fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Co mam na myśli

Irena Lasota
Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
W „Rzeczpospolitej" z 20 sierpnia w artykule „Egipt. I tu się Marks mylił" popełniłam poważny błąd.
Napisałam bowiem:  „Może ważniejsze byłyby mediacje prowadzące do nowych wyborów niż hamletowskie wahania, czy doszło do zamachu stanu czy nie, i czy z geopolitycznego punktu widzenia lepiej mieć Bractwo czy nie wiadomo kogo. Arabia Saudyjska nie wahała się i natychmiast zasypała Bractwo miliardami dolarów".

Oczywiście, co wynika (dla mnie w każdym razie) z kontekstu, miałam na myśli nowe władze (wojskowe, z gen. Al-Sisi na czele). Bardzo czytelnika  za ten błąd przeprosiłam, pisząc sprostowanie od razu po tym, gdy zadzwonił do mnie znajomy z pytaniem, czy abym się nie pomyliła.

„Hamletowskie wahanie" dotyczyło zachowania rządu USA po obaleniu prezydenta Mursiego.
Artykuł wyrażał raczej mniej popularny punkt widzenia co do natury zdarzeń w Egipcie, ale myślę, że pewni komentatorzy reagowali przede wszystkim na podtytuł „Bractwo Muzułmańskie w swojej ideologii i praktyce najbliższe jest bolszewickiemu wydaniu komunizmu".  W Egipcie najbardziej podoba mi się (czy podobał) olbrzymi spontaniczny ruch społeczny, wojskowi są kolejną siłą, która chce przejąć nad nim władzę, ale najgroźniejsze jest Bractwo Muzułmańskie (wąska organizacja, a nie ich sympatycy), bo to są właśnie bolszewicy. I to właśnie porównanie prawdopodobnie denerwuje wielu, bo prawie natychmiast po ukazaniu się artykułu odezwało się kilku bardzo zdenerwowanych czytelników.
Jeden napisał: „...co za bzdury, ta kobieta jest jakąś pomyłką totalną. Arabia Saudyjska zasypała miliardami dolarów, ale władze, które w wyniku puczu objęły władzę. Lepiej idź, kobieto, pielić grządki, a nie zajmować się polityką".  Z „pielenia grządek"  wnioskuję, ze autor może być z pokolenia, które lubiło bolszewików, bo młodsi pewnie nawet nie znają czasownika „pielić".  I strach przed feministkami nie pozwoliłby im posłać gdziekolwiek żeński gender. Inny zaś dodał:  „Zdumiewające, że coś takiego można przeczytać w Rzepie. Stek bzdur okraszony kłamstwem, jakoby do Bractwa płynęły miliardy z Arabii Saudyjskiej".
Najciekawszy był jednak trzeci komentator:  „Szanowna autorka wydaje się mówić: Większość jest dzisiaj przeciwko Tuskowi. Po co czekać na następne wybory? No, już, armia polska, wziąć przykład z armii egipskiej, i zrobić Kaczyńskiego »premierem«, tzn. wziąć władze w wojskowe ręce. A jak jacyś zwolennicy Tuska protestują, to strzelać, żywą amunicją. Tak, Pani autorko. Bo przecież większość dziś popiera PiS".
Komentatorzy (nawet anonimowi) bywają czasem bardzo ciekawi (kategoria pierwsza) i wnoszą wiele interesujących dodatkowych informacji czy punktów widzenia. Zawsze czytam te komentarze z wielką uwagą. Drugą kategorię stanowią ci, którzy niezależnie od tego, o czym pisze autor, zjeżdżają na jakiś swój ulubiony temat i mają kilku etatowych polemistów, z którymi ścierają się niezależnie od tego, na czyjej są arenie.
Psychologicznie i politycznie najciekawsza jest ta trzecia kategoria komentatorów, zawsze anonimowa, a czasem nawet brzmiąca tak podobnie między sobą, że można by ich podejrzewać, że pracują w tym samym biurze,  w tym samym klubie i pobierają podobne wynagrodzenia. Ci są jak komary. Bzyczą, possą trochę krwi, ale chyba już mało się kto nimi przejmuje, bo można się od nich opędzić. Ja piszę te słowa z pozycji entomologa, a nie obrażonej kobiety.
Właściwie jestem obrażona, ale tylko trochę,  i tylko na tego, który wie lepiej, co ja (naprawdę) chciałam powiedzieć.  Całe życie zarzucano mi, że mówię to, co myślę, że piszę to, co myślę i mówię, a tu nagle pojawia się jakiś facet, który uważa, że ja udaję, że piszę o Egipcie, bo tak naprawdę piszę o Tusku i Kaczyńskim. Strach ogarnia. Czy mam nie pisać o niczym, bo wszystko się za bardzo ze wszystkim kojarzy? I znów podejrzewam, że autor jest bardziej z mojego pokolenia, gdzie „Wojna peloponeska" Tukidydesa tak się źle skojarzyła jakiemuś cenzorowi, że wycofano kolejne wznowienie przekładu profesora Kumanieckiego z 1957 roku. (Przypis dla młodzieży: lata 1956–1958 to były piękne lata dla książek. Wydawano m.in. Platona, Herberta, nawet „Profesora Mmaa" Stefana Themersona. A później znów zaczęło się kojarzyć...).
Ale ponieważ ja też mam swoje obsesyjne skojarzenia, to wydaje mi się, że pomysł anonimowego chóru wyrażającego pogląd redakcji lub nawet tylko jej redaktora naczelnego wprowadziła prawie ćwierć wieku temu „Gazeta Wyborcza" poprzez swoje codzienne opinie telefoniczne i oczywiście Forum. Trzeba oddać jednak Forum sprawiedliwość – było pluralistyczne. Chociaż redakcja cenzurowała wiele wypowiedzi, to zostawiała też te najbardziej obrzydliwe, by móc później piętnować szowinizm, nacjonalizm, faszyzm...
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA