fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Polska kraina układów

materiały prasowe
Po lekturze najnowszych powieści Katarzyny Bondy i Marcina Ciszewskiego nasuwa się jeden wniosek – Polska to kraj wielu możliwości. Zarówno dla typów spod ciemnej gwiazdy, jak i tropiących ich sprawiedliwych.
W ciągu ostatniej dekady literaturę polską zalała fala zbrodniarzy, geniuszy występku lub pospolitych psychopatów. Tempo, w jakim czytelnicze umysły zdobyła powieść kryminalna, nie jest wyłącznie polskim fenomenem, bo jeszcze większe tryumfy odnoszą autorzy skandynawscy. Nie sposób też nie zauważyć, że literatura sensacyjna stała się głównym filarem, na którym opiera się czytelnictwo w naszym kraju. Prowodyrem tego „morderczego" skrzywienia literatury stał się u nas Marek Krajewski, który cyklem o komisarzu Mocku rozpoczął zakończoną pełnym sukcesem krwawą kampanię podboju czytelniczych gustów. Kryminał w stylu retro stał się obok nieśmiertelnego romansu najpopularniejszą gałęzią literatury powstającej w Polsce.
Wiele wskazuje jednak na to, że coś się pod tym względem zmienia, a polski kryminał, czy szerzej – literatura sensacyjna, przechodzi przemianę. Moda na pojedynki dobrych szeryfów z podejrzanymi typami nie mija, ale wielokrotni zabójcy, psychopaci, wyznawcy mrocznych kultów powoli odchodzą do lamusa. Wydaje się, że polscy autorzy idą ścieżką wyznaczoną przez pisarzy skandynawskich i że przy okazji układania historii z dreszczykiem mają też ambicję powiedzenia czegoś istotnego na temat Polski.
Dowodzą tego nowe powieści autorów cieszących się już sporą popularnością – „Pochłaniacz" Katarzyny Bondy i „Wiatr" Marcina Ciszewskiego. Nie są to obrazy kreślone w optymistycznych barwach: obie powieści roztaczają wizję Polski jako kraju moralnie nadgniłego, zwłaszcza u swych polityczno-biznesowych szczytów, państwa wszelkiej nieprawości, w której wiodącą rolę odgrywają układy i układziki.

Ostry profil

Katarzyna Bonda inicjuje „Pochłaniaczem" kryminalną tetralogię, której główną bohaterką jest Sasza Załuska, była policjantka, która zajmuje się wykonywaniem profili psychologicznych sprawców przestępstw. Po studiach w Anglii wraca do ojczyzny, by tu zostać zaangażowaną w śledztwo dotyczące morderstwa znanego piosenkarza, a prowadzone przez nią dochodzenie ujawnia kolejne warstwy nieczystości, polityczno-kryminalnych powikłań, których wspomniane zabójstwo jest tylko wierzchołkiem. Załuska to damska wersja postaci, która pojawiała się w dwóch wcześniejszych kryminałach tej autorki – profilera Huberta Meyera. Tak jak jej męski odpowiednik Załuska uwikłana jest tyle w intrygę kryminalną, co we własne problemy, a zgodnie z obowiązującą modą na bohaterów po przejściach musi zmierzyć się ze swoimi demonami – w tym wypadku własnym alkoholizmem i zagadką ojcostwa jej dziecka.
Ta etyczna niejednoznaczność jednak dotyczy także innych postaci, które zaludniają powieściowy świat „Pochłaniacza". W zasadzie trudno tu mówić o podziale na dobrych i złych bohaterów – czarno-biała perspektywa jest Bondzie obca, jej postaci są pokiereszowane przez życie i własne winy. Bohaterami powieści mogliby być bohaterowie „Psów" – tyle że o 20 lat starsi, nieco mniej krwiożerczy i rzadziej pociągający za spust, za to dokładający starań, by przeszłość na zawsze pozostała przeszłością, a sięgająca wczesnych lat 90. XX wieku tajemnica, spleciona z aferą przypominającą Amber Gold, nigdy nie wyszła na jaw.
Pisarka podkreśla w wywiadach, że fabuła z trupem w tle jest dla niej tylko pretekstem do snucia opowieści i „Pochłaniacz" tę prawdę poniekąd potwierdza. W jej sposobie pisania widać dziennikarskie doświadczenie (zanim Bonda poświęciła się literaturze, zajmowała się między innymi reportażem) – pietyzm, z jakim traktuje szczegół, dokładne odwzorowanie powieściowej scenografii, a nade wszystko nacisk na to, by jej bohaterowie, nawet ci mniej znaczący, wydawali się ludźmi z krwi i kości.
Jeśli doszukiwać się w „Pochłaniaczu" słabości, to będą one miały związek z nieco przesadną ambicją autorki, by po wielokroć zaskoczyć czytelnika, a po drugie, z uproszczoną wizją polskiej rzeczywistości; Polska to dla Bondy kraj, w którym „modli się w święta i pije po domach", i gdzie wszyscy mężczyźni chodzą na kacu albo religijnym rauszu. Można taką perspektywę przyjąć albo nie – choć przyznać trzeba, że akurat w powieści, której główną bohaterką jest alkoholiczka, ma ona pewne uzasadnienie.

Głośno i krwawo

Marcin Ciszewski zamiast nacisku na psychologię i pełnokrwiste, wielowymiarowe postaci stawia na atrakcje rodem z filmu hollywoodzkiego. W „Wietrze", trzeciej po „Mrozie" i „Upale" powieści z cyklu „pogodowego", Ciszewski pozostaje sobie wierny – ma być szybko, sensacyjnie, głośno i krwawo. I pod tym względem nie zawodzi – akcja najnowszej powieści toczy się głównie na Kasprowym Wierchu i toczy się w tempie narciarskiego zjazdu z tej góry.
„Wiatr" to kolejna odsłona bohaterskich wyczynów postaci znanych z innych książek Ciszewskiego – byłych żołnierzy, a obecnie policjantów Wydziału Terroru Kryminalnego i Zabójstw Komendy Stołecznej, Jakuba Tyszkiewicza oraz jego przyjaciela Stanisława Krzeptowskiego. We wcześniejszych częściach cyklu obaj musieli stawić czoła zamachowi terrorystycznemu podczas Euro 2012 („Upał") i związanemu z polityczną aferą morderstwem pewnego meteorologa („Mróz"). Tym razem, spędzając sylwestra w Zakopanem, zostają wplątani w aferę gospodarczo-szpiegowską związaną z nowatorskim projektem przeznaczonego dla armii egzoszkieletu. Zamiast umiejętnościami tanecznymi mają dzięki temu okazję wykazać się sprawnościami bardziej pożądanymi w ich fachu – jazdą na nartach w zadymce i po nocy oraz posługiwaniem się różnymi typami broni. Tytułowy wiatr dmie zatem na czterech setkach stron bezustannie, a gęsto padający śnieg zasypuje kolejne trupy, co nie przeszkadza zresztą dwóm szeryfom rozwikłać przy okazji pewnej afery, w której główne role odgrywa tajemnicze konsorcjum biznesmenów, wiceminister obrony i szef Służby Wywiadu Wojskowego.
Ciszewski świetnie radzi sobie z opisami żywiołu i dozowaniem napięcia, gorzej jest jednak w „Wietrze" z samymi bohaterami, których posągowa jednoznaczność staje się niekiedy irytująca. Zarówno Tyszkiewicz, jak i Krzeptowski to bowiem chodzące ideały szeryfów i dżentelmenów bez skazy, którzy dla nowo poznanej kobiety zaryzykują życie i nie przepuszczą okazji, „by kopnąć w dupę paru ważniaków, którym się wydaje, że mogą robić, co chcą". Ta schematyczność dotyczy zresztą również postaci drugoplanowych. Pod tym względem „Wiatr" broni się przede wszystkim dzięki zakończeniu, które nie tyle wywraca do góry nogami całą fabułę, ile wzbogaca czarne charaktery o element niejednoznaczności, czego wyraźnie zabrakło krystalicznym postaciom bohaterskich policjantów.
Gatunki literackie podlegają mniej więcej tym samym prawom ewolucyjnym co inne byty – powstają, rosną w siłę, przeżywają apogeum, by wreszcie zacząć marnieć albo wprost się zdegenerować. Najnowsze dokonania Bondy i Ciszewskiego dowodzą, że polskiej literaturze sensacyjnej daleko do fazy schyłku – to bardzo porządna literacka popkultura traktująca poważnie i siebie, i czytelnika. Można mieć nadzieję, że to, co najlepsze w polskiej literaturze gatunkowej, również za sprawą wspomnianych autorów, dopiero przed nami.
Autor jest pisarzem i krytykiem literackim. Ostatnio wydał powieść „Anomalie"
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA