fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Między prawdą a parodią

Głównych bohaterów nie grają aktorskie gwiazdy. Marcel Sabat (Zośka), Tomasz Ziętek (Rudy) Kamil Szeptycki (Alek)
Monolith films
Pro i kontra: „Kamienie na szaniec” – dobre kino, czy fałsz historii – spierają się recenzenci „Rz”. Od piątku na ekranach.
PRO: Barbara Hollender
Zdjęci z pomnika bohaterowie „Kamieni na szaniec" są bliscy współczesnemu młodemu widzowi. Dzięki nim słowa, takie jak: patriotyzm, ojczyzna, wolność, poświęcenie, nie brzmią schematycznie. Zobacz galerię zdjęć
Ten film wchodzi na ekrany w szczególnej atmosferze. Towarzyszą mu protesty Fundacji Harcerstwa Drugiego Stulecia, zarzuty o „sponiewieranie bohaterów Szarych Szeregów", a nawet skargi, że filmowi maturzyści uprawiają seks. Co do seksu – bzdura. Na ekranie go nie ma. A „szarganie świętości"?
Robert Gliński sportretował młodych ludzi, którzy wychowani w inteligenckim środowisku – mieli wpojony pewien system wartości. Przyjaźń, lojalność – to coś znaczyło. I ojczyzna. Polskość, która nagle przestała dla nich być tylko pojęciem z książki historycznej i przemówień polityków. Trzeba było o nią walczyć. Tak jak o prawo do normalnego życia. W książce Aleksandra Kamińskiego bohaterowie Szarych Szeregów są dość posągowi. Nieugięci, przywykli do żelaznej dyscypliny, bez skazy. Gliński zdjął ich z pomnika. W filmie Zośka, Rudy i Alek stają się chłopakami, którzy mają swoje marzenia, tęsknoty, ale też wątpliwości i słabości. Chłopakami, którzy dojrzewają, w przyspieszonym tempie zamieniają się w dorosłych mężczyzn. Poznajemy ich, gdy w kinie rozpylają gazy łzawiące czy na mieście rozwieszają polskie flagi. Ten mały sabotaż przypomina trochę chłopięcą zabawę w konspirację. Ale w pewnym momencie przechodzą do Grup Szturmowych. W oczy zagląda im śmierć. Aresztowany Rudy jest katowany na Szucha. W filmie pozwolenie na odbicie go nie wydaje się dowódcom Armii Krajowej oczywiste. Oni zdają sobie sprawę, że niedawni maturzyści, ledwo przeszkoleni, nie są żołnierzami. Gliński pokazuje akcję pod Arsenałem inaczej niż to widzieliśmy choćby w filmie Jana Łomnickiego. To chaos, niepewność do ostatniego momentu, błędy strategiczne wynikające z braku doświadczenia. Ale też wielka determinacja. Ci chłopcy, pełni wahań, a jednocześnie tak głęboko wierzący w to, co najważniejsze – wydają się bardzo bliscy dzisiejszym standardom. A tym samym prawdziwsi. Dobrze, że nie mają na ekranie znanych twarzy aktorskich gwiazd. Ale jest coś jeszcze, co mnie w „Kamieniach na szaniec" przekonuje. II wojna światowa zaczyna się w społecznej pamięci zamazywać. Artyści, opowiadając o niej, też często unikają ostrych ocen, pokazują niejednoznaczność historii i ambiwalencję ludzkich wyborów. Więc może dobrze, że 70 lat po zakończeniu wojny reżyser Robert Gliński opowiada o okupacyjnym koszmarze. O śmierci, nienawiści. Pod ścianami domów osuwają się ciała cywilów zabitych w ulicznych łapankach. Tortury na Szucha są męczarnią i upodleniem. Zmaltretowany Rudy ocieka krwią, jego siostra pod wpływem stresu niemal wpada w psychiczną chorobę. Od kul giną chłopcy, dzieci prawie. Nagle jakże inaczej brzmi „Gloria victis". KONTRA: Jacek Cieślak Obrońcy narodowych mitów ten film nazwą sabotażem. A to polska fuszerka reżysera rozdartego jak sosna, który nie wie, co robi: odbrązawia konspirację, oddaje jej hołd czy ekranizuje lekturę. Na filmie najlepiej bawiłby się gombrowiczowski profesor Pimko. Wytrawny ów pedagog, podrzucając dzieciom karteczkę z komentarzem, że są grzeczne – wywoływałby zachowania przeciwne. W „Kamieniach na szaniec" rodzice namawiają synów do rozsądku, a zbuntowani harcerze prześcigają się w szukaniu śmierci. Wiele scen ośmiesza naszą legendarną konspirację. Oddział Zośki porusza się po Warszawie z ostentacją, jakby występował w parodii wojennych filmów w stylu „Giuseppe w Warszawie". Akcja pod Arsenałem przypomina rekonstrukcję potyczki w podwórkowych warunkach, gdzie można strzelać do Niemców tak długo, jak się da. Sceny rzekomego polskiego bohaterstwa sprawiają wrażenie totalnej głupoty. „Siekiera, motyka, piłka, alasz/Przegrał wojnę głupi malarz" – śpiewa jeden z rozstrzeliwanych Polaków, mając przeciwko esesmańskim karabinom jedynie uliczną piosenkę. Nie muszę tłumaczyć, jak przerażeni niezłomnością polskiego narodu są siepacze Hitlera. Takich scen jest więcej. Oto wściekły Zośka, po tym gdy Niemcy zakatowali na śmierć Rudego, jedzie samochodem do siedziby oprawców, by sforsować bramę katowni. No, może jego auto to nie czołg, ale pełnym gniewu spojrzeniem bardzo przestraszył uzbrojonych po zęby wartowników. A już serio: nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać w reakcji na kolejny odcinek polskich opowieści o ataku uzbrojonych tylko w szable polskich ułanów na niemieckie tanki. Infantylizm harcerskich zachowań w filmie Glińskiego bierze się stąd, że reżyser, zamiast przypomnieć korzenie Szarych Szeregów i ich romantycznego patriotyzmu, który brał się z przedwojennego modelu wychowania – za wszelką cenę chciał zrobić film współczesny. Akcjom małego sabotażu towarzyszy transowa muzyka, tak jakby puszczanie gazu w kinach okupacyjnej Warszawy było równie rajcujące co dzisiejsze łykanie prochów w klubie. Chyba jednak nie. Niestety, Gliński, chcąc być nowoczesnym – nie przetłumaczył na język kina znaczenia tytułu zaczerpniętego z poezji Słowackiego, bo jak wiadomo, to zbyt wielki i trudny poeta dla zjadaczy chleba i konsumentów lektur. Reżyser wolał od początku film uprościć, kontrastując naszych chłopców z Szarych Szeregów z Hitlerjugend – jakby chodziło o pojedynek dwóch band kibolskich. Jest takie stare powiedzenie, że jak nie wiadomo o co chodzi – może chodzić o pieniądze. Robert Gliński nie kryje, że film zrealizował na zlecenie producenta. Propozycja mogła paść dlatego, że furorę w telewizji robi serial „Czas honoru", a „Kamienie na szaniec" to gimnazjalna lektura. Przykre, że amerykański przemysł filmowy może wystawić pomnik tak mętnej figurze jak Stauffenberg, a polski robi z Rudego i Zośki pimkowskich gówniarzy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA