fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sądzie i urzędzie

Finansowe i prawne pokłosie „Pokłosia”

Gabriela Setla
Polski Instytut Sztuki Filmowej najpierw przyznał pieniądze na produkcję filmu, a potem nie wypłacił wszystkiego. Sprawą zajmie się sąd.
Producenci filmowi nie mogą spać spokojnie nawet, gdy dostaną dotację na swoje dzieło, a widownia już zapomni o tym, czy się jej obraz podobał czy nie. Polski Instytut Sztuki Filmowej (PISF) potrafi wyciągnąć rękę po pieniądze, które wcześniej przyznano i wypłacono na daną produkcję. W takiej sytuacji znaleźli się producenci filmu „Pokłosie". Instytut nie wypłacił im 10 proc. dotacji i zażądał zwrotu pozostałej kwoty.

Kto daje i odbiera

Sprawa zwrotu pieniędzy jeszcze nie martwi producenta. Nie wiadomo, czy PISF podjął jakieś kroki prawne w tym zakresie. Sam jednak postanowił walczyć o wypłatę 350 tys. zł, czyli 10 proc. przyznanej dotacji.
Emisja filmu wzbudziła duże kontrowersje, ale decyzja o przyznaniu dotacji zapada znacznie wcześniej. PISF zapoznał się ze scenariuszem i uznał, że produkcja jest na tyle cenna, by dać na nią pieniądze. Zgodnie z ustawą o kinematografii przed podpisaniem umowy o dotację PISF ocenia walory artystyczne i etyczne produkcji czy znaczenie dla kultury narodowej. Kryterium jest też wzbogacenie europejskiej różnorodności kulturalnej czy przewidywane skutki planowanego przedsięwzięcia.
– Polski Instytut Sztuki Filmowej nie daje pieniędzy w ciemno – podkreśla adwokat Marcin Radwan-Röhrenschef, pełnomocnik Apple Film Production, która wyprodukowała ten film. Wskazuje, że instytut doskonale wiedział, na jaką produkcję pójdą pieniądze. A na etapie powstawania filmu nie zgłaszano uwag.
Instytut bardzo rzadko odstępuje od podpisanych umów związanych z przyznanymi dotacjami. W 2013 r. „Pokłosie" było jak na razie jedynym takim przypadkiem i – jak się okazuje – drugim w ogóle. A co było powodem tej decyzji?
– Polski Instytut Sztuki Filmowej 19 marca 2013 r. odstąpił od niej w całości z powodu nienależytego wykonywania zobowiązań umownych przez producenta Apple Film Production – informuje Piotr Szymański z PISF.
Mówiąc dokładniej, producentom zarzucono błędy formalne, m.in. to, że PISF nie znał umów z koproducentami czy też to, iż przekroczono budżet produkcji.
– Zgodnie z prawem można żądać zwrotu dotacji wykorzystanej niezgodnie z przeznaczeniem. Instytut nie określił jednak, jaka część dotacji nie została wykorzystana prawidłowo. Mało tego – zaakceptował wszystkie rozliczenia, które były przedkładane – zwraca uwagę Radwan-Röhrenschef. Dodaje, że decyzja PISF jest dziwna, tym bardziej że film powstał już jakiś czas temu.

Podpaść na całej linii

Sprawa nie kończy się jednak na jednym filmie. Producentowi nie przedłużono promes na dofinansowanie dwóch innych obrazów. Powodem jest to, że nie dotrzymał warunków umowy na dofinansowanie „Pokłosia".
Tymczasem ustawa o kinematografii wskazuje, że promesy nie dostanie ten, kto w okresie trzech lat przed złożeniem wniosku o udzielenie dofinansowania naruszył w sposób istotny umowę zawartą z instytutem. Jednakże w tym wypadku wnioski o udzielenie dotacji zostały złożone znacznie wcześniej. Z tym że nie wiadomo, jak w takiej sytuacji producenci mają walczyć o pieniądze.
– Ustawa o kinematografii jest tak napisana, że nie przewiduje żadnej kontroli sądowej w takiej sytuacji. Uważamy jednak, że promesa ma charakter decyzji administracyjnej – mówi pełnomocnik producenta.
Decyzję o nieprzedłużeniu promes zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. W skardze wskazał, że decyzja dyrektora PISF została wydana bez podstawy, skoro nie ma prawomocnego wyroku sądu o naruszeniu umowy w wypadku „Pokłosia".
Niektórzy są zdania, że droga administracyjna nie jest właściwa w takiej sytuacji.
– W wypadku promesy PISF ma większą łatwość odstąpienia od zawartej umowy. Jednak jeżeli producent poczynił jakieś wydatki w związku z przyznaną mu promesą, to może dochodzić odszkodowania na drodze cywilnej – uważa Zbigniew Krüger, adwokat w kancelarii Krüger & Partnerzy.
Dla producentów pocieszające może być to, że coraz mniej promes nie kończy się podpisaniem umów o dotację. Piotr Szymański wskazuje, że jedynie 5,8 proc. promes nie doczekało się umowy, a jeszcze w 2009 r. było to 22,4 proc.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora l.kuligowski@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA