fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Najlepsza dentystka w Londynie

Warszawa Powiśle... Szybko wchodzę, zamawiam małe piwo i lecę do kibla
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
„Nienawidzę tego miasta. Po co tyle ludzi tu przyjeżdża? Absurd. Z ładnych miejsc, z Podlasia, Mazur, z Beskidów! Tylko po to, by pracować, wciągnąć się w tryby obłędnego systemu". Fragment najnowszej powieści, która ukazuje się właśnie nakładem Wydawnictwa Arcana.
Miasto na przełomie lata i jesieni zaczyna inaczej oddychać. Krócej, czasem nawet spazmatycznie. To letni zaduch kryjący się w uliczkach, pod zakurzonymi koronami drzew wydaje ostatnie tchnienie i ustępuje miejsca innemu powietrzu. Choć jeszcze ciepłe, niesie w sobie zapowiedź zmiany. Warszawa pod koniec września zaczyna przygotowywać się do nowego, odległego jeszcze przymrozka, który nadejdzie i sprawi, że wszystko stanie się inne: ludzie, psy, kałuże, tramwajowe szyny i smużki dymu, unoszące się z domków w dalszych dzielnicach.

Na razie jednak wciąż jest ciepło, a ja, jak niemal co dzień, wybrałem się na wieczorny spacer, ponieważ nie miałem nic innego do roboty. Pracy też nie, ale z tym zdążyłem się już jakoś oswoić. Ostatnio wylali mnie z działu korekty pewnego tygodnika, gdyż nastąpiła redukcja. Z tym że właściwie nie byłem zatrudniony, wyłącznie umowa-zlecenie. A wcześniej w ubezpieczeniach przez dwa miesiące. Wcześniej jeszcze gdzieś. Poszarpana zawodowa droga, właściwie nie zawodowa, trudno mówić o zawodzie, nie ma o czym mówić. Ostatnio wróciłem do dawnego trybu życia: do późnej nocy muzyczka i lektura, tak gdzieś do trzeciej, potem spanie do dwunastej w południe, najgorsze przebudzenie, łup w głowę, zwlec się trzeba, metodyczne przygotowanie śniadania. Posiłek kończyłem o czternastej. Potem zakupy, warzywa na obiad, na zupę. Odżywiam się bez ścierwa, jedzenie czyste, ze względów zdrowotnych, chociaż kiedyś mocno wszedłem w hinduizm, w „Upaniszady", więc coś z tego pozostało. Każde życie jest święte, nawet komara. Obieranie warzyw i gotowanie zupy bardzo się przeciąga, wzorem Francuzów zatem, obiad o dwudziestej, do zupy pół bochenka chleba, potem spacer ulicami, do parku, nad Wisłę.

Nienawidzę tego miasta. Po co tyle ludzi tu przyjeżdża? Absurd. Z ładnych miejsc, z Podlasia, Mazur, z Beskidów! Tylko po to, by pracować, wciągnąć się w tryby obłędnego systemu. Ja tym ludziom współczuję, ale i czuję niechęć, choć nie nienawiść, że odbierają mi moje miejsce – warszawiaka z dziada pradziada. Wypierają, rozpychają się, chcą mieć, pokazać przed swoimi, co zostali na wsi, że się udało. Przecież muszą, muszą całymi sobą, bo gdyby tam zostali, zapewne ich jedyną drogą byłoby picie wina „Tur wzmocniony" pod spożywczakiem. Więc są tu, piękne dziewczyny oddające się ostatnim kutasom za pracę w sekretariacie, ubrani w garnitury kolesie, stojący na ulicach i oferujący do sprzedania jakieś śmieci, liczący za dwa, trzy miesiące na coś lepszego. Ja tu jestem, choć chciałbym mieszkać w górach. Najlepiej chata w Beskidzie Niskim. Tam jeszcze jest dziko, ludzi najmniej. Zresztą wszystko jedno gdzie, mogą być Sudety. Byle tylko z dala od miasta, od marudzących starych i od ciągłego poszukiwania pracy. Marzy mi się proste życie, właśnie takie, o którym pisał Ernst Wiechert. Książkę pożyczyłem od kolegi. Nie żyje, spadł w przepaść gdzieś na Orlej Perci. Została po nim ta książka i jeszcze „Demian" Hessego. Nigdy już nie zostaną zwrócone prawowitemu właścicielowi.
Warszawa nie daje mi spokoju, męczy, z czym tu porównać widok na góry z Tarnicy albo z Halicza. Z zaszczaną bramą, w której łomiarz zaatakował naszą sąsiadkę? Uderzył od tyłu z całej siły. Zabrał torebkę, uciekł. Baba cudem przeżyła. W tej okolicy zabił cztery kobiety. Albo porównaj obraz połonin z pejzażem okolic Dworca Wschodniego: złomowiska, rudery, kwaterunek, ośrodek Monaru, a między tym wszystkim porośnięte chwastami płaszczyzny, tu ludzie sypią śmieci. Połonina i to. Takie porównanie jest zresztą bez sensu.
Kiedyś w górach gadałem o życiu z facetem prowadzącym schronisko na Luboniu Wielkim. Zwierzyłem się, że chciałbym zamieszkać daleko do miasta. Płonął ogień na kominku, delikatnie trzeszczały drewniane czarne ściany, za oknami zrobiło się siwo. Ogromne srebrne świerki. Stoją nie wiadomo po co, ale szepcą coś do siebie.
– Myślisz sobie – mówił gospodarz – że wszystko masz w dupie i jesteś w górach, ale tak naprawdę musisz myśleć o tym, o tym i jeszcze o tym.
Wyliczał na palcach. Miał na myśli sprawy logistyczne. Kiepa cisnął do ognia, zapatrzył się w płomienie. Właściwie nie wiadomo było, czy martwi się czymś, czy po prostu potwierdza trafność surowej drogi, którą wybrał dla siebie. Ja nie potrafiłem się na nią zdecydować. Roiłem o doktoracie, a starzy płacili za mieszkanie i dawali jeszcze osiem stów na jedzenie. Oczywiście w okresach, kiedy nie miałem pracy, czyli praktycznie przez cały czas. Gucio namawiał mnie, żebym wystąpił o rentę, bo przecież miałem poważne problemy ze zdrowiem, reumatyzm z pielgrzymki do Częstochowy, leczony wiele razy w sanatorium. Jeszcze kwestia bycia wariatem. On już miał przyznaną rentę za różne depresje, próby samobója.
Musisz świrować na jedną rzecz – namawiał właściciel żółtych papierów. – Wtedy żadna komisja tego nie stwierdzi, żadna. Na jedną rzecz! Wyłącznie!

* * *

Imprezy z Guciem to, obok spacerów, moje jedyne rozrywki. Na początku zawsze spotykaliśmy się w jego kawalerce. Jabłonowo bardzo mocne, wojak super mocny i kilka innych piw na początek, oglądanie imponującego zbioru pornosów Gucia. Regularnie uzupełniał go na Stadionie Dziesięciolecia, interesowały go przede wszystkim zbliżenia kobiecych narządów. Parę fragmentów z płyt DVD, jeszcze wybrane pisma, miał ich stos, ale to nudzi, śmiertelnie nudzi, zwłaszcza kiedy się nie ma panienki jak ja czy Gucio. Puszczał Zappę albo orkiestrę Glenna Millera, a potem jeszcze Manowar, swoją ulubioną heavymetalową kapelę, i w wybornych nastrojach wychodziliśmy w warszawską nockę.
W parku koło fińskich domków zapalaliśmy pierwszego murzyna. Zazwyczaj na nim się kończyło, bo odlot był tak niesamowity, że trwał przez wiele nocnych godzin. Kończyliśmy nad ranem, gdzieś na klatce schodowej, Ursynów czy Bemowo, bywało różnie. Starzy Gucia, którzy również finansowali swojego popaprańca, cały przeżywany z dnia na dzień żal kierowali w stronę mej skromnej osoby.
– Znowu chcesz się z nim spotykać i pieprzyć po klatkach! – zdybała mnie kiedyś matka Gucia. – Kurwy! Pedały!
– Ty mi nie wciągaj Gustawa w żadną politykę! – smęcił jego staruszek podczas przypadkowego spotkania. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy z istoty naszych kontaktów.
Ale od czasu do czasu Gucio musiał im coś o nas opowiadać, debil jeden. Pewnego dnia zarzuciliśmy kwas. Zimowa pora, chyba koniec lutego. Mało pamiętam, to na pewno, że zaczęliśmy na Bielanach, a skończyliśmy w wiosce słowiańskiej nad Wisłą. Miasto jeszcze się nie obudziło, a ja patrzyłem jak z brudnego, wiosennego śniegu wyrastają kolorowe kwiaty. Nie było zimna, mrozu, niczego. Ukląkłem i wyciągnąłem dłonie do rozchylających się kielichów, byle tylko narwać, ułożyć bukiet. Gdzie wtedy był Gucio, co przeżywał, nie wiem. Może w ogóle go już tam nie było. Wrócił do domu na oglądanie pornografii. Dziś już nie do odtworzenia. Zresztą nie ma czego odtwarzać, bo niby po co, dla kogo, chyba nie dla Gucia, bo on wszelkie wspomnienia ma w głębokiej pogardzie.
Kościół Świętego Zbawiciela. W jego okolicach krążył łomiarz, na Mokotowskiej, czaił się w bramach. Czekał na kobiety wracające z zakupami po całym dniu pracy, do domów, do dzieciaków, które chciały parówek na kolację. Zabijał dla kilkunastu złotych w portfelu ze sztucznej skóry. Co on sobie za to kupił? Jabola, ćwiartkę? Czyli nic.
Na dzisiaj wybrałem trasę zaczynającą się na skarpie za uniwerkiem. Jak zawsze panienki z filologii wracały z zajęć, tę aleję bardzo lubiłem, jaka różnorodność, bogactwo, przepych kobiecych sylwetek. A twarze delikatne i chamskie, wesołe i smutne, najładniejsze są buzie, na których jest oczekiwanie na coś, dziewczyńskie, nieuświadomione. Jeszcze wszystkie kolory włosów i ciuchów do wyboru, romanistki, italianistki, germanistki. Albo ta: usiadła na ławce, wyjęła skrypt i kanapkę, waha się między zatopieniem ząbków w bułce z szynką a lekturą wypocin jakiegoś profesorka. Głód zwycięża, książka leży obok. A twarz? Jasne włosy okalają śliczną buzię, bladą, delikatną, tak ładną, że nigdy nie zdobyłbym się na to, by przysiąść się do tej panny, zagadać. Jakie to straszne, że kiedyś znajdzie się taki, co położy się na niej, zbruka jej piękno, które rozkwitło dzisiejszego wieczoru. I to czym? Swoim fiutem, zaleje dziewczynę nasieniem. Jednak jeszcze gorsze jest to, że ona będzie chciała, zapewne już chce, na pewno chce, czas biegnie tak szybko, ona chce znaleźć sobie kogoś takiego. To jest normalne, ja jestem nienormalny, nienaturalny i niedojrzały do zwyczajnego życia w społeczeństwie.
Naprzeciw wodnego oczka jest modna kawiarnia, a zarazem księgarnia. Do tego miejsca czułem szczególne obrzydzenie, bo kiedyś przypadkowo trafiłem na autorski wieczór. Pisarz. Tak przynajmniej o nim mówili, w gazetach pisali. Przy stoliku siedzą trzy osoby, każda jest ważna. Rzecz w tym, że owo indywiduum przez cały czas mówi tylko o sobie, o tym, że kiedyś było się takim, teraz jest się siakim, czyli lepszym, kiedyś się piło, teraz już się tyle nie pije, kiedyś się pisało tak, teraz się pisze srak i owak, czyli lepiej. Daje do zrozumienia, że jest oryginalny, wyjątkowy, a przy tym zupełnie luzacki, przyjacielski, skromny, otwarty na świat cały, brat łata, każdy chce się z nim zaprzyjaźnić, przy jednoczesnym poczuciu, jak wielki to człowiek.
Tkwiłem w naperfumowanym cieple i zapachu zaróżowionych cipek z polonistyki, które przyszły tu, siedziały, stały i wpatrywały się w kabotyna, podczas, gdy ich chłopcy na zewnątrz spalali szluga z widokiem na ulicę Browarną. Nagle pomyślałem, że gdybym miał teraz przy sobie pistolet, to jeden strzał, pif, może dwa, pif, paf, śmierć tego gościa tylko po to, żeby zamknął mordę. Świat wolny od bydlaka. Zawstydziłem się. A tamten dalej o sobie, ciągnął się monolog. Właściwie nie wiem, dlaczego tak długo tam zostałem, pewnie ze względu na dziewczyny, na ich wyeksponowane uda.
Rację miał Gucio, kiedy o piątej rano w marihuanowym szale wrzeszczał na pustej ulicy:
– Piekło to są inni! To są ci wszyscy, którzy teraz śpią!
Nasze imprezki kończyły się porannym zjazdem na klatkę schodową. Tam odpoczywaliśmy, przychodził rodzaj kilkugodzinnego letargu, po którym budził nas ból głowy. Czasami lokatorzy wyrzucali nas z powrotem na ulicę, ale nam było to całkowicie obojętne. Do innego bloku albo już do domu, przespać się do dwunastej, pierwszej. I budził się kolejny dzień, w którym obierałem kupione za pieniądze od starych warzywa na zupę.
Tamka, głupia ulica. Ciągnie się od Wisły w górę, ale nic na niej nie można zrobić, przysiąść gdzieś, pomedytować przy browarze, popatrzeć na ludzi, co najwyżej pójść do muzeum Szopena. Wieje nudą od rzeki w górę. Dlatego szybko, Kruczkowskiego pod parkanem, który bardzo, bardzo lubię.

* * *

Za nim rozciągają się ogrody należące do zakonnic. Klasztor góruje nad wiślaną skarpą w tym miejscu. Kiedyś z Guciem sforsowaliśmy ogrodzenie i w tym niezwykłym zaciszu, w medytacyjnym skupieniu, na przemian ciągnęliśmy bucha z fifki. Dzisiaj Gucio nie chciał się ze mną spotkać, problemy zdrowotne, zresztą od pewnego czasu ogarnęła go nowa namiętność – obsesyjnie skleja modele. Samoloty, czołgi, amfibie, helikopter Chinook, transportowy, używany podczas wojny w Wietnamie. Poświęca temu długie godziny, często siedzi nad jakimś problemem do trzeciej, czwartej nad ranem. Potem nie ma już czasu na nic, nawet na oglądanie swojej multimedialnej kolekcji kobiecych narządów. Kiedyś odwiedził mnie jednak, pochwalił mieszkanko, choć kibelek w korytarzu, kręcił nosem, w sumie może być, i muzyki można głośno słuchać, nie jest źle, podobało się Guciowi. Jednak na pożegnanie powiedział:
– Brakuje tu miejsca na kącik modelarza.
Dlatego jestem dzisiaj sam, zresztą od dawna nie mieliśmy dojścia do dobrego towaru, ale wcale nie jest mi źle. Dochodzę do figury świętej Anny, jej Córeczka trzyma książkę. Czuję zapach klasztornego ogrodu. Mokra ziemia. Jednak beznadziejna ulica, jakich wiele w moim mieście: po jednej stronie ogrodzenie, po drugiej – syfiaste blokowisko. O tej porze w górach dobrze się chodzi, bo już nie jest gorąco i ludzi na szlakach mniej. Nieruchoma kosodrzewina, ostoja ciepła wśród nieprzyjaznych kamieni, delikatne nitki babiego lata na twarzy, wypalony papieros na dwie godziny przed dojściem na szczyt. Zupełny luz i pewność, że pejzażu z kontrastem między kamiennym szczytem i schodzącymi w dolinę świerkami nie stworzyłby żaden człowiek, to pewne jak to, że dzisiaj wieczorem spaceruję po Warszawie i minąłem właśnie figurę świętej Anny z małą Marią przy klasztornym ogrodzeniu. Ponoć na ten teren podczas wojny nie wchodzili Niemcy, nie ośmielili się, może bali się czegoś. To przypomina mi inny epizod z historii. Niewiele zapamiętałem ze szkoły, ale to akurat bardzo dobrze. Po zdobyciu Konstantynopola sułtan konno wjeżdża do kościoła Hagia Sophia, schodzi z konia i pada na twarz, onieśmielony potęgą świątyni. Może tu, w Warszawie, wobec klasztoru Sióstr Szarytek Niemcy poczuli się onieśmieleni? Ale przecież hitlerowcy i w tysiącletniej Rzeszy mieli swoje opactwa, które, dzięki donosom gorliwych narodowych socjalistów, mogli z lubością przeszukiwać z nadzieją na znalezienie Żydów, bez nieśmiałości przeczesywali szeregi mniszek, mnichów, zakonników i zakonnic. Mniszka i zakonnica. To nie to samo. Kiedyś, właściwie nie wiadomo dlaczego, zainteresowałem się życiem konsekrowanym, potrafiłem rozpoznawać chyba wszystkie zakony po habitach. Gucio natomiast głęboko wszedł w historię wielkich chanów mongolskich. Nawet po trawie i alkoholu można go było odpytać i bezbłędnie podawał daty panowania Ogedeja, Gujuka, Mongke i Kubilaja. Na klatce schodowej cytował fragmenty „Tajnej historii Mongołów", a ja tarzałem się po podłodze. Paranoja Gucia minęła z chwilą, kiedy zainteresował się plastikowymi modelami. Mniszka Teresa Bednedykta od Krzyża, tę ja zapamiętałem, bo owszem, czytywałem trochę filozofów, zwłaszcza przedpołudniami, na kacu po trawie. Więc mniszkę też znaleźli, najpierw wyjechała z Niemiec do Holandii, ale nie na wiele się to zdało. Musiał być donos, co do tego nie mam wątpliwości, klasztor kontemplacyjny, nikły kontakt z życiem za murami, a jednak karmelitanka pojechała do Auschwitz.

* * *

Ciśnienie w pęcherzu przerywa moje rozważania. Na szczęście zbliżam się do dworca Warszawa Powiśle, gdzie przy schodach, w dawnej biletowej hali jest knajpa. Szybko wchodzę, zamawiam przy barze małe piwo i lecę do kibla. To musi być ona, Hania, mieszkała w bloku Agaty, chodziła ze mną do pierwszej klasy, potem odpadła, nie zdała, przeniosła się, nie pamiętam, nie wiem dokąd. Jednak ta za barem wygląda inaczej: na głowie dredy, na przedramieniu jaskrawa dziara. Naprawdę coś nowego. Tamtą Hanię kojarzyłem raczej z klimatem w stylu: zakładamy czarne, workowate swetry i idziemy do kina na Bergmana. Albo bluzkę z watowanymi ramionami, walimy na Ionesco do dramatycznego.
Po powrocie z ustronia usiadłem przy barze, piana nie zdążyła jeszcze opaść.
– Kiedyś miałem bardzo podobną do pani koleżankę, miała na imię Hania.
– Ja też mam na imię Hania.
To ona. Grzecznie się przedstawiam, cześć po latach, podaję rękę nad barem, o tak, już sobie przypomina, musiałem się zmienić, choć może nie tak bardzo jak ona. Wyszczuplała i to znacznie. Zwłaszcza twarz stała się bardziej pociągła, ale z perspektywy barowego stołka widzę też, że nosi spódnicę nad kolana. Czy to nie jest genialne? Czas przysłużył się Hani. Tyle lat, z górą dwadzieścia, zapomniałem o takiej osobie, a ona żyła, może narkotyzowała się, kurwiła, tyle lat, naprawdę wszystko jest możliwe. Być może wstąpiła do szarytek, ale po dziesięciu latach wystąpiła z zakonu, ponieważ zakochała się w pacjencie z przyklasztornego szpitala, ma z nim dziecko, dziecko ma dwanaście lat. Przesadziłem, najwyżej sześć. Jako symbol powrotu do świata zrobiła sobie tatuaż.
– W twoim bloku mieszkał Kazik.
Hanka kiwa głową.
– Czy wiesz, że osiedlił się na Jersey?
Też wie. Zorientowana w sprawach swego bloku. Być może wciąż tam mieszka.
– Moi rodzice spotykają jego rodziców.
– Jak ten Polak pozabijał nożem innych, to pomyślałem, że mógł też zabić Kazika.
Hanka śmieje się, zupełnie nie wiem, dlaczego, przecież tam mógł być on.
– Albo, że to Kazik był mordercą, tak pomyślałem – dodaję.
Też się śmieje. Ale czy naprawdę nie mogło tak być? Mogło, mogło i ona o tym wie. Ale nic nie mówi, być może dlatego, że teraz jakiś pijak siada koło mnie i bełkotliwym głosem coś do Hanki nawija. Ona do niego też, ale nie nadążam. Pociągam ze szklanki dwa duże, nerwowe łyki. Kazik wpada z nożem do pokoju, w którym spokojnie śpią jego bliscy i dźga, dźga, dźga, a wszystko poczęło się w bloku Hanki, wykiełkowało mu we łbie, na przykład podczas codziennego wyrzucania śmieci, gdzieś między drzwiami od mieszkania a zsypem. Tam dopadło i nie puściło, aż do pamiętnego finału na małej Jersey. Teraz przypomina mi się, że Kazik, jak Gucio, też lubił porno, odwiedziłem go kiedyś, licząc na spotkanie z Agatą, wprowadził mnie do swojego pokoiku, którego centralną część stanowiło podświetlane akwarium. Pływały skalary i glonojady. Gupiki pawie oczko ruszały skrzelami. Jedna ściana cała w plakatach z gołymi babami. Opowiadał mi wtedy Kazik o swoich podbojach, o tym, że ostatnio miał dziewczynę, którą od zera musiał uczyć seksu. Niestety, jego rodzice byli słuchaczami odgłosów z pokoiku, bo – zobacz, wskazał na drzwi – zwykłą dyktą zabite. A lubiła krzyczeć.
– I co? Miałeś potem gadane?
– Wcale. Ani stary, ani matka, jednego słowa.
Dużo pamiętam, wychodzi to skądś, sprawczynią postać Hani za barem. Ja o Kaziku nie myślałem wcale, inny świat, orbitował daleko. A tu znienacka tyle szczegółów, nawet ściana z plakatami. Dokładnie ją widzę, to były zdjęcia samych kobiet, które nie pokazywały narządów, albowiem ten trend miał nastąpić w naszej ojczyźnie wówczas, gdy Kazio znajdował się już na emigracji i mył talerze u Greka. Potem wyrwał się dalej. Dzielny chłopak, dobrze, że na Jersey to nie on dostał nożem, ani nie jemu odwaliło.
Pijak odbiera od Hani dziwną zabawkę, miniaturowe bębenki, zaczyna na nich grać, naciskając guziczki. Świecą czerwone diody.
– A Agata, co dentystką później została? No wiesz, ta z siódmego piętra?
– Agatka, tak, też spotykam jej rodziców. Jest w Londynie, tam pracuje.
– W Londynie? Po co?
– Wzięła rozwód, z mężem nie wyszło.
– Mieli dzieci?
– Dwoje. Są z Agatą.
– W Londynie? – pada pytanie głupiego.
Popijam, patrzę na Hankę. Fajna z niej dziewczyna. Szkoda, że robi w barze, ale być może to lubi, tu przychodzą różni. Tacy, co mogą zabrać na rejs jachtem po wyspach greckich, szukają odlotu z dziewczyną zza baru, inną niż żona na co dzień w białej bluzce, żakiecie i na wysokich obcasach. Seksem w wielkim mieście rzygają, chcą zakosztować chwil gówniarskiej swawoli, nawet z panną nie pierwszej młodości, jak Hanka. Być może dlatego tu jest, ale przecież to tylko moje domysły. Niby dlaczego ma być rozpustna? Bo ma tatuaż? Bez sensu takie myślenie.
– Ja w ogóle robię w zamówieniach publicznych, a tu to tylko tak – wyjaśnia mi na koniec swoją tajemnicę, choć wcale o to nie prosiłem.
Trzeba ruszać, czas na dalszą część spaceru. Piwo zostało wypite. Żegnamy się, mamy pozdrowić wspólnych znajomych, jeszcze się zobaczymy. Z wyjątkiem pożegnania, same kłamstwa. Piąteczka przez bar.
Wojciech Chmielewski jest pisarzem i edytorem, absolwentem Wydziału Historycznego UW.  Ostatnio opublikował powieść„Kawa u Doroty" (Czytelnik, 2010).
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA