fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Egipt: stan wyjątkowy

AFP
Masakra w Kairze spycha kraj ku wojnie domowej. Można jej było uniknąć.
Bractwo wzywa w piątek do kolejnych protestów. Nie tylko w stolicy Egiptu, ale w całym kraju. Piątek ma być "dniem gniewu" - antyrządowe manifestacje mają wyruszyć ze wszystkich meczetów w Kairze i udać się w stronę placu Ramsis.
Świat zgodnie krytykuje brutalną pacyfikację dwóch obozowisk, gdzie protestowali zwolennicy obalonego prezydenta Mohameda Mursiego. Rząd wysłał przeciwko cywilom pojazdy opancerzone, buldożery i snajperów. Według danych Ministerstwa Zdrowia w całym kraju zginęło 638 osób zginęło, przeszło trzy i pół tysiąca jest rannych. Wczoraj do starć ze służbami bezpieczeństwa dochodziło w całym kraju i nic nie zapowiadało uspokojenia nastrojów.
Egipt po miesiącach konfliktu, znalazł się na progu wojny domowej. Wielu ekspertów jest przekonanych, że najnowsze wydarzenia to dla Bractwa Muzułmańskiego, najpotężniejszej organizacji na Bliskim Wschodzie, „być albo nie być", nie tylko w Egipcie, ale w całym regionie. Na wezwanie Bractwa tysiące ludzi wyszły wczoraj na ulice. W Gizie jego zwolennicy szturmowali budynki rządowe, a w środkowym Egipcie palili koptyjskie kościoły i szkoły.
– Już nie chodzi o to, że armia dokonała zamachu stanu i pozbawiła władzy prezydenta Mursiego ani o masakrę w Kairze, ale o to, czy zaakceptujemy nową wojskową tyranię czy nie – grzmiał wczoraj rzecznik Bractwa Gehad el-Haddad.
Prezydent USA ostro potępiając działania rządu w Kairze odwołał wspólne amerykańsko-egipskie manewry wojskowe. Ambasadora Egiptu wezwał prezydent Francji. Uczyniły to też niemiecki MSZ i Wielka Brytania. Turcja chce, by sprawą masakry pilnie zajęła się Rada Bezpieczeństwa.
Popierany przez wojskowych tymczasowy rząd w Kairze twierdzi, że musiał zlikwidować nielegalne obozowiska, bo – jak ujął to premier Hazim el-Biblawi „sprawy osiągnęły stan, którego szanujące siebie państwo nie może akceptować".  Sęk w tym, że rozwiązanie polityczne było już w zasięgu ręki. Tak przynajmniej twierdzi Bernardino Leon, wysłannik UE, który mediował w egipskim kryzysie. Jego zdaniem „istniał plan polityczny, który Bractwo Muzułmańskie zaakceptowało". – Mogli skorzystać z tej opcji. To wszystko, do czego tam doszło, nie było potrzebne – twierdzi.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA