fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jankowski: O premierze, który się nie kłania ustawom

Andrzej Jankowski
archiwum prywatne
Stosowanie ustawy o prokuraturze przeżywa najpoważniejszy kryzys od momentu, w którym rozdzielono funkcje ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.
Prokurator generalny twierdzi, że ma związane ręce, premier zaś dopiero po ośmiu miesiącach niepewności zdecydował się odrzucić sprawozdanie Andrzeja Seremeta z działalności prokuratury.
Zdaniem prokuratora generalnego trudno mu wypaść lepiej w oczach oceniających, skoro przepisy ustawy nie pozwalają mu na ingerencję w organizację pracy prokuratorów. Nie wiem, czy obnoszenie się z własną bezradnością i niemocą jest najlepszym wyjściem z podbramkowej sytuacji, w jakiej niewątpliwie znalazł się Andrzej Seremet. Tym bardziej że ustawa o prokuraturze od razu w pierwszym zdaniu stanowi, że: „Prokuraturę stanowią Prokurator Generalny oraz podlegli mu prokuratorzy ...". Powtarzam: prokuratorzy podlegli, a więc nie jacyś tam samorządni indywidualiści, nie jacyś wolni strzelcy, tylko osoby podległe, czyli hierarchicznie podporządkowane.

W obronie dobrego imienia

Tak wyraźne dystansowanie się Andrzeja Seremeta od wchodzenia w rolę zwierzchnika i nadzorcy nad „podległymi mu prokuratorami" osiągnęło wręcz karykaturalny wymiar w głośnym podzieleniu śledztwa w sprawie zabójstwa gen. Papały – komendanta głównego policji. Doszło do sytuacji niespotykanej w historii procesu karnego. Prokuratura sama zaczęła mnożyć i dzielić wersje tego samego zdarzenia – zabójstwa gen. Papały. Co ciekawe, postąpiła tak nie na początku śledztwa, tylko po kilkunastu latach i z dwoma odrębnymi aktami oskarżenia, skierowanymi przeciwko zupełnie innym osobom, którym przypisuje się zupełnie odmienne sekwencje czynów i motywów działania, wybrała się do sądu. (Łódzkie śledztwo nie zostało jeszcze zakończone, a warszawskie, rzecz jasna, już zakończyło się uniewinnieniem przez sąd). Prokurator generalny nie może dyktować śledczym, kogo mają aresztować, a kogo puścić do domu, ale jeżeli widzi, że podległe mu prokuratury, że podlegli mu prokuratorzy ośmieszają instytucję, w której pracują, że ośmieszają cały wymiar sprawiedliwości, musi interweniować. W obronie dobrego imienia prokurator generalny ma obowiązek działać, także wtedy, gdy milczą na ten temat ustawy. Pozwala mu na to ten, choćby nie wiem jak ogólny, nadzór nad podległymi prokuratorami.

Falandyzacja – wybór trzeciej drogi

Kilka dni temu media obiegła informacja, że premier nie ma zamiaru podpisywać rocznego sprawozdania prokuratora generalnego z działalności prokuratury. (Nawiasem mówiąc, Andrzej Seremet czeka na ten podpis już od marca ). Wprawdzie ustawa o prokuraturze nie wprowadza dla premiera żadnego terminu, ale to nie znaczy, że można odkładać ten obowiązek w nieskończoność. Przecież wkrótce kancelaria Donalda Tuska otrzyma nowe sprawozdanie za kolejny rok. W takich sytuacjach zasady procedury, a także kultura prawna, nakazują urzędnikom działać bez zbędnej zwłoki, to znaczy podejmować decyzję niezwłocznie po zapoznaniu się z zawartością sprawozdania. Ustawa o prokuraturze, czy się to komuś podoba czy nie, nie przewiduje sytuacji, w której w ogóle nie dochodzi do podpisania sprawozdania. Przepis art. 10e ust. 5 ustawy o prokuraturze stanowi jednoznacznie: „Prezes Rady Ministrów przyjmuje albo odrzuca sprawozdanie Prokuratora Generalnego...". I tej terminologii ustawowej należy się trzymać.
W tym przepisie nie ma miejsca na bierne zachowanie szefa rządu. Nie ma miejsca na uniki, zwody, na wytyczanie jakiejś trzeciej drogi. Przepis jest nad wyraz konkretny, jasny i nie wymaga żadnej falandyzacji. Zakłada, że premier powinien działać: albo przyjąć sprawozdanie, albo je odrzucić. Niepodpisywanie nie może być traktowane jako równoznaczne z odrzuceniem, które jako takie zakłada przecież postawę aktywną. Odrzucenia sprawozdania nie można też domniemywać.
Ustawa o prokuraturze w art. 10e ust. 6 stanowi, że: „W przypadku odrzucenia sprawozdania Prokuratora Generalnego Prezes Rady Ministrów może wystąpić do Sejmu z wnioskiem o odwołanie Prokuratora Generalnego przed upływem kadencji...". Tak więc w tym przypadku premier istotnie nie ma obowiązku uruchamiać procedury odwoławczej. Innymi słowy, nawet jeśli odrzuci sprawozdanie, może się rozmyślić i pozostawić prokuratora generalnego na stanowisku.
Dodajmy bez żadnej uszczypliwości – bardzo osłabionego prokuratora generalnego.

Bez kruczków prawnych ani rusz

Dlaczego tworzenie wokół ustawy o prokuraturze atmosfery niepewności i wyczekiwania jest tak groźne dla państwa prawa? Przecież ustawodawca odwołał się w ustawie o prokuraturze do tej jednoznacznej konstrukcji „albo przyjąć, albo odrzucić", nie z powodu jakiejś własnej próżności, nie dla własnego widzimisię. Przez takie określenie obowiązków prezesa Rady Ministrów chciał uchronić prokuratora generalnego przed niepewnością co do dalszych losów. Nieprzyjmowanie sprawozdania i zwlekanie całymi miesiącami z jego odrzuceniem tę kruchą gwarancję ustawową burzy i wprowadza do poczynań prokuratora generalnego niepewność. A dla niezależności prokuratury nie ma rzeczy gorszej od niepewności co do dalszych losów na stanowisku naczelnego organu prokuratury.
Trybunał Konstytucyjny, zmagając się z podobnymi przypadkami falandyzacji naszego prawa, wielokrotnie podkreślał, że gdy ustawa czegoś wyraźnie nie przewiduje, organy państwa nie mogą przypisywać ustawodawcy zamiaru, którego on nie wyraził w przepisie.

Niepierwszy to raz, oby ostatni

Niestety, to niepierwszy przypadek, kiedy premier z dużą nonszalancją traktuje ustawowe powinności. Przychodzi mi teraz do głowy przykład z odwołaniem szefa ABW.
Z ustawy o ABW jednoznacznie wynika, że wszystkie trzy opinie o odwołaniu szefa ABW (prezydenta, Kolegium ds. Służb Specjalnych oraz sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych) premier powinien uzyskać przed aktem odwołania. Jest to logiczne, przecież zbieranie opinii już po fakcie odwołania ze stanowiska zda się psu na budę. Wprowadzony przez ustawodawcę wymóg uzyskania opinii posłów, Kolegium ds. służb specjalnych i prezydenta RP miał być w swym założeniu elementem kontroli decyzji premiera. Miał wymuszać rozwagę i kulturę prawną przy podejmowaniu decyzji przez najważniejsze osoby w państwie. Oczywiście już na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to kontrola w żadnym razie nadmiernie rozbudowana czy krępująca premiera. Wydawane opinie o szefie ABW nie są przecież dla szefa rządu wiążące. Ale okazuje się, że nawet tak szczątkowe, żeby nie powiedzieć iluzoryczne, ograniczenia stały się w praktyce dla premiera rozwiązaniem zbyt wymagającym. Jedno jest pewne: jakiekolwiek by były te wymagania, mniej czy bardziej uciążliwe, mniej czy bardziej pro forma, skoro znalazły się w ustawie, nie można ich traktować jak kołków, które obchodzi się raz na lewo, a raz na prawo. Nie oszukujmy się, zbieranie opinii już po podjęciu decyzji o odwołaniu jest czystą publicystyką, a nie przestrzeganiem procedur prawnych. Tak samo jak trzymanie prokuratora generalnego w niepewności, czy dotrwa do końca kadencji, nie ma nic wspólnego z niezależnością prokuratury.
Ustawy rzecz jasna nie są po to, żeby się podobać. Ale skoro już są, bo nikt jak dotąd nie wymyślił nic lepszego, to należy im się kłaniać. Bez pochylania głowy przed prawem wcześniej czy później do głosu w państwie dojdzie naginanie prawa.
Autor jest publicystą prawnym
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA