fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Zmiany albo śmierć

Kubańczyk Felix Savon to sześciokrotny mistrz świata i trzykrotny mistrz olimpijski. Mógł na zawodowym ringu zarobić miliony dolarów, ale boksował tylko dla Fidela i socjalizmu
AFP
Amatorski boks od dawna ginie w cieniu zawodowstwa. Ale być może nadchodzą ratunek i pieniądze, także dla olimpijczyków.
Do bezkrwawej rewolucji w amatorskim boksie doprowadził jego nowy szef, Chińczyk z Tajwanu, Wu Ching-Kuo. Były koszykarz, z wykształcenia architekt, gdy przejmował w roku 2006 władzę w Światowej Federacji Boksu Amatorskiego (AIBA), obiecał, że zrobi wszystko, by sport ten w wydaniu olimpijskim upodobnił się do zawodowego boksu.
W Ałmatach trwają mistrzostwa świata. Bez polskich sukcesów, ale też już bez kasków i elektronicznych maszynek do liczenia ciosów, dlatego przejdą do historii.
Poligonem doświadczalnym dla zmian była zawodowa liga World Series of Boxing (WSB), gdzie pięściarze walczą pięć rund bez kasków, a walki punktowane są tak, jak to dzieje się na profesjonalnych ringach.
Nowym pomysłem jest też AIBA Profesional Boxing (APB), w którym Światowa Federacja Boksu Amatorskiego pełnić będzie rolę promotora od początku do końca czuwającego nad zawodową karierą zawodników. A ci najpierw będą walczyć o mistrzowskie pasy w swoich krajach, później na szczeblu kontynentalnym, a  zwieńczeniem tej drogi będzie walka o mistrzostwo świata. Oczywiście za duże pieniądze.
Zarówno ci, którzy występują w WSB, jak i zawodowcy z APB nie tracą praw olimpijskich, wielu z nich zobaczymy na igrzyskach w Rio de Janeiro.
Na razie jednak najwybitniejsi, mimo wyraźnych sugestii działaczy AIBA, wybierają sprawdzone rozwiązania. Dwukrotny złoty medalista olimpijski z Pekinu i Londynu, Ukrainiec Wasyl Łomaczenko podpisał kontrakt ze znaną amerykańską firmą promotorską Boba Aruma (TopRank), z kolei wielka nadzieja boksu angielskiego, złoty medalista z Londynu w wadze superciężkiej, Anthony Joshua, wybrał rodzimy Matchroom Sport, a jego osobistym doradcą został sam  Lennox Lewis.
Mocno zmienia się też geografia boksu zwanego kiedyś amatorskim. Rządzą nim dziś Ukraińcy i Brytyjczycy do spółki z Rosjanami, Kazachami i Kubańczykami, którzy powoli odbudowują swoją pozycję po klęsce w Pekinie.
Ale czasy, kiedy tak jak na igrzyskach w Barcelonie (1992) zdobywali siedem złotych medali, czy w Atenach (2004), gdzie pięć razy stali na najwyższym stopniu podium, chyba już nie wrócą. Najlepsi uciekają z Kuby, podpisują zawodowe kontrakty, a później kupują domy w Miami.
Ale szef AIBA nie zapomina o Kubańczykach. Osobiście poleciał do Hawany, by zaproponować im udział w zawodowej lidze WSB. O tym, że takie rozmowy są prowadzone, informowano na początku tego roku, dziś już wiemy, że decyzje zostały podjęte i kubański zespół walczyć będzie w polskiej grupie.
Zawodowcy znów są więc na „Gorącej Wyspie". Nie chce się wierzyć, ale stało się to jeszcze za życia Fidela Castro, który w 1962 roku sam zakazał tam uprawiania profesjonalnego sportu. A przecież Kuba mogła się poszczycić znakomitymi bokserami zawodowymi. Wystarczy wspomnieć takie nazwiska, jak Kid Gavilan, Luis Rodriguez, Kid Chocolate, Sugar Ramos czy Jose Napoles. Dwaj ostatni po decyzji Castro uciekli wtedy do Meksyku.
A ci, którzy uczyli się boksu już w nowej, komunistycznej ojczyźnie, nawet nie myśleli, że takie rozwiązanie jest możliwe, choć propozycji nie brakowało. Zmarły w ubiegłym roku Teofilo Stevenson, trzykrotny złoty medalista olimpijski i trzykrotny mistrz świata, mógł zarobić 5 milionów dolarów za walkę z Muhammadem Alim, ale odmówił. – Wolę być czerwony niż bogaty – mówił dziennikarzowi „Sports Illustrated" po igrzyskach w Montrealu (1976), które wygrał w wielkim stylu.
Podobnie zachował się jego następca  Felix Savon, sześciokrotny mistrz świata i trzykrotny złoty medalista olimpijski. Kiedy proponowano mu 10 milionów dolarów za walkę z Mikiem Tysonem, tylko się uśmiechał i pozostał wierny hasłom rewolucyjnym.
Ale inni nie byli już tak lojalni i oddani Fidelowi. Być może powrót zawodowego boksu na Kubę w wersji kontrolowanej przez AIBA położy kres licznym ucieczkom. Najlepsi będą zarabiać w dolarach, mieć stypendia w twardej walucie i premie za wygrane walki. Milionów nie zarobią, ale i tak na Kubie będą krezusami.
Najważniejsze są jednak zmiany, które wcześniej czy później powinny wpłynąć na postrzeganie boksu olimpijskiego. Walki bez kasków i rezygnacja z elektronicznych maszynek do liczenia ciosów to powrót do korzeni, do starych czasów, kiedy amatorski boks był popularny na całym świecie. Punktacja będzie teraz podobna do tej na ringach zawodowych. W przyszłości zmienią się też rękawice, słowem – boks olimpijski będzie coraz bardziej przypominał zawodowy, choć ma znacznie mniej kategorii, po likwidacji wagi piórkowej tylko 10 (zawodowy aż 17).
Ale bez kasków będą walczyć tylko mężczyźni w zawodach dla elity (dawni seniorzy). Młodzież i juniorzy oraz kobiety we wszystkich kategoriach wiekowych dalej muszą korzystać z takiej ochrony. Jest jeszcze jedna istotna zmiana: zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą teraz uprawiać boks do 40. roku życia, a nie jak dotychczas kończyć karierę w wieku 34 lat.
Czy te zmiany wpłyną na jakość boksu olimpijskiego w Polsce? Być może, ale to nic pewnego. Na igrzyskach w Londynie nasz kraj reprezentowała tylko Karolina Michalczuk, mężczyźni nie przebrnęli przez kwalifikacje. Za trzy lata w Rio sytuacja może się powtórzyć, bo nowe władze Polskiego Związku Bokserskiego (PZB) nie wyciągają wniosków, a czas biegnie szybko. Ostatni polski medal olimpijski Wojciecha Bartnika zdobyty w Barcelonie (1992) to odległa historia, a ostatnie olimpijskie złoto Jerzego Rybickiego (Montreal 1976) to czasy zamierzchłe. Trudno liczyć, że szybko będzie lepiej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA