fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

W Kairze znów leje się krew

Coraz więcej ofiar Rosnąca liczba „męczenników” nie skłania islamistów do zakończenia protestów
AFP
Konfrontacja zwolenników islamistów z siłami bezpieczeństwa przyniosła w weekend około 80 ofiar.
Mimo trwającej od piątkowego wieczoru krwawej konfrontacji z siłami bezpieczeństwa zwolennicy Bractwa Muzułmańskiego i obalonego prezydenta Mursiego nie zamierzają przerwać protestu. Po serii ostrych starć w piątek i sobotę niedziela okazała się nieco spokojniejszym dniem.
Demonstranci tłumnie koczujący od trzech tygodni w okolicy meczetu Rabaa al-Adawija ogłosili „protest siedzący", wstrzymując się od grożących nowymi starciami marszów. Nie wiadomo jednak, czy spokój nie okaże się znów jedynie ciszą przed burzą, przywódcy islamistów wygłaszają bowiem bojowe przemówienia dla podtrzymania ducha oporu. Z drugiej strony minister spraw wewnętrznych Mohamed Ibrahim wezwał zwolenników Bractwa do rozejścia się i zagroził, że w razie odmowy zostaną „rozproszeni siłą".
Najtragiczniejszym dniem w dwuletniej historii zamieszek i protestów od czasu obalenia prezydenta Hosni Mubaraka w lutym 2011 r. była ostatnia sobota. Według informacji egipskiego ministerstwa zdrowia śmierć poniosło 78 osób, kilkaset zostało rannych. Bractwo Muzułmańskie potwierdziło zgon 61 osób, ale jego przedstawiciele uznali, że kolejnych 60 osób jest „w stanie śmierci klinicznej". Także lekarze udzielający rannym pomocy medycznej twierdzą, że zabitych było ponad stu.
Większość ofiar zginęła w trakcie starć w Kairze od strzałów w głowę lub klatkę piersiową, co oznacza, że siły bezpieczeństwa przyjęły taktykę twardej rozprawy z przeciwnikami i nie można mówić o przypadkowych ofiarach rozpraszania demonstracji. – Oni otrzymali rozkaz strzelania, by zabijać – powiedział rzecznik Bractwa Muzułmańskiego Gehad el-Haddad.
Dowódcy wojska, z generałem Abulem Fattahem al Sisim na czele, którzy de facto kierują Egiptem od czasu obalenia 3 lipca prezydenta Mohameda Mursiego, najwyraźniej poczuli się zmobilizowani do ostrzejszej rozprawy z islamistami po masowych demonstracjach poparcia dla działań armii zorganizowanych w piątek.
Kilkaset tysięcy zwolenników świeckiego państwa domagało się wówczas od armii „zdecydowanej walki z terroryzmem", co zapewne zostało odebrane przez generałów jako zachęta do siłowego zakończenia trwających od wielu dni demonstracji zwolenników Bractwa Muzułmańskiego i innych ugrupowań islamistycznych.
Do gwałtownego zaostrzenia sytuacji doszło w piątek późnym wieczorem. Zebrani w dzielnicy Nasr City zwolennicy prezydenta Mursiego ruszyli wtedy ze swojego zaimprowizowanego obozu w kierunku centrum Kairu. W okolicy mostu 6 Października doszło do starć z policją, która użyła gazu łzawiącego.
Po kolejnych dwóch godzinach starć policja zaczęła używać ostrej amunicji. Strzelanina z różną intensywnością trwała całą noc z piątku na sobotę. Szczególnie wiele ofiar przyniosła kanonada w sobotę o świcie. Bardzo niepokojące okazały się relacje niektórych świadków mówiące o tym, że do funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa przyłączali się „ochotnicy" również strzelający do islamistycznych demonstrantów z broni palnej.
Tymczasem minister spraw wewnętrznych przekonywał, że podległe mu jednostki nie używają ostrej amunicji, i odrzucił wszelką odpowiedzialność za ofiary śmiertelne. Oskarżył też zwolenników Bractwa Muzułmańskiego o prowokacje, pokazując nagrania wideo, na których agresywni demonstranci obrzucają policjantów kamieniami i rozbijają sklepy.
Oczywiste rozmijanie się z prawdą wywołało krytykę ze strony uchodzącego za najwyższy autorytet religijny w Egipcie imama meczetu Al-Azhar. Nawet premier rządu tymczasowego Mohamed ElBaradei uznał, że władze wojskowe użyły nieproporcjonalnej siły wobec nieuzbrojonych demonstrantów.
Bezpardonowe i łamiące pozory przestrzegania demokracji poczynania armii stawiają w trudnej sytuacji Zachód, a zwłaszcza Stany Zjednoczone, które od czasu podpisania pokoju w Camp David wspierają egipskie siły zbrojne kwotą ok. miliarda dolarów rocznie.
Sekretarz obrony USA Chuck Hagel zadzwonił do generała Al-Sisiego, perswadując mu unikanie przemocy i rozlewu krwi. Z kolei prezydent Obama zalecił w zeszłym tygodniu wstrzymanie przekazania Egiptowi kolejnych czterech myśliwców F-16.

Czy Tunezja da przykład Egiptowi?

Po demonstracjach wywołanych zabójstwem Mohameda Brahimiego przywódcy tunezyjskich partii świeckich domagają się „nowego podziału władzy". Brahimi, przywódca jednej z mniejszych partii, padł w zeszły czwartek ofiarą zamachu (notabene zastrzelono go z tej samej broni, która w lutym posłużyła do zamordowania innego opozycjonisty). Zwolennicy ugrupowań świeckich rozpoczęli natychmiast serię protestów, których kulminacja nastąpiła po sobotnim pogrzebie Brahimiego. Politycy rządzącej umiarkowanie islamistycznej partii Ennahda i świeckiej opozycji zaczęli występować z wzajemnymi oskarżeniami. W wielu miastach Tunezji doszło do demonstracji i starć z policją. Do zaostrzenia protestów przyczynił się też zamach bombowy w porcie w Tunisie (nikt w nim nie ucierpiał) oraz wieści o niepokojach w Kairze. Antyrządowi demonstranci zaczęli wręcz wzywać dowódców armii, by poszli za przykładem swoich egipskich kolegów. W odróżnieniu od Egiptu tunezyjscy politycy są jednak bliżsi znalezienia kompromisu, który pomógłby w rozładowaniu niebezpiecznego napięcia. Mufti al Masady, rzecznik tymczasowego zgromadzenia narodowego, poinformował w niedzielę, że przedstawiciele Ennahdy i ugrupowań świeckich zdołali osiągnąć porozumienie w sprawie „nowych zasad podziału władzy". Stawką jest przetrwanie parlamentu w sytuacji, gdy rząd oskarżany jest o nieudolność w kwestiach ekonomicznych i tolerowanie islamskich radykałów.
—jagi
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA