fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Szaleństwo do kwadratu

Irena Lasota
Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Idea przydzielania „kartek wyborczych za posiadanie dzieci" wzbudziła w Polsce ożywioną dyskusję.
Jak zawsze naród podzielił się na dwa zwaśnione obozy. Tym razem jednak, ze względu na nie do końca znaną przynależność polityczną autora tego pomysłu, linia podziału nie była prosta. Była raczej zygzakowata, ale niemniej absurdalna.
Ja, jak mi się często zdarza, jestem przede wszystkim rozbawiona. Zaczęłam obliczać wszystkie możliwe komplikacje mogące wynikać z przyjęcia takiego prawa.
Przede wszystkim zaprotestowaliby libertarianie i socjaliści. (Komuniści zwani postkomuną staraliby się głównie zamącić i pokręcić tak, żeby ich uznano za zbawców Polski). Jeśli założyć, że są ludzie, którzy decydują się na dzieci dopiero po osiągnięciu pewnego poziomu ekonomicznego, byłoby to prawo faworyzujące bogatszych ludzi, może też starszych, czyli tych, którzy mogli już sobie pozwolić na dzieci.
Z drugiej strony pojawia się sprawa bocianów. Jakub Karpiński, ucząc metodologii nauk społecznych, często podawał na wykładach przykład problemu: tam gdzie są bociany – zwykle rodzi się więcej dzieci. Czy oznacza to, że bociany przynoszą dzieci? Niekoniecznie. Bociany wiją gniazda nie w miastach, lecz na wsi, a wieśniacy (kiedy wyjeżdżałam z Polski w 1970 roku, byli chłopi i wieśniacy, teraz, podejrzewam, są rolnicy i ziemianie) zazwyczaj mają więcej dzieci. Z trzeciej zaś strony, ludność wiejska jest mniej wykształcona niż miejska, czyli prawo faworyzowałoby w tym wypadku ludzi mniej wykształconych, co może też oznaczać, że mniej wyrobionych politycznie.
Ale to jest dopiero początek zabawy, bo pomysł jest tak absurdalny, że może stanowić podstawę zabaw towarzyskich w okresie świątecznym.
Primo: Czy autor tego pomysłu jest przeciwnikiem Kościoła katolickiego i chce promować prawosławie i protestantyzm? No bo księża i zakonnice nie mieliby szans na zwiększenie swego głosu za pomocą liczby dzieci, podczas gdy duchowni prawosławni i pastorzy (nie mówiąc już o rabinach) mogliby głosować grupowo.
Secundo: A może autor pomysłu chce odstraszyć od swojego ruchu osoby niepełnosprawne, w tym i cierpiące na bezpłodność, które nie mogą mieć dzieci?
Tertio: Czy autor pomysłu faworyzuje mężczyzn, którzy, jak powszechnie wiadomo, mogą płodzić dzieci właściwie bez przerwy, podczas gdy płeć przeciwna musi jednak odczekać te dziewięć, a w praktyce więcej, miesięcy?
Quarto (i teraz polecę lawinowo, żeby nie zamęczać czytelnika moją znajomością łaciny):
– Co z doliczaniem dzieci rozwodnikom? Każdy rodzic dostaje pół głosu?
– Co z dziećmi adoptowanymi? Czy matka naturalna i matka, która adoptowała, dostaną  po pół głosu? A może sprawiedliwiej dać matce naturalnej ćwierć głosu?
– Kto dostaje głosy nieznanych ojców? Matka? A może raczej dziadek, bo matka się nie popisała?
– Dlaczego ktoś, kto ma bliźnięta, a nawet trojaczki, co jest sprawą genów, a nie wyboru, ma być wywyższony?
– Co z dziećmi poczętymi in vitro? Tu sprawa będzie bardzo skomplikowana. Jedni będą za odejmowaniem głosów, inni za dodawaniem lekarzowi, który dokonał zabiegu.
– Czy ojciec, który ma dzieci za granicą, ma też swoje dodatkowe głosy?
– A co z matką, która urodziła w Anglii i tam pobiera socjal na dziecko, ale mieszka w Polsce?
I tak dalej, i tak dalej.
I po co to w kraju, gdzie ludzie nie za bardzo chodzą na wybory (chociaż wielu żyje z tego, że uczy za granicą – zwykle wschodnią – jak mobilizować ludzi do wyborów). Na zdrowy rozsądek rodzice, którzy mają kilkoro dzieci, woleliby w niedzielę zostać w domu z tymi właśnie dziećmi, niż iść na wybory, zwłaszcza żeby głosować na partię, która miewa tak absurdalne pomysły.
Oczywiście zgadzam się, że w kwestii przyrostu naturalnego sytuacja w Polsce jest alarmująca. Na pewno trzeba coś w tej sprawie zrobić. Na przykład wstrzymać emigrację zarobkową poprzez zwiększanie zatrudnienia w Polsce lub zliberalizować politykę imigracyjną. Poza rzeszami Polaków poza granicami są też potomkowie małżeństw mieszanych – wiele Polek wychodziło za mąż w latach 60. i 70. za Kubańczyków, Algierczyków czy Malijczyków i chyba nikt nie stara się ich odszukać i dać im szansę zdecydowania, czy chcą tu się osiedlić. Nie mówię nawet, o czym pisałam wielokrotnie, że są w Polsce uchodźcy, którzy latami czekają na uregulowanie swojej sytuacji prawnej i w związku z tym marzą, żeby uciec z niegościnnej Polski jak najszybciej.
Oczywiście można by zwiększyć pomoc dla rodzin wielodzietnych poprzez następujące w postępie geometrycznym ulgi dla kolejnych dzieci. Zniżki na ubezpieczenie, na szkołę i studia, na pociągi i rozrywki. To wszystko musiałoby subsydiować państwo, łącznie z subsydiowaniem dodatkowej powierzchni mieszkalnej. Ale to byłoby zbyt proste rozwiązanie.
I na koniec również mam pomysł, na pewno skuteczniejszy od tego z „głosowaniem za dzieci" – za każde kolejne dziecko każdy z rodziców dostawałby prawo do jeżdżenia z szybkością przekraczającą dozwoloną o 10 km/godz. A od piątego dziecka w górę prawo przejazdu przez czerwone światła.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA