fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Tusk potrzebuje Komorowskiego

Prezydent kreuje się na symbol zmian - mówi politolog Rafał Chwedoruk
Rz: Bronisław Komorowski w przemówieniu przed Zgromadzeniem Narodowym skrytykował postawę rządu. Padły mocne słowa o konieczności przyspieszenia reform, bardziej zdecydowanego dążenia do przyjęcia euro, było też sporo krytyki odnośnie do krótkowzrocznego podejścia polityków – byle do najbliższych wyborów. Dlaczego prezydent postanowił tak ostro pograć z własnym ugrupowaniem?
Rafał Chwedoruk: Prezydentowi do reelekcji nie wystarczą głosy zwolenników PO, dlatego Bronisław Komorowski szuka szerszego poparcia. Do tej pory mieliśmy do czynienia z trzema różnymi modelami prezydentury, jeśli chodzi o sposób układania sobie stosunków z własną formacją. Lech Wałęsa próbował tworzyć własne zaplecze polityczne wbrew całemu systemowi partyjnemu. Aleksander Kwaśniewski tylko częściowo dystansował się od swojego zaplecza, przygotowywał się do budowy nowej formacji poprzez aktywny udział w wewnętrznym życiu SLD. Za to Lech Kaczyński prezentował model pełnej zgodności między ośrodkiem prezydenckim a partią.
Gdyby spróbować w te trzy porządki wpisać obecnego prezydenta, to gdzie by się sytuował?
Gdzieś między Lechem Kaczyńskim a Aleksandrem Kwaśniewskim. Z jednej strony w sprawach strategicznych jest on lojalny wobec partii: w fundamentalnych kwestiach dla PO nie zawetował żadnej ustawy, nie doprowadzał do konfliktów ?w partii, które mogłyby zagrozić jej istnieniu. Z drugiej strony manifestuje jednak swoją niezależność od partii i rozgrywa w niej własną politykę, czyli wyraźnie sprzyja oponentom względem Donalda Tuska.
W podobny sposób Aleksander Kwaśniewski doprowadził do destrukcji SLD.
Ośrodek prezydencki wyciągnął jednak wnioski z doświadczeń obu poprzedników. W żadnej mierze nie posuwa się tak daleko, by jego działanie mogło długofalowo zaszkodzić notowaniom Platformy. Jednak spadek poparcia dla PO nie będzie dziś przesadnie obciążał konta Bronisława Komorowskiego, jak to miało miejsce w przypadku PiS i Lecha Kaczyńskiego. Prezydent musi cały czas balansować między poparciem a krytyką rządu.
A co, gdyby nastąpił bardzo drastyczny spadek poparcia dla PO – czy wtedy prezydent odciąłby się zdecydowanie od rządu i premiera?
Bardzo słaby rząd na pewno byłby jakimś ciężarem dla wizerunku prezydenta, ale jednocześnie osłabienie rządu ułatwiłoby mu działanie. Kadencja Aleksandra Kwaśniewskiego pokazała, że w takiej sytuacji prezydent staje się po prostu ważniejszy. Jednak Bronisław Komorowski mógłby podjąć próbę przejęcia władzy w PO albo próbę tworzenia własnej partii tylko w przypadku katastrofy Platformy. Przypomnijmy, że prezydent przegrał z Donaldem Tuskiem bardzo ważną rozgrywkę. Chodzi o rolę Grzegorza Schetyny. Dziś wpływy prezydenta w Platformie niekoniecznie są adekwatne do jego popularności w społeczeństwie. ?Upadek PO jest jednak mało realny, stąd prezydent próbuje wzmacniać swoją pozycję względem Donalda Tuska stopniowo.
W jaki sposób ostatnie przemówienie ma wzmocnić tę pozycję?
Z ust polityków PO padły słowa, że partia nie wie jeszcze, czy będzie finansowała kampanię prezydenta. Przemówienie prezydenta miało więc przypomnieć władzom Platformy, że lepiej mieć prezydenta za sojusznika i patrona, niż mieć w nim rywala, ponieważ ośrodek prezydencki dysponuje środkami wpływania na cały system partyjny. Zauważmy jednak, że wybory prezydenckie w 2015 roku nie muszą być wcale dla Bronisława Komorowskiego łatwe i przyjemne. Nie wystarczy już być krytykiem PiS. Ta partia od siedmiu lat jest w opozycji. Trudniej jest więc skonstruować negatywny aspekt kampanii, ale też trudno będzie skonstruować pozytywny aspekt, gdy świat tak drastycznie się zmienia, a wszystkie jego pewniki, czy to gospodarcze, czy polityczne, chwieją się. Zwróćmy uwagę choćby na kryzys Unii Europejskiej, którego po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego nie sposób już zamieść pod dywan.
Czy po zachowaniu Bronisława Komorowskiego widać już jakiś pomysł na rozpoczynającą się kampanię?
Ostatnie przemówienie traktowałbym jako fragment dużo szerszego planu, który realizowany jest od wielu miesięcy. Zwróćmy uwagę, jak celebrowane były niedawne obchody 25-lecia. Było to nie tyle upamiętnienie swoich poprzedników, ile celebrowanie samych siebie przez główny nurt polskich polityków. Mogło to jednak nie wynikać wyłącznie z ich zadufania w sobie, ale z próby uczynienia zbliżających się wyborów plebiscytem nad całym 25-leciem polskich przemian.
Tylko co my w tym plebiscycie będziemy wybierać?
To, czy akceptujemy te 25 lat, czy nie. Proszę zauważyć, jakie to jest zero-jedynkowe. Jeśli powiemy, że nie akceptujemy, będzie to oznaczało, że akceptujemy świat sprzed 1989 roku. Wiadomo, że głównym przeciwnikiem Bronisława Komorowskiego będzie ktoś z obozu PiS. A trudno sobie wyobrazić, by polityk partii prawicowo-konserwatywnej bronił rzeczywistości PRL. Problem PiS w tym względzie pokazały ostatnie tygodnie. Ta partia zajmowała dużą przestrzeń ideową – od jednoznacznie prozachodniej po umiarkowany eurosceptycyzm. Sytuacja na Ukrainie zobligowała ją do ograniczenia tego ostatniego. Równolegle prezydenckie obchody 25-lecia czyniły członkostwo w Unii i NATO fundamentem transformacji. Ciężko byłoby zaatakować tak skonstruowaną całość. Dlatego właśnie prezydent próbuje przedstawić się nie jako lider jakiejś formacji politycznej, ale jako symbol i gwarant przemian. W to komponują się próby współpracy ośrodka prezydenckiego z politykami o bardzo różnej orientacji: od prawa do lewa.
Czy Platforma skorzysta na takim plebiscycie?
Tak, jeśli wybory parlamentarne też mogłyby być utrzymane w takim duchu bipolarnego podziału. Jednak sam Donald Tusk nie byłby zdolny do tego, żeby przeistoczyć wybory w swoiste referendum poakcesyjne. Potrzebuje do tego ośrodka prezydenckiego.
Dr hab. Rafał Chwedoruk jest politologiem, ?wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA