fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Dwie kobiety w świecie dominujących mężczyzn

Archiwum Teatr Wielki – Opera Narodowa
Mariusz Treliński wyjaśnia, dlaczego zdecydował się połączyć w jednym wieczorze „Jolantę” Czajkowskiego i „Zamek Sinobrodego” Bartóka.
Przypominamy rozmowę z 11 grudnia 2013 r.
„Jolantę" Czajkowskiego reżyserował pan w Teatrze Maryjskim w Sankt Petersburgu i pokazał z udziałem Anny Netrebko i Piotra Beczały w Baden-Baden, a dyrygował Walery Gergiew. Po raz pierwszy jednak drugą część wieczoru koprodukowanego przez Teatr Wielki – Operę Narodową i Metropolitan Opera stanowić będzie „Zamek Sinobrodego" Bartóka.
Mariusz Treliński: „Jolanta" jest bardzo rzadko granym utworem Piotra Czajkowskiego, ostatnią operą, jaką skomponował. Jest to baśń, której przestrzeń interpretacyjną otwiera niezwykle skomplikowany kontekst biograficzny kompozytora. Czajkowski pisze ją po trzykrotnej próbie samobójczej. Oskarżono go o homoseksualizm, a samobójstwo miało być „honorowym rozwiązaniem", które gwarantowało zatuszowanie sprawy. Wstrzyknął więc sobie wirus czerwonki, wszedł do Newy przy 30-stopniowym mrozie. Takie okoliczności towarzyszyły powstaniu „Jolanty" i wskazują jednoznacznie, że może być interpretowana jako coś więcej niż baśń.
Przypomnijmy, kim jest główna bohaterka.
Jolanta to niewidoma księżniczka, odseparowana od ludzi przez swojego ojca, króla René. Jest ona przedziwną, fascynującą postacią nawiązującą do archetypu ślepca, niewidomego poety, jasnowidza. Wielokrotnie powtarza, że nie potrzebuje światła, żeby widzieć. Mamy więc wieloznaczną opowieść o odmienności, która jest zarówno kalectwem, jak i darem. Rozmawiając z ciemnością, rozmawiając z mrokiem, Jolanta widzi więcej. Kiedy Peter Gelb, dyrektor Metropolitan Opera, zobaczył naszą inscenizację, powiedział, że absolutnie chce sprowadzić „Jolantę" do Nowego Jorku. Przychylił się też do tego, żeby wieczór zamykał inny utwór niż dodany w 2009 roku „Aleko" Rachmaninowa, bo to opera, najogólniej mówiąc, nierówna. Rozmowy trwały około roku. Braliśmy pod uwagę dziesiątki tytułów, ale „Zamek Sinobrodego" był pierwszą operą, jaką chciałem zrealizować, więc zdarzyła mi się sytuacja wyjątkowa: rzadko dostaje się jednocześnie zaproszenie do Metropolitan Opera i szansę wypowiedzenia ważnych kwestii w najbliższym sobie języku. Dlatego podczas jednego wieczoru wraz z „Jolantą" gramy „Zamek Sinobrodego".
Co łączy te dwie opery?
Wspólny motyw kobiety w relacji z dominującym mężczyzną. Król René, autorytarny ojciec, trzyma córkę w odosobnieniu. Pałac zdobią myśliwskie trofea, zakrwawione sarny, ścięte głowy zwierząt. Możemy tu mówić o niezwykle silnej, zazdrosnej miłości, o histerycznej potrzebie posiadania, gdzieś na granicy erotycznej fascynacji. Drugim męskim bohaterem jest zaborczy mąż Sinobrody. Dorosła kobieta, Judyta, przychodzi do jego zamku ze świadomością, że ów jest potencjalnym mordercą swoich dawnych żon. Zostawia dla niego matkę, ojca, narzeczonego – całe swoje dawne życie. Dlaczego? Wkraczamy w meandry seksualności i przymusu powtarzalności toksycznych relacji.
Proszę to rozwinąć.
Jeśli ktoś dojrzewał w traumie, to w dorosłym życiu, nawet jeśli cieszy się wolnością i spokojem, szuka ekwiwalentu dawnych silnych emocji. W obu operach mamy wiele elementów thrillera i horroru, są one tak sugestywne, że przypomniałem sobie własne, znaczące doświadczenie z dzieciństwa. Ojciec mojego przyjaciela miał protezę ręki i kiedy głaskał mnie po głowie, przechodziły mnie dreszcze. Obraz ten wrócił do mnie po wielu latach. Pokażę na scenie mężczyznę z poczerniałą ręką. Partię Króla zaśpiewa Aleksiej Tanowicki, który grał u mnie okrutnego Borysa Godunowa, bo choć René sprawia wrażenie francuskiego władcy, postać nakreślona jest przez Rosjanina. Padną pytania, jakie grzechy spowodowały ślepotę Jolanty i co mrocznego przeszło z ojca na córkę.
Jakiej możemy spodziewać się scenografii?
Ciemnego lasu, który jest mrokiem podświadomości. Pamiętajmy, że obie opery powstały mniej więcej w czasach pierwszego zachłyśnięcia się psychoanalizą Freuda. Po latach niektóre interpretacje wypadają naiwnie, ale sam Freud powraca w poważniejszej formie, a jego myśl niewątpliwie jest inspirującą ścieżką interpretacyjną. Chodzi tylko o to, by niczego nadmiernie nie upraszczać, a jedynie brać pod uwagę wieloznaczność relacji: ojciec-córka, żona-mąż. Wtedy wiele znaków pozwala łączyć obie opowieści. Ostatecznie ich jednak nie domykam, również dlatego, że to dwa różne muzyczne światy: liryczny, sentymentalny świat Czajkowskiego i ekspresyjny, drapieżny Bartóka.
Będą wizualizacje?
Jeszcze nigdy dotąd nie zastosowałem tak mocnego splotu opery i kina. Zacząłem kręcić filmy w wieku lat 15 i nigdy nie przestałem, nawet jeśli robię opery. Film to moja kolebka, dlatego nieustannie do niego wracam. Libretto „Zamku Sinobrodego" napisał Béla Balázs, ekspresjonista, jeden z najciekawszych krytyków kina, które potrafi być introspektywne, oniryczne, nierealne. Jest to traktat psychoanalityczny, a jednocześnie scenariusz. Widzę w nim swego rodzaju znudzenie poprzednią formą operową, dążenie do nowego rodzaju spektaklu, który łączyłby tradycje operowe z kinem i jego możliwościami. Nie chodzi tu tylko o język, jakim posługuje się film, rodzaj montażu, plany równoległe, ale o próbę odejścia od operowej dosłowności. Już w prologu narrator zadaje pytanie, czy jesteśmy wewnątrz, czy na zewnątrz, mówi, że kurtyna podnosi się, ale może być to kurtyna naszych rzęs. Balázs podważa więc granicę opery, wyraźny podział na scenę i widownię. Być może jest to spowodowane właśnie fascynacją kinem, które angażuje nas bardziej niż inne sztuki, wciąga nas w ekran, zacierając granice między tym, co wewnętrzne, a tym, co oglądamy. Dzisiejsze technologie dogoniły poetyckie wizje sprzed stu lat i można stworzyć spektakl, który dzieje się zarówno na scenie, jak i w nas. W czasach premiery każdą komnatę zamku traktowano jak kolejną tajemnicę podświadomości. Teraz wiemy, że nie da się jej skoszarować i potrafimy budować przestrzeń niemożliwą – na przykład pomiędzy projekcjami i mobilnymi ścianami. Widzowie zobaczą dziesiątki ruchów dekoracji oraz zbudowany przez Borisa Kudličkę zamek, którego kontury i kształty nieustannie się rozmywają. Zamek jest zresztą wymieniony jako osoba dramatu co było dla mnie niesamowitą wskazówką. W finale okazuje się, że może nie istnieje w ogóle, a cała historia jest opowiedziana przez nas. Najbardziej inspirujący dla połączenia obu historii motyw związany jest z widzeniem i niewidzeniem Jolanty. Gdy była niewidoma, widziała wszystko, a kiedy przywrócono ją społeczeństwu, włożyła suknię ślubną i znalazła szczęście u boku młodego wybranka, straciła coś najistotniejszego.
To, co zyskał Król Roger w operze Szymanowskiego.
Dokładnie. Możliwość widzenia wewnętrznym okiem, poza granicami zmysłów. Pierwszym gestem Judyty, gdy wchodzi do zamku Sinobrodego, jest przepasanie oczu opaską. Stawiamy pytania: co to znaczy widzieć – nie widząc i widząc – nie widzieć. O tym jest spektakl. Nasza podwójna medytacja.
Kto zaśpiewa?
W „Zamku Sinobrodego", zarówno w Polsce, jak i w Metropolitan Opera wystąpi Nadja Michael. W „Jolancie" w polskiej wersji, w roli tytułowej usłyszymy Tatianę Monogarową, a w roli Vaudemonta, Siergieja Skorochodowa.
—rozmawiał Jacek Cieślak
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA