fbTrack

Film

Patrice Chereau nie żyje

Patrice Chereau
AFP
7 października zmarł Patrice Chereau, wspaniały reżyser teatralny i filmowy, twórca „Królowej Margot", laureat berlińskiego Złotego Niedźwiedzia za „Intymność". Miał 68 lat.
Patrice Chereau był artystą niebanalnym, wspaniałym obserwatorem przemian dzisiejszego świata i ludzi nie dających się łatwo zaszufladkować, zagubionych, pełnych tęsknot. Czytaj rozmowę z Patrice Chereau
Pochodził z artystycznej rodziny. Już w liceum związał się z grupą teatralną. Jako 22-latek stworzył teatr w Sartrouville, który zyskał renomę miejsca, w jakim trzeba bywać. Ale to mu nie wystarczało. Chciał się uczyć. We Włoszech pracował u boku Giorgio Strehlera. Potem przygotowywał znakomite, głośne przedstawienia w Comedie Francaise i Operze Paryskiej. Jego inscenizacja „Perścienia Nibelunga" Richarda Wagnera na festiwalu w Bayreuth w 1976 roku zrewolucjonizowała teatr operowy. Potem co pewien czas wracał o opery. Jego ostatnia głośna inscenizacja to „TRistan i Izolda” wagnera w La Scali w 2007 roku W latach 70. zaprzyjaźnił się z kinem. Wyreżyserował „La chair de l'orchidee" (1975) z Charlotte Rampling, „Judith Therpauve" (1978) z Simone Signoret. Jako aktor wystąpił m.in. w „Dantonie" Andrzeja Wajdy. Ale prawdziwą filmową sławę przyniosła mu dopiero „Królowa Margot" (1994). A potem były już jego filmy kameralne, niepokojące, niełatwe, często bulwersujące. „Ci, którzy mnie kochają, wsiądą do pociągu", „Intymność", za którą  dostał w Berlinie Złotego Niedźwiedzia, „Jego brat" nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię. A wreszcie „Intymność", „Gabrielle" i „Zagubieni w miłości". Wszystkie te obrazy można lubić lub nie, ale nie można przejść obok nich obojętnie.
Chereau był człowiekiem ujmującym. Rozmawiałam z nim kilka razy. Zawsze skupiony, sympatyczny, mówił cicho, często powtarzał: „Nie wiem, ciągle jeszcze szukam odpowiedzi na różne pytania". Rzadko stawał za kamerą. Może dlatego, że każdy film dużo go kosztował. — Kino wymaga od twórcy osobistego stosunku — powiedział mi kiedyś w wywiadzie. — Nawet kręcąc film całkowicie komercyjny, trzeba w niego włożyć bardzo wiele z siebie samego. W „Siedem" czy w „Podziemnym kręgu" z pewnością jest coś z  Davida Finchera: z jego poczucia smaku, wrażliwości. Artysta musi być uczciwy, musi szczerze mówić o tym, co już zrozumiał ze świata i przyznawać się, czego jeszcze nie rozumie. Nie ukrywał, że część jego filmów była niemal autobiograficzna. W obrazie „Ci, którzy mnie kochają, wsiądą do pociągu"  żegnał się z własnym ojcem. „Jego brat" był mu bliski, bo sam był w rodzinie „tym młodszym". W „Intymności" portretował ludzi żyjących u progu XXI wieku, obijających się o wielką metropolię, nie potrafiących dać sobie rady z pustką egzystencji, z narastającym znużeniem, z obsesyjną tęsknotą do wolności przeradzającą się w nieumiejętność kochania. Bohaterowie tego filmu nic o sobie nie wiedzieli, po prostu uciekali od codzienności w seks. Brzydki, nieokiełznany, bez zobowiązań. Ale okazało się, że tak jak kiedyś Brando z filmu Bertolucciego, mężczyzna zatęsknił za prawdziwym uczuciem. Złamał zasady, wkradł się w intymny świat kobiety. W „Zagubionych w miłości" czy „Gabrielle" Chereau opowiadał o bardzo trudnych związkach. Bliskość stawała się tu  źródłem cierpienia. — Jestem przekonany, że rodzina jest najpiękniejszą rzeczą, jak może przytrafić się człowiekowi, a jednocześnie najtrudniejszą, najbardziej niszczącą — mówił. — Czasem musimy ją zostawić, żeby żyć i być sobą, czasem za nią potwornie tęsknimy. O tym robię filmy. W historiach, które opowiadał, nie ma szczęścia. Ludzie, którzy kochają, zadręczają siebie i obiekty swego uczucia. — Bo w dzisiejszym świecie trzeba nauczyć się akceptować autonomię i wolność drugiej osoby — twierdził. —  Zrozumieć, że nie staje się ona twoją własnością tylko dlatego, że ją kochasz. Nie wolno się oburzać nawet wówczas, gdy ukochany człowiek znika z naszego życia na jakiś czas. Nie trzeba stale dopytywać się, czy tęskni i żądać nieustannego potwierdzania uczucia. Lepiej zaufać, przestać się bać. Chereau dotykał problemów, które dla niego samego były ważne: samotności, homoseksualizmu, inności. I śmierci. — Śmierć mnie intryguje — mówił. — Przypominam sobie moich bliskich, którzy odeszli — dziadka, ojca. Chciałbym przybliżyć się do tej wielkiej tajemnicy, pojąć ją, wytłumaczyć sobie. Sam siebie pytam, co zrobiłbym, gdyby dotknęła mnie ciężka, śmiertelna choroba. To oczywiście banał, ale zastanawiam się, jak zareagowałbym na zbliżającą się śmierć. Mam nadzieję, że walczyłbym, ale przecież nie wiem. Gdy zachorował na raka płuc, walczył do końca. Jeszcze pod koniec lipca pojawił się na zamknięciu festiwalu w Avignon. Do ostatniej chwili pracował nad adaptacją wydanej w 2009 roku powieści Laurenta Mauvigniera „Des hommes". Ale ten film już nie powstanie. Barbara Hollender
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL