fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czekając na cud

Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
W Platformie tlą się jeszcze nadzieje, że serca wyborców uda się odzyskać na fali jesiennego „nowego otwarcia" i długo wyczekiwanej rekonstrukcji rządu – pisze publicysta.
To nie tak miało wyglądać – wzdychają smętnie politycy Platformy. Wewnątrzpartyjna kampania i efektowna reelekcja wzmocnić miały samego Donalda Tuska, ale i poprawić nieco image PO. Partyjnym strategom marzyły się wielkie wyborcze konwencje, efektowne wystąpienia, wlanie w rozżalone partyjne doły i elektorat nadziei na lepsze jutro. Zamiast tego mamy ostre ataki przypuszczane przez skazanego na porażkę pretendenta, uniki faworyta, niesmak działaczy i, w najlepszym razie, obojętność publiczności.

Schetyna z pieczary

Grzechem pierworodnym wyborów szefa Platformy jest obsada ról tego dramatu. W kluczową dla ich przebiegu i atmosfery postać pretendenta do tronu, challengera, tego, który rzucać miał rękawicę, wcielić się miał nie partyjny outsider, otwarty krytyk Tuska, ale ten, który przez lata był jego najbliższym współpracownikiem. To Grzegorz Schetyna miał zebrać w sobie odwagę, by wyjść z „pieczary" (jak nazywa się jego sejmowy gabinet) i stanąć do pojedynku z premierem. Zresztą...
Cały pomysł powszechnych wyborów w PO wziął się w dużej mierze z lęku przed tym, jak wyglądać będzie kongres, na którym wybierać miano partyjnego lidera. Tusk i jego otoczenie podejrzewali, że Schetyna może tak „poukładać się" z działaczami regionalnymi, że albo zagrozi przywództwu premiera, albo tak mocno go zaszachuje, że wywalczy sobie realną, mocną pozycję „drugiego po Bogu" i odzyska wpływ na politykę partii rządzącej. Wybory bezpośrednie miały pozwolić na uniknięcie tego czarnego scenariusza, a w starciu ze Schetyną Tusk błyszczeć miał elokwencją, swobodą, dowcipem i pewnością wygranej.
Co najważniejsze jednak, starcie Tusk – Schetyna miało być walką dwóch dawnych przyjaciół, dziś zwaśnionych, ale pamiętających czasy, gdy ramię w ramię działali w KLD, UW i budowali PO. Mających swe rachunki krzywd, ale i świadomość, że wiedzą o sobie na tyle dużo, by prowadzić bój samoograniczający się, nie śmiertelny, ale taki, po którym wciąż – niezależnie od wyniku i rozmiarów zwycięstwa Tuska – będą mogli pozostać liczącymi się politykami Platformy. Tamta walka miała rozegrać się w trakcie wewnętrznego „ucierania" i cichego przeciągania na swoją stronę regionalnych działaczy.
Na zewnątrz miały wydostawać się z niego raczej komunikaty pozytywne, dowodzące, że PO jest ugrupowaniem przenoszącym na polski rynek zachodnie wzorce wewnątrzpartyjnej demokracji bezpośredniej, potrafiące „pięknie się różnić" i elegancko – wewnętrznie – rywalizować. Tusk miał być w nim kandydatem raczej delikatnie szczypanym niż ostro atakowanym, a cała operacja miała dowieść, że jest wciąż jedynym i pełnoprawnym liderem Platformy, że wewnątrzpartyjny konkurent nie jest mu w stanie poważnie zagrozić, więc niech nie „pojękuje, bo usłyszy »nie jesteś w stanie wygrać przywództwa, to nie przeszkadzaj«" (jak mówił w czerwcowym wywiadzie dla „Polityki" Donald Tusk).
Gowin, o ile w ogóle brano go pod uwagę w roli kandydata, miał być „tym trzecim" – mało znaczącym, skazanym na zmarginalizowanie i mało słuchanym uczestnikiem rozgrywki.

Gowin bez kagańca

Lansujące ideę wyborów bezpośrednich otoczenie premiera miało nadzieję nie tylko na to, że dadzą one jego szefowi pewne i spektakularne zwycięstwo. Miały też powtórzyć medialno-piarowski sukces prawyborów prezydenckich. Wówczas, u zarania kampanii, rywalizacja Sikorski – Komorowski przez dobrych kilka tygodni skupiała na sobie uwagę, ekscytowała media, przyćmiewała rządowe kłopoty, a starcie było, z punktu widzenia partyjnej jedności, przedsięwzięciem zupełnie nieszkodliwym.
Tyle że tamta potyczka – na tle atmosfery towarzyszącej tym wyborom – była jednak pojedynkiem prowadzonym w śnieżnobiałych rękawiczkach i ze świadomością, kto i jak daleko może się w nim posunąć. I marszałek sejmu, i szef dyplomacji mieli pełną świadomość, że obaj mogą w nim sporo zyskać, ale i dużo stracić, dlatego żaden nie sięgał po broń najcięższego kalibru.
Tym razem jest zupełnie inaczej. W rozgrywce Tusk – Gowin ten drugi nie ma właściwie, wewnątrz Platformy, do stracenia nic. Startujący z pozycji świeżo odwołanego ministra sprawiedliwości, skonfliktowany, już u progu kampanii, ze sporym gronem partyjnych działaczy (począwszy od ideologicznych liberałów niemogących zapomnieć mu wypowiedzi i głosowań w sprawach związków partnerskich czy in vitro, przez tych, których razi jego styl bycia, aż po rywalizujących z nim o pozycje w partii i regionie konserwatystów skupionych wokół pary Raś – Biernat) Gowin nie musi nakładać i nie nakłada sobie żadnych kagańców.
Czym zresztą przypieczętowuje swój los, bo niewielu jest dziś w Platformie takich, którzy są gotowi go bronić, a większość miota pod jego adresem mocne słowa, nie skrywając, nawet publicznie, jak bardzo jest wściekła na niedawnego ministra.
Nieszczęśliwie – i dla Tuska, i dla wyborów pomyślanych jako budująca dobry partyjny wizerunek rywalizacja w wersji soft – walka o fotel szefa PO zbiegła się w czasie z dwiema trudnymi i nieprzynoszącymi rządzącym chwały debatami nad OFE i nowelizacją budżetu. Obie są niczym wiatr w żagle Gowina. Tu nie występuje jako platformijny „talib", któremu w głowie rodzą się wyłącznie konserwatywne pomysły ze sfery ideologiczno-obyczajowej. Tu może być idącym pod rękę z Leszkiem Balcerowiczem obrońcą liberalnych korzeni, wolnorynkowych doktryn i budżetowej dyscypliny.
Na tym polu znacznie łatwiej uderzać mu w Tuska, przypominać dawne deklaracje, podkpiwać i krytykować nadmiar programowej elastyczności premiera. I czyni to z zapałem, który (jak się wydaje nie bez racji) rodzi w jego kolegach graniczące z pewnością przekonanie, że Gowin gra już nie o wynik wyborów, nie o partyjną pozycję, ale o to, co dziać się będzie po tym, jak z PO zostanie usunięty.

Strategia uniku

Nie trzeba być wielkim znawcą, by dostrzec, że dla eksministra rządu Tuska starcie z niedawnym szefem od początku niewiele miało wspólnego z realnym marzeniem o stanięciu na czele PO. Start w wyborach, pomyślany u początków pomysłu „Gowin na szefa partii" raczej jako sposób na budowę większej rozpoznawalności, wewnątrzpartyjnej pozycji i roli jedynego lidera konserwatywnej frakcji PO, staje się coraz bardziej drogą ku rozstaniu z Platformą i jakiemuś – na razie bliżej nieokreślonemu – politycznemu mariażowi.
Mało jest dziś i w samej PO, i w ogóle w świecie polityki osób, które wierzą, że Gowin stanięciem w wyborcze szranki kupi sobie partyjną nietykalność. Niemal wszyscy wróżą, że albo szybko zostanie z Platformy wyrzucony, albo sam odejdzie, ku nieskrywanej radości większości partyjnych towarzyszy, którzy bez pardonu atakują dziś niedawnego ministra rządu, mówiąc o nim jako o „wkurzającej", „żałosnej postaci", za co on odwdzięcza się im wywodami na temat „partyjnych cyngli".
Po marzeniach o kampanii efektownej i przysparzającej Platformie punktów niewiele dziś zostało. Donald Tusk, uznawszy, że Gowin jest już de facto poza partią, a zatem nie ma sensu pomagać mu w budowie pozycji na czasy postplatformijne, wybrał strategię uniku i omija swego rywala szerokim łukiem.
Odmawia debat, nie zlecił organizowania regionalnych konwencji, jeździ po Polsce, spotykając się z działaczami na małych zamkniętych spotkaniach, i pisze listy, w których główną uwagę poświęca dowodzeniu, jak nieczyste są zachowania jego rywala. Wysyła komunikaty wyłącznie do wewnątrz partii. Jeśli coś z tego wszystkiego dociera do rozleniwionych kanikułą wyborców, to nie jest to sygnał pozytywny, który w jakikolwiek sposób mógłby podźwignąć notowania PO.
Dziś wydaje się niemal pewne, że partyjne wybory nie będą miały nic z czarodziejskiej mocy kamienia filozoficznego, który odwrócić mógłby sondażowe trendy. Politycy PO myślą już raczej o tym, co robić dalej, jak zakończyć spory o OFE, jak przetrwać bez strat warszawskie referendum. W Platformie tlą się teraz nadzieje, że serca wyborców uda się odzyskać na fali jesiennego „nowego otwarcia" i długo wyczekiwanej rekonstrukcji rządu, do której dojść miało krótko po ogłoszeniu wyników rywalizacji Tusk – Gowin. O skali tej rekonstrukcji krążą legendy, ale wydaje się, że przynajmniej jeden jej element może być zaskakujący i znaczący. Połączona z zakończeniem debat nad reformą OFE i nowelizacją budżetu ma być momentem, gdy PO zamknie za sobą trudny czas, a rządzący – wzmocnieni pieniędzmi unijnymi i środkami z funduszy emerytalnych – zyskają w następnych latach odrobinę budżetowego oddechu i finansowej swobody, którymi będą próbowali przekonać albo kupić serca wyborców.
Autor jest dziennikarzem radiowym i telewizyjnym związanym z RMF FM oraz TVN 24
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA