fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Ukraińskie złudzenie

Powiedzmy sobie i Ukraińcom prawdę. Nie mają szans na członkostwo w UE. Nie pomoże im żadna rewolucja. Sami muszą podjąć trud bolesnych reform, jeśli nie chcą żyć w upadłym państwie – pisze publicysta.
Europa nie chce Ukrainy. A dokładniej nie chcą jej w swym gronie prawdziwi unijni decydenci, czyli Niemcy. Francuzi i Włosi dawno odwrócili się do Wschodu plecami. Swe zainteresowanie skupili na obszarze Morza Śródziemnego. Na dodatek zaprzątnięci są własnymi problemami budżetowymi i po prostu nie mają głowy zajmować się Ukrainą. Co gorsza, zainteresowanie Europą Środkową i Wschodnią utracili także Amerykanie, stopniowo, aczkolwiek konsekwentnie redukujący swoją obecność i zaangażowanie na Starym Kontynencie.

Nic bez zgody Niemiec

Polska od kilku lat ogranicza swoją rolę w regionie. Minister Radosław Sikorski utożsamia bowiem politykę regionalną z bliżej niesprecyzowaną jagiellońskością. A to pachnie na odległość pisizmem – grzechem śmiertelnym prawowiernego neofity. Jego refleksja na temat Ukrainy nie sięga dalej. Ujawnił to słynny tweet. Trudno oprzeć się wrażeniu, że postrzega on Ukraińców jako skorumpowaną bandę, która chce Europę naciągnąć na kasę. W ten sposób publicznie wyraża to, co myślą Niemcy, ale nigdy nie odważą się tego otwarcie powiedzieć.
Polityka wschodnia Berlina jest klarowna. Program „partnerstwa wschodniego" powstał po to, aby nie narażać na szwank interesów Moskwy. Kiedy Władimir Putin uznał, że porozumienie pomiędzy Kijowem a Brukselą idzie zbyt daleko, wyciągnął kij i marchewkę. Bruksela nie była w stanie przebić oferty Kremla. Nie dlatego, że nie miała swojej marchewki, a dlatego że Berlin dotrzymuje umów zawartych z Moskwą.
Niczego nie nauczył nas szczyt NATO w Bukareszcie w 2008 r., kiedy to właśnie Niemcy uczynili wszystko, aby nie uchwalić Planu Działań na rzecz Członkostwa dla Ukrainy. Z wszelkich złudzeń Polaków i Ukraińców winna uleczyć lektura 185-stronicowej umowy koalicyjnej nowego niemieckiego rządu. W rozdziale poświęconym rozszerzeniu UE nie ma słowa o Ukrainie. I nie tylko w nim, ale w całym dokumencie!
Bez zgody Niemiec pozycja Ukrainy nie zmieni się ani na jotę. Tymczasem Warszawa nie robi nic, aby zmienić nastawienie Berlina w tej kwestii. Co więcej, wzywając Niemcy do przywództwa, daje im carte blanche w polityce europejskiej. Tak bowiem należy rozumieć sens słynnego wystąpienia ministra Sikorskiego wygłoszonego w listopadzie 2011 r. w Berlinie. Albo – albo: albo akceptujemy przywództwo europejskie Niemiec, albo jesteśmy adwokatem Ukrainy.
Wiele wskazuje na to, że na naszej wschodniej granicy Niemcy budują nową żelazną kurtynę. Wszyscy zainteresowani zdają się to widzieć. Tylko nie my. To nie przypadek, że tylko Polacy w niedzielę na Majdanie wspierali Ukraińców.

Prezent dla Putina

Czy zatem ponieśliśmy klęskę na całej linii? Niekoniecznie. Spróbujmy porządnie zdefiniować nasz najważniejszy interes wobec Ukrainy. Jest nim jej suwerenność. Członkostwo w UE jest wobec tego pierwotnego interesu wtórne. Winno nas ono zajmować tylko o tyle, o ile zagwarantuje ono jej suwerenność. Niezależność Ukrainy ma dla nas dwojakie znaczenie. Uniemożliwia Rosji restytucję imperium i tworzy swoistą strefę buforową oddzielającą nas od potencjalnego wroga.
Wiele wskazuje na to, że na naszej wschodniej granicy Niemcy budują nową żelazną kurtynę. Wszyscy zainteresowani zdają się to widzieć. Tylko nie my
Skoro Kijów nie ma szans na integrację, zadaniem Warszawy winno być wzmacnianie i stabilizowanie sytuacji na Ukrainie. Oczekiwanie na rewolucję to pchanie Kijowa w łapska Putina, który przy tej okazji upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Da kolejny świetny argument Niemcom i Zachodowi, że Ukraińcy nie dojrzeli, by wejść do ich ekskluzywnego klubu. Dojrzałe demokracje charakteryzuje bowiem kadencyjność i demokratyczny sposób zmiany władzy. I najważniejsze – gdy Janukowycz i jego ekipa wezmą się za łby z opozycją, to Putin prędzej czy później stanie się rzeczywistym rozjemcą i arbitrem na Ukrainie.
Miejmy tego świadomość, o ile chcemy realizować na Ukrainie swoje – a nie rosyjskie – interesy. Zamiast popierać opozycję i obiecywać jej gruszki na wierzbie, winniśmy sami korzystać z rozsądku i namawiać do tego Ukraińców. W naszym interesie jest stabilizacja sytuacji na Ukrainie, a więc kompromis pomiędzy władzą a demonstrującą opozycją. Nie wierzmy medialnym przekazom. Ani Janukowycz nie jest tak słaby, ani opozycja tak silna, jak by się to wydawało na podstawie obrazów z centrum Kijowa. Za Janukowyczem stoją bowiem potężne interesy oligarchów, ukraińskiej biurokracji i zwykłych obywateli, którzy czują się bardziej Rosjanami niż Ukraińcami. Ich jednak w telewizorze nie zobaczymy. A to wcale nie jest mała grupa.
Rewolucyjne zwarcie będzie więc długotrwałe i spowoduje kompletną destabilizację Ukrainy. Dramatyczna sytuacja gospodarcza doprowadzi do załamania finansów państwa. Ukraina stanie się państwem upadłym. To na pewno nie jest w naszym interesie, lecz Moskwy.
Dziś prozachodnim Ukraińcom wydaje się, że jak pogonią Janukowycza, to znajdą się w Europie. W ich państwie niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zapanuje wolność i dobrobyt. A to nieprawda. Ukraina znajduje się w dramatycznej sytuacji gospodarczej. A opozycja podobnie jak władza –jak na razie – nie ma ani programu reform, ani ochoty na ich realizację.

Rozum lepszy od serca

Kierujmy się więc rozsądkiem, a nie odruchem serca. Nie namawiajmy do rewolucji, lecz do politycznego kompromisu. Jest on warunkiem przeprowadzenia koniecznych reform gospodarczo-społecznych. Bez nich Ukrainie grozi upadłość. Potem spróbujmy zachęcić naszych unijnych partnerów do wsparcia tego przedsięwzięcia. Tylko w ten sposób pomożemy Ukrainie obronić suwerenność.
Autor jest historykiem filozofii. Jako ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych pracował w Kancelarii Prezydenta, Ministerstwie Spraw Zagranicznych oraz Kancelarii Prezesa Rady Ministrów
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA