fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Kieszonkowa rakieta z Jamajki

ROL
Usainowi Boltowi sięga do pachy, ale też zdobyła trzy złote medale MŚ. Shelly-Ann Fraser-Pryce, królowa sprintu z getta w Kingston – brzmi dobrze, brzmi jak bajka.
W Moskwie wszystko jej sprzyjało, słabość Carmelity Jeter na 100 m, fatalne zmiany Amerykanek w sztafecie 4x100 m, nawet kontuzja Allyson Felix w finale biegu na 200 m. Wygrałby zapewne i bez pomocy losu, ale tak wszyscy mogli lepiej podziwiać: różowe paznokcie, różowe kolce i rozwichrzony różowy koński ogon za metą. Oraz szeroki uśmiech. Shelly-Ann Fraser-Pryce – mistrzyni olimpijska na 100 m z Pekinu i Londynu, potrójna mistrzyni świata w Moskwie, rekord życiowy na setkę: 10,70, czwarty wynik w historii.
Mimo takich osiągnięć z europejskiej perspektywy wydaje się mistrzynią nieznaną, może zasłonił ją długi cień Bolta, może jej na tym bardzo nie zależy. – Nie narzekam. W Kingston wszyscy mnie rozpoznają, nie dają przejść bez zdjęcia czy autografu. Usain to Usain, zasłużył na swą sławę. Mnie się też dużo należy? Nie, dziękuję, czuję się świetnie z tym, co mam – mówi.
Na Jamajce patrzą na nią jak w obrazek. Zwłaszcza dzieciaki w Kingston, którym pomaga wydobyć się z nędzy getta. Ale o tym gazety piszą mało, bo Shelly-Ann nie lubi zgiełku wokół siebie, woli pomóc prywatnie, bez rozgłosu. Nawet pracę ambasadora dobrej woli UNICEF wykonuje po cichu. O powodach opowiada zawsze tak: – Sama się wychowałam w getcie. Wiem, że można się stamtąd wyrwać, jak się spotka dobrych ludzi. Najważniejsi dobrzy ludzie w życiu Shelly-Ann to matka, trener oraz mąż.
Historia matki to historia setek kobiet mieszkających w biednych dzielnicach Kingston. Maxine Simpson, jedna z czternaściorga dzieci, ojciec nieżyjący, matka (czyli babcia Shelly-Ann) nie dała rady chować tej gromady. Starsi poszli na ulicę zarabiać jak się dało. Córki Maxine i Althea też. Obie zaszły w ciążę jako nastolatki. Tyle dobrego, że chodziły do szkoły, a w szkole na boisku nawet bieda nie przeszkadzała w zabawie w sport.
Pani Maxine mówiła, że skoro sama biegała i skakała w dal, to poznała talent córki szybko. – Poznała, bo nie mogła jej złapać, gdy chciała jej przylać – dopowiada ciotka Juliet. Jednak prawdą było to, że jako samotna matka Maxine Simpson spisywała się dobrze. Zarabiała, handlując na ulicy. Sprzedawała co się dało, warzywa, owoce, drobiazgi dla domu. Często uciekała z całym kramem przed policją, bo nie płaciła za zezwolenie (– Uciekałam jak olimpijka – opowiadała potem dziennikarzom), ale z tego handlu było na ubranie i śniadania dla całej czwórki (urodziła i wychowała bez ojca jeszcze dwóch synów), na bilet autobusowy do szkoły, a niekiedy starczało na kolację. Mieszkali w dzielnicy o nazwie Waterhouse, wedle niektórych, najbrzydszym getcie Kingston. Biedne domki, cynkowane ogrodzenia, dziurawe drogi, brud i nędza z każdej strony. Mieli jeden pokój i jedno łóżko. Estetyka była mało ważna, ważne było to, że gangi strzelały, że ktoś ginął, także z rodziny Shelly-Ann.
Matka pilnowała, by dziewczynka wracała ze szkoły prosto do domu, miała odwagę krzyknąć na bandę w pobliżu, żeby zostawiali małą w spokoju. Tyle mogła zrobić, kiedy brakowało na jedzenie. Mówiła też: – Masz talent do biegania, wykorzystaj go.
W podstawówce Shelly-Ann biegała na bosaka, ale została wicemistrzynią szkoły. Potem, już w butach, dostała się do reprezentacji na lokalne igrzyska karaibskie. Na setkę była trzecia – pierwszy ważny sukces. Dostała stypendium w University of Technology w Kingston, a to oznaczało treningi u samego Stephena Francisa, tego, który założył sławną grupę MVP z Asafą Powellem jako gwiazdą. Wyprowadziła się z getta, zamieszkała na terenie UTech. Trenerowi Francisowi zaufała jak matce, choć w tej bajce to nie jest, jak dziś wiemy, jednoznaczna postać. Shelly-Ann Fraser doprowadził do mistrzostwa na 100 m w Pekinie, pierwszego złota dla sprinterki z Jamajki na tym dystansie. Do drugiego w Londynie też. Był i jest z nią od lat.
Dlatego gdy w lipcu 2011 roku podano, że wzięła niedozwolony środek przeciwbólowy i wyrok zabrzmiał: sześć miesięcy dyskwalifikacji, nie zgodziła się, by winić trenera. Wersja Fraser jest taka: przed wyjazdem na mityng Diamentowej Ligi do Szanghaju leczyła trzy zęby. Długa podróż do Chin spowodowała, że stan dziąseł się pogorszył. Środek przepisany przez oficjalnego lekarza IAAF w Szanghaju nie przyniósł ulgi. Nie chciała startować, ale trener prosił. Wtedy wzięła to, co jej podał, mówiąc, że lek bardzo pomógł mu na kolkę nerkową. Wzięła oksykodon, silna rzecz, trochę jak morfina, nie powiedziała o tym służbom dopingowym, tłumaczyła, że zapomniała.
– Trzeba brać pełną odpowiedzialność za własne gapiostwo – powtarzała. Wpadka była głośna, ale reputacja sprinterki, o dziwo, nie ucierpiała. Pierwszym jej obrońcą był wtedy kolega, Asafa Powell, drugim Tyson Gay – dziś to byłby pocałunek śmierci.
Shelly-Ann Fraser nie chce o tym mówić. Niedawno przed mityngiem w Monaco po prostu wyszła z sali, gdy angielski dziennikarz zadał pytanie, jak ci Jamajczycy, których nie złapano na dopingu, znoszą ostatnie wydarzenia.
Shelly-Ann Fraser wolała po odbyciu kary mówić, że wróci jeszcze silniejsza, że mąż, Jason Pryce, też lekkoatleta, którego w 2007 roku poznała na boisku UTech, kumpel Asafy Powella, daje jej ogromne wsparcie, że czekają ją najlepsze lata kariery, że nadal zamierza być przykładem dla dzieciaków i pomagać komu się da.
Nie jest dziś łatwo przebić się przez miły uśmiech „Kieszonkowej rakiety", jak ochrzcili ją dziennikarze na Jamajce. Co się za nim kryje? – pytają.
Może jednak nie sama radość z sukcesów. W grudniu 2009 roku Shelly-Ann Fraser przyznała na zamkniętym spotkaniu z psychologiem, że od chwili sukcesu jest bombardowana żądaniami finansowymi przez rodzinę i przyjaciół z dzielnicy Waterhouse. – Mama dzwoniła od rana po trzy razy, bracia też. Kup mi to, kup mi tamto. Nie wytrzymywałam, ale czułam się ogromnie winna, gdy odmawiałam, więc nie odmawiałam – mówiła.
Wspomniała o koleżankach z UTech, które też ceniły ją za to, że je zapraszała na imprezy i zakupy. Zatrudniła psychologa, który nauczył ją odmawiać. Straciła przyjaciółki. Tyle dobrego, że psycholog nauczył także nie zaglądać przy stresach do kieliszka.
Wyjść z biedy w Kingston trudniej niż z cienia Bolta. Po powrocie z igrzysk w Pekinie zobaczyła na mieście mural ze swą podobizną. Przestraszyła się. – U nas w dzielnicy rysowali czyjąś twarz na murze tylko wtedy, gdy ktoś umierał – powiedziała dziennikarzowi.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA