawet przy dużej dozie dobrej woli trudno uznać rozmowę Belki z Sienkiewiczem za banalną konwersację trefnisiów, którzy licytując się na długość przyrodzenia, rozmawiają o biciu groszowych monet – a tak próbuje robić premier. Panowie ewidentnie rozmawiają o tym, jak NBP miałby pomóc rządowi, dosypując gotówki w takim momencie, aby w kolejnych wyborach do władzy nie doszedł PiS.
Premier ten element lekceważy, mówiąc, że on sam, podobnie jak Sienkiewicz, uważa, iż rządy PiS byłyby szkodliwe dla gospodarki. Sądzić tak panowie mają prawo. Ale dobijać targu z niezależnym NBP, aby ów PiS powstrzymać – nie. To tak naprawdę najpoważniejszy fragment nagrań: podanie przez Belkę niezależności NBP na tacy rządowi tak, aby zatrzymać zwycięstwo wyborcze opozycji.
Dostrzega to dobrze Rada Polityki Pieniężnej, pisząc we wczorajszym komunikacie po rozmowie z Belką: „Wypowiedzi Prezesa NBP, zarejestrowane poprzez nielegalny podsłuch, mogą sprawiać wrażenie, że Przewodniczący RPP [czyli Belka – red.] włączył się w polityczny cykl wyborczy. Takie zaangażowanie byłoby niedopuszczalne".

Prezes w politycznych butach

Belka wchodzi w politycznych targ z rządem, wystawiając przy tym własny rachunek – dymisję ministra finansów i zmiany w ustawie o NBP, które m.in. umocnią jego pozycję właśnie względem „pieprzonej" – jak się wyraził – Rady Polityki Pieniężnej. Żaden dotychczasowy prezes NBP w wolnej Polsce nie zachwiał pozycją banku centralnego tak mocno i nie naraził go na taką kompromitację. Jeśli Belka pozostanie na fotelu prezesa NBP – a zachowuje się, jakby był do niego przyspawany – to i tak będzie prezesem słabym, który stracił autorytet jako strażnik stabilności złotego. Wszak nagrało się, jak gotów był ową niezależnością NBP kupczyć nie po to, aby – jak twierdzi dziś, wspierany przez premiera – pomagać krajowi w czarnej godzinie, tylko by pomagać w czarnej godzinie rządzącej Platformie.  Słaba, podzielona opozycja nie jest w stanie wyrządzić premierowi żadnej znaczącej krzywdy.
Nowe wybory – jak chce Twój Ruch? Nie będzie. Dymisja rządu – jak chce PiS? Też nie będzie. Poddanie rządu pod wotum zaufania w Sejmie – jak chce SLD? Oczywiście, że nie, tym bardziej że premier pewnie by to głosowanie wygrał.
Zresztą premier świadomie także opozycję podzielił na dwie grupy. Ci, którzy chcą nowego Sejmu i rządu, realizują scenariusz szantażystów, którzy nagrali taśmy – w domyśle być może nawet „Ruskich". Ci, którzy takich żądań nie stawiają – czyli SLD – to opozycja odpowiedzialna. To otwiera Tuskowi możliwość poszerzenia koalicji, gdyby znalazł się w prawdziwych opałach.

Zły precedens

Na razie jednak wygląda na to, że premier z kłopotów po raz kolejny wyjdzie obronną ręką dzięki swym umiejętnościom marketingowym, politycznemu sprytowi i – co nie bez znaczenia – przychylności mediów elektronicznych.
– Premier nie przygotowuje ucieczki do przodu. Będzie reaktywny. Czeka na następne taśmy i na to, jak się zachowa opinia publiczna – mówi nasz rozmówca zbliżony do Kancelarii Premiera. O ile Tuskowi opozycja zaszkodzić nie ma jak, o tyle Belka spać spokojnie nie może. PiS dysponuje odpowiednią liczbą posłów, aby złożyć wniosek o postawienie go przed Trybunałem Stanu. O takim rozwiązaniu wspomina m.in. wiceszef PiS Mariusz Kamiński. Oczywiście, od takiego wniosku do rozprawy przed Trybunałem Stanu droga długa, ale samo wszczęcie procedury rozliczenia Belki za łamanie konstytucji osłabi  jeszcze bardziej jego i tak słabą pozycję.
Na razie pan prezes przypomniał sobie o konstytucji, głównie o tym, że jest niezależny i nikt nie może go odwołać. Nasi rozmówcy w Pałacu Prezydenckim przyznają po rozmowie Komorowskiego z Belką, że nawet gdyby prezydent oczekiwał dymisji prezesa NBP, to i tak pewnie skończyłoby się na oczekiwaniu.
I Belka, i Tusk mogą udawać, że niewiele się stało. Prezes NBP może snuć karykaturalne teorie, że jego negocjacje z Sienkiewiczem wynikały z patriotyzmu i wrodzonej troski o kraj. Premier może żartować, że jego szef MSW jest tylko niekompetentny i z racji niewysublimowanego języka nie zasługuje na Nobla z literatury, w przeciwieństwie do swego pradziadka.
Takie trywializowanie sprawy doprowadzi jednak do tego, że każdy następy rząd nie tylko będzie mógł kupować w NBP utrzymanie przy władzy, ale może także chcieć omijać konstytucję w innych obszarach. A to znaczy, że nawet jeśli premier i prezes NBP zmiotą pod dywan aferę taśmową, to jej skutki i tak pozostaną dewastujące dla państwa.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA