Literatura

Szara paleta

Jakuck, minus 39?C. Całkiem znośnie.
Corbis
Tworząc „Jakuck" Michał Książek nazywał bieg rzek, uszanki Jakutów, upierzenie wróbli, koniugacje języka i mitologie rodem z paleolitu. Te pół tuzina –logii i pół tuzina –grafii złożyło się na opisanie świata.
Pomysł autora był na pozór tak prosty, że, co chyba częściej zdarza się przy lekturze reportaży niż poezji, pierwszą reakcją czytelnika może być zazdrość: dlaczego to nie ja na to wpadłem? Przecież to niemal recepta na sukces: wybrać sobie za cel miasto dość odległe i niełatwe, żeby nie znały go tabuny trekkingowców, a zarazem – nie całkiem anonimowe, posiadające przeszłość, i poznać je od podszewki, najpierw decydują się na rekonesans, potem, bagatela, trafiając z całą rodziną na kilkumiesięczne stypendium w środku czterdziestostopniowej zimy.
No właśnie. Taki tekst wymaga zanurzenia się w całą siermiężność postsowieckiego świata, w mroźne powietrze, sięgające skóry nawet przez dziurki na guziki, a bywa, że i w gęstniejący nurt zamarzającej rzeki. A przecież miesiące spędzone w półmroku, zawisłym nad miastem smogu, w towarzystwie karaluchów, zdziczałych psów i współtowarzyszy z marszrutki, to strącających czapkę, to widzących w każdym „długonosym" nuuczcza, Rosjanina nie wystarczyłyby, gdyby nie wiedza, słuch i uważność. Zanim naśladowcy sukcesu czekającego „Jakuck" ruszą do Magadanu czy do położonego niemal na tej samej szerokości geograficznej kanadyjskiego Iqualuit, powinni zmierzyć zamiar podług sił.

Śnieg i sielawa

„Jakuck" opisuje świat autonomicznej republiki, jej stolicy i posiołków na tyle sposobów, że uradowany będzie właściwie każdy czytelnik. Ten, kto siada do opowieści o egzotycznych  krajach z niewinnością Tomka Wilmowskiego, cieszyć się będzie z opisu wielkich rzek, zmiennych obyczajów i lotów ptactwa (znać, że autor z wykształcenia jest ornitologiem!), bałaghanów z okienkami z byczego pęcherza lub półprzejrzystych minerałów. Zachwyci rekonstrukcja mitologii, tak różnej od naszych indoeuropejskich i bliskowschodnich wyobrażeń: nad Leną nie znano Księgi, niebiańskich wyżyn, otchłani ani widoków na zbawienie, nadal można natomiast skarmić mlekiem ducha miejsca bądź ognia.
Niedaleko prostodusznego entuzjasty podróży i przyrody siądzie wygodnie zaczytany zwolennik „armchair adventure" – nieprzetłumaczalnego niemal na polski doświadczenia anglosaskich właścicieli bibliotek domowych, którzy wiedzą, że o podbiegunowych śniegach najlepiej czyta się właśnie w fotelu. Ci będą zakładać strony na opisie targu na Rynku Krestiańskim, na który przywieziono świeżo złowioną nad Janą sielawę. „Ryba ze szlachetnej rodziny łososiowatych podawana jest tutaj na surowo. Jeśli nieco skruszeje, skóra odchodzi od ości jak papierek od cukierka. Tuż za sielawą, z przerwą na lubiane powszechnie karasie, pojawią się czyr, muksun, omul i nelma. (...) Następny zwiastun zimy na Krestiańskim to wyborne borsucze sadło". Do tego złoto brzóz i jesionów, barwy lodu i stężałego na mrozie drewna, imaginowana miękkość skór jenota, rosomaka czy pieśca – i aż chce się przeciągnąć wygodniej, sięgnąć po kolejną miętówkę. Albo, marząc o sławie i trudach na miarę mieszczucha, ruszyć na wyprawę bodaj do Kampinosu, bodaj w Beskidy – aż zesztywnieją palce w pionierkach, aż dziecięce policzki nabiorą koloru malin, aż, tupiąc i wyskubując grudy śniegu z rękawiczek, można będzie sapnąć: No, posmakowaliśmy zimy! Pierwsze październikowe przymrozki to najlepszy czas na publikację „Jakucka".

Nadzorcy i zesłańcy

Kogo dopadło już postkolonialne poczucie winy – może czytać, skulony i skruszony, o narodzie pozbawianym języka, wiary i obyczaju, o XVII-wiecznych atamanach, którzy miejscowych mężczyzn wybijali, kobiety gwałcili, a ludzkie szczenięta brali na arkan – albo o późniejszych o dwa wieki rewizorach, którzy raczyli się oburzać, że miejscowi wciąż jeszcze mówią po jakucku. Imperium, które brało w posiadanie te ziemie, różne było od potęg korzennych, ale z perspektywy wieków widać, że podobnie jak tamte, odbierało dużo więcej niż oferowało. Dopiero jednak jego następca, łączący w sobie butę metropolii, pewność wizji i sprawność w stosowaniu technik zniewolenia pokazał, co może wolny od chrześcijańskiego patrymonalizmu nuuczcza – rozstrzeliwując pierwsze pokolenie jakuckich twórców, zsyłając do łagrów (w kazachskim stepie – z Kołymy zbyt łatwo mogliby uciec) miejscowych inteligentów, rozpijając i osadzając w kołchozach pasterzy oraz zadeptując domowe ołtarze. Te ostatnie odradzają się zresztą, tyle że w nader nieortodoksyjny sposób: samozwańczy szamani wymyślają nowe obyczaje i nowych bogów w jakuckim panteonie: usatysfakcjonowani lekturą będą więc nie tylko wyznawcy postkolonializmu, lecz i postmodernizmu. Kto lubi czytać opisy rosyjskiej głubinki, legendarnych zapojów i pewnej surowości obyczajów ze szczególną, swoistą bodaj tylko Polakom mieszaniną uczuć, na którą składają się nieskrywana wyższość („ech, Ruscy!"), sporo podziwu, kęs zazdrości („ci to umieją!"), a bodaj i nuta nostalgii – też się nie zawiodą. Opis wielu sposobów podróży przez na poły tylko zamarzniętą Lenę, wśród których wyróżnia się „taksi z pierewałką", czyli „taksówka z przesiadką" lub, jak kto woli, „z przeręblem" (podróżni przechodzą przez kilkukilometrową w tym miejscu rzekę na własne ryzyko: taksówki czekają na brzegu), nikogo nie pozostawi obojętnym. Kto wreszcie zwykł czytywać o Syberii w trybie „prób literackiego śledztwa" – będzie szukać między opisami przystani i zaprzęgów relacji ze szczególnego dochodzenia, jakie prowadził autor, szukając w archiwach, w pamięci ostatnich świadków i w wiosce Engsieli śladów Wacława Sieroszewskiego. To książki XIX-wiecznego zesłańca,  autora „Dwunastu lat w kraju Jakutów", jednej z pierwszych prac traktujących o tym kraju, a przy okazji – powieściopisarza i legionisty Piłsudskiego sprawiły, że jego „późny wnuk" trafił w dorzecze Leny. W „Jakucku" czytamy więc o polskich korzeniach i śladach – ale i o wędrowaniu po nieistniejącym niemal, zatartym mieście, gdzie dawne uliczki i trakty odcisnęły się nieraz tylko kształtem krzywego chodnika między blokami z czasów Chruszczowa, a najczęściej – znikły pod nowym lodowcem betonu.

Rzeczy najmniejsze

A przecież tego wszystkiego mogłoby nie być. Michał Książek mógłby ruszyć z córką na spacer po zagajniku pod Sieradzem – i też napisałby, że „zdarzają się dni, kiedy chyląca się pod makijażem szronu trzcina, młody lód, a w końcu i samo niebo miewają wspólny odcień zimnego ciemnego lazuru". I nawet jeśli na Nizinie Środkowoeuropejskiej nie można spotkać czeczotek tundrowych, to z pewnością zauważyłby jakieś ich kuzynki, które „jak tresowane myszy wspinają się po pędach brzozy i zbierają pokarm w ogromnym pośpiechu. Śpieszą się w milczeniu, bo są prawie tego samego koloru, co mgły, i łatwo mogą w nich zginąć". Z pewnością też, przechodząc, nie zaniedbałby odgarnięcia ręką w grubej rękawicy szronu z brzozowego warkocza, by braciom mniejszym łatwiej było sięgnąć do małych szyszek. Taka jest bowiem ta książka, ta proza. Autor sięga korzeni języka, docieka przedustawnych kategorii, w jakich mieszkańcy Jakucji postrzegają czas i przestrzeń – a zarazem jej znakiem firmowym pozostaje, by przywołać amerykańską poetkę Jane Hirshfield, uważność. W śmiałości, z jaką Książek opisuje geometrię równin, bezkres, chciałoby się rzec – ciszę nieskończonych przestrzeni, przejawia pasję nieledwie kosmografa i nieraz, wydawało mi się, słyszałem w jego zdaniach echo diatryb młodego Josifa Brodskiego, zmagającego się z bezkresem Azji. A zarazem –  żeby dostrzec „latającą nad kramem chmurę rudych wróbli żebraków, którym słońce przez skrzydła prześwituje, jakby wygłodniałe ptaki były już tylko z piór", nie wystarczą przecież kwalifikacje ornitologa. Na kolejną relację Michała Książka czekam niecierpliwie i z nadzieją. —współpraca Andrzej Konikiewicz
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL