fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Vive la Tchétchénie, messieurs

Irena Lasota
Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Parafrazując Tołstoja, szczęśliwe kraje (jeśli takie w ogóle istnieją), są do siebie podobne, a te nabrzmiałe od nieszczęść bardzo się od siebie różnią.
Są kraje, które są tak zaślepione swoimi problemami, że nie dostrzegają, iż komuś może być gorzej albo że można by - albo nawet trzeba - komuś pomoc. Ale też i we wszystkich krajach, nawet tych najbardziej egocentrycznych, są ludzie i grupy, które chcą wyciągnąć rękę, a czasem nawet dużo więcej niż rękę, do innych. Na przykład w Polsce.

Czeczeni są narodem, gdzie wzajemna pomoc jest tak oczywista, że kiedy mój przyjaciel Mustafa pojechał do Czeczenii w 1998 roku, proponując, że krymscy Tatarzy (sami żyjący w wielkiej biedzie po pół wieku deportacji i wśród Rosjan, którzy nie chcą oddać im zagrabionego majątku) wezmą dowolną liczbę sierot, od prezydenta Asłana Maschadowa usłyszał, że w jego kraju nie ma sierot. Są tysiące dzieci, które straciły jedno lub oboje rodziców, i jeśli nie mają dziadków, wujków czy cioć, zajmują się nimi dalsi krewni. I w Czeczenii, mimo dwóch niezwykle krwawych wojen z Rosją, nie ma sierocińców ani domów starców.
Wszyscy Czeczeni mieszkają z rodzinami, bliskimi lub dalekimi. „Po pierwszej wojnie okropna była sytuacja starych Rosjan – opowiadał mi Lecza. – Ich dorosłe dzieci wyjechały, zostawiając nieporadnych biednych ludzi, którzy umierali z głodu. Oczywiście ich karmiliśmy i opiekowaliśmy się nimi. Oni nie mieli nawet gdzie iść po pomoc. Wojska rosyjskie bombardowały wszystko w Groznym: cerkwie też zostały zniszczone".
Dziś o Czeczenii mówi się mało. A to jakiś aktor pojawia się w Groznym i chwali Kadyrowa, szalonego satrapę, syna pierwszego namiestnika Rosji. A to Putin przypomni światu, że należy z nim trzymać, bo jest jedynym, który może utrzymać Czeczenów (tzn. terrorystów) „w wychodkach", jak to kiedyś powiedział.
Czasem w Polsce, która darzyła Czeczenów jakąś sympatią, gdy walczyli z Kremlem, pojawiają się doniesienia o napadach na uchodźców czeczeńskich, informacje o matce z dziećmi uciekającej przez zieloną granicę dokądkolwiek, byle dalej od Polski. Kuriozalne są nawet doniesienia agencyjne powołujące się na informacje rządu polskiego, z których wynika, że tygodniowo prosi o azyl w Polsce 500 osób z Rosji, głównie Czeczenów. 500 tygodniowo? Oznaczałoby to 26 tysięcy azylantów rocznie, i to w sytuacji, gdy, jak wiadomo, większość Czeczenów prosi o azyl w innych krajach europejskich. Czy mam rozumieć, że rocznie z małej republiki uciekałoby około 50 tysięcy osób, czyli dziesięć procent populacji? Nie licząc wszystkich, którzy osiedlają się w Moskwie, Kazaniu i Riazaniu? A co z setkami wojowników, którzy najpierw podobno walczyli w Afganistanie (mimo doniesień wielu mediów, włącznie z BBC, nie znaleziono ani jednego), zasiedlali więzienie w Guantanamo (okazało się, że nie było tam ani jednego Czeczena: owszem, był jeden Ingusz) i walczą w Syrii (znów jak dotąd nikogo) oraz szykowali zamachy na olimpiadę w Soczi. Czyżby Czeczenów było dziś dużo więcej niż przed wymordowywaniem ich przez Rosjan w ciągu ostatnich dwudziestu lat?
Nie mogę się nadziwić, jak wielu jest w Polsce ludzi, którzy w niczym nie wierząc Putinowi (zwykle zresztą słusznie), tak często dają się nabrać na jego ksenofobiczną propagandę dotyczącą narodów nierosyjskich. Antyczeczeńska propaganda jest Rosji potrzebna, by świat zapomniał o ludobójstwie dokonanym na tym narodzie w pierwszej i drugiej wojnie czeczeńskiej.
Wieczorem 11 września 2001 roku, gdy na Kaukazie mordowano Czeczenów w najlepsze, a w Nowym Jorku płonęły zgliszcza WTC, Putin oznajmił prezydentowi Bushowi: „Rozumiemy was dobrze. Mamy ten sam problem z terrorystami". Kiedy w tym roku dwaj bracia, nazywani Czeczenami, choć są na wpół Awarami i nigdy nie mieszkali w Czeczenii, lecz w Kirgistanie, Dagestanie i USA, dokonali zamachu w Bostonie, Putin znów przypomniał: „Gdybyście mnie słuchali, dzielili się z nami informacjami, nie doszłoby do tego zamachu".
Można było zakładać, że Polacy, tak serdecznie przez wieki przyjmowani na świecie, tak lubiący chwalić się sarmacką gościnnością, wyciągną rękę do tej garstki uchodźców czeczeńskich (przede wszystkim kobiet i dzieci). Otóż nie. Otacza ich niechęć połączona z obojętnością, a czasem też z zazdrością. „Oni dostają 1200 złotych zasiłku miesięcznego!" – ubolewał ktoś w gazetach. Być może, gdyby dodać koszty przebywania w ośrodkach, koszty administracyjne, wieloletnie przeżuwanie ich dokumentów przez urzędników, uzbierałaby się taka suma. Na rękę dostają dużo mniej. Ale nie z pieniędzy podatnika polskiego. Pieniądze na uchodźców idą z funduszy europejskich, ONZ-towskich i amerykańskich. Można nawet powiedzieć, że Polska trochę na tym zarabia, jeśli zważyć, że z pieniędzy płynących do Polski utrzymują się zajmujący się nimi urzędnicy.
Miałam sen, parafrazując teraz Martina Luthera Kinga (i wiele innych osób), że w Polsce uchodźcy czeczeńscy będą przyjmowani tak jak w Lublinie, gdzie od lat otacza ich opieka i troska Centrum Wolontariatu, które nie tylko organizuje życie w ośrodku, ale i wymyśliło wspaniałe partnerstwo rodzin – polskich i czeczeńskich, podobne zresztą do tego, które kwitło w USA po 1982 roku, gdy przyjechały z Polski rodziny internowanych z „Solidarności".
PS. Tak, większość Czeczenów to muzułmanie. No i co z tego?
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA