fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Reakcja na kryzys

"Na głębinie", reż. Baltasar Kormakur
Aurora Films
Reżyser kandydującego do Oscara filmu „Na głębinie" - Baltasar Kormakur - opowiada Barbarze Hollender o Islandii i fenomenie kina w tym kraju.
"Na głębinie" jutro wchodzi do naszych kin. To historia rybaka, który po katastrofie kutra walczy o życie. W ostatnim czasie na ekranach pojawiło się sporo filmów o przetrwaniu. W „Grawitacji" astronautka samotnie próbuje wydostać się z kosmosu, a bohaterowie „Kontiki", „Życia Pi" czy „All is Lost", podobnie jak w pana filmie, zmagają się z żywiołem oceanu. Filmy z małego kraju coraz bardziej znane w Świecie
Baltasar Kormakur: Zacząłem przygotowywać ten film kilka lat wcześniej, ale musiałem zawiesić produkcję, bo kończyłem poprzednią pracę. Gdyby stało się inaczej, „Na głębinie" byłby pierwszym obrazem z tej serii. Być może zainteresowaliśmy się wszyscy takim tematem z podobnych powodów. Ja w ten sposób odreagowałem zapaść ekonomiczną. Ten film stał się dla mnie opowieścią o sile człowieka. Metaforą mojego kraju, dawnej Islandii, która zawsze twardo walczyła o przetrwanie. Zobacz galerię zdjęć
W czasach globalizacji i kryzysu sięga pan do tradycji swojego narodu?
W 2002 roku nakręciłem „Morze" o małych, umierających wioskach rybackich. W innych filmach pokazywałem, jak nasz naród podzielił się na dwie części – zamożnych ludzi z miast i tych, w których życiu niewiele zmieniło się w ciągu ostatnich 30–40 lat. Znam obie te Islandie. Pracuję w Reykjavíku, a dom mam na północy. Moje dzieci chodzą do szkoły w wiosce, w której mieszka 200 osób. Kryzys 2008 roku i upadek trzech dużych banków nie dotknął w tak znacznym stopniu prowincji jak ludzi zamożnych, którzy inwestowali na giełdzie. Ale nie chciałem zrobić filmu o bankierze. Wolałem przypomnieć, kim byliśmy kiedyś. Pokazać, że zgubiliśmy tożsamość, coś z czego można czerpać moc i poczucie własnej wartości.
Tragiczna katastrofa, z której ocalał jeden rybak, wydarzyła się w 1984 roku naprawdę. Odtwarza pan fakty dokładnie w filmie?
Staram się. Zwłaszcza że zachował się długi wywiad Guulaugura Friu Górssona, którego udzielił on wkrótce po uratowaniu. Prawdziwa jest nawet scena katastrofy. Kiedy statek zaczął tonąć, Guuli rzeczywiście oglądał w telewizji dokument o tańcu. Najważniejsze jednak było dla mnie sfilmowanie grozy oceanu. Islandczycy dobrze ją znają. Nie mogłem im zaproponować obrazków jak z „Titanica". Tam na pierwszy rzut oka widać, że film był kręcony na spojonym zbiorniku, a prawdy o żywiole nie da się uzyskać w komputerze. Dlatego robiliśmy zdjęcia pośrodku oceanu. Razem z aktorem Olafurem Darri Olafssonem godzinami byłem zanurzony w lodowatej wodzie.
Zrobiliście film surowy, nie wykorzystując żadnych trików.
Nie chciałem na siłę wyciskać z ludzi łez. Zresztą Islandczycy nie poszliby na własny film, który imitowałby amerykański styl.
Po filmie „101 Reykjavík" został pan przez dziennikarzy „Variety" uznany za jednego z dziesięciu reżyserów, których karierę trzeba obserwować. To pomogło w zdobywaniu amerykańskich propozycji?
Dostałem wtedy ze Stanów sporo scenariuszy. Były to głównie horrory, dlatego wolałem wrócić do kraju i robić filmy takie, które mogły zachwycić moją matkę. Teraz łatwiej mi stawiać warunki, więc mogę pracować poza Islandią. Zaraz po Bożym Narodzeniu będę kręcił w Nepalu i we Włoszech. Dobre filmy można robić wszędzie. Najistotniejsze, by znaleźć równowagę między artyzmem i komercją, między lekceważeniem widowni i czynieniem z niej półboga.
I nie chce pan przenieść się do Ameryki?
Nie. Czuję się tam jak gość. Mam trochę przyjaciół, ale jednak jestem ulepiony z innej niż oni gliny. Zachowuję się więc trochę jak islandzki rybak. Jadę, robię swoje i wracam do domu z łupem – z filmem, pieniędzmi. Tutaj mam swoją rodzinę i swoje sprawy. Nigdzie nie żyłoby się lepiej. Jestem, kim jestem, i nie chcę być nikim innym. Teraz, kiedy rozmawiamy przez telefon, siedzę w domu na północy Islandii, za oknem jest biało, biegają konie. To raj. Może trochę zimny, ale raj. Nie opuszczę go dla rezydencji w Los Angeles.
A jako reżyser ma pan jakieś marzenie?
Zostałem nim po to, żeby przenieść na ekran książkę „Independent People" naszego jedynego laureata Nagrody Nobla Halldóra Laxnessa. To przepiękna opowieść o początkach kultury islandzkiej i narodzinach narodu. Wiem, że taki film wymaga pieniędzy i rozmachu, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się go zrobić.

Filmy z małego kraju coraz bardziej znane w Świecie

Balatsar Kormakur (ur. w 1966 r.) jest  ogromnie popularny w Islandii. Zaczynał jako aktor i reżyser teatralny, w 2000 r. zadebiutował jako reżyser filmowy i jego „101 Reykjavik" od razu zdobył uznanie poza ojczyzną.  Za  film „Bagno" otrzymał w 2006 r. Kryształowy Globus na festiwalu w Karloiwych Warach.
Nie jest jedynym reżyserem islandzkim o międzynarodowej karierze. Choć w tym kraju pierwszy film powstał w 1923 r., rozwój tamtejszej kinematografii datuje się od 1979 r., gdy ruszył Islandzki Fundusz Filmowy. W 1991 r. „Dzieci natury" Fridrika Fridrikssona zdobyły Europejską Nagrodę Filmową i nominację do Oscara. To była historia dwojga starych ludzi, którzy uciekają z domu starców, by przed śmiercią zakosztować szczęścia i wolności. Dziś w Islandii liczącej 300 tys. mieszkańców powstaje kilka filmów rocznie. Reżyserzy, często absolwenci duńskiej szkoły filmowej, dość regularnie pracują za oceanem, ale wracają do Reykjaviku, a na wielkie festiwale trafiają również obrazy Dagura Kari („Noi Albinoi"). Surowe kino, którego częstym tłem jest śnieżny krajobraz i spieniony ocean, to proste opowieści o ludziach, okraszone czasem specyficznym, mrocznym poczuciem humoru.  urowość, prostotę, ale i prawdę islandzkiego kina, ma również „Na głębinie".
bh
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA