fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Mała, blada – na scenie zakwitałam

Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Anna Polony, wybitna aktorka, reżyserka, o emocjonującym graniu spektakli na żywo, honorariach w czasach PRL i bolesnym kapitalizmie.
Rz: Zastrzegła pani, że już nie chce rozmawiać o Starym Teatrze i Konradzie Swinarskim, tylko o Teatrze Telewizji. Tak się jednak składa, że jedno z pierwszych telewizyjnych przedstawień, w którym pani zagrała, to „Żałosna i prawdziwa tragedia pana Ardena" w reżyserii Konrada Swinarskiego ze Starego Teatru.
Anna Polony: Rzeczywiście! A ja o tym zapomniałam. Może dlatego, że było to przeniesienie, a nie spektakl tworzony specjalnie dla telewizji w studiu, a może także dlatego, że rola w tej sztuce była pierwszą zagraną w przedstawieniu Konrada Swinarskiego, a spotkanie z nim stało się początkiem mojej fascynacji tym wielkim artystą i pełnym uroku człowiekiem. Tak więc pierwsze zetknięcie z kamerą telewizyjną zeszło na drugi plan, po czym uleciało z pamięci. Rola Zuzanny, w której zostałam obsadzona, była niewielka, ale atrakcyjna dzięki wielkiej balladzie, do której tekst napisała Agnieszka Osiecka. Jej fragmenty śpiewałam między poszczególnymi obrazami, na jakie podzielony był spektakl. To taki reżyserski zabieg w stylu teatru Brechta, którego Swinarski był jakiś czas asystentem, co zapewne wpłynęło na jego sposób myślenia. Próby i praca nad interpretacją tej ballady były tak wspaniałe, że o nich na pewno nigdy nie zapomnę.
Następne teatralno- -telewizyjne zdarzenie, także związane z Konradem Swinarskim i ze Starym Teatrem, to przeniesienie „Klątwy" Stanisława Wyspiańskiego, w której grałam Młodą. Obydwa spektakle były transmisjami na żywo – towarzyszyły mu ogromne napięcie i trema. Ale i tak mniejsze od strachu, który ogarniał człowieka przed rozpoczęciem spektaklu tworzonego w studiu wyłącznie dla TV. Dwa razy doświadczałam tej szalonej galopady serca przed wejściem na wizję – raz w „Błękitnych miastach" Tołstoja w reżyserii Ireny Wollen i drugi raz w „Graczu" Dostojewskiego w reżyserii Bogdana Hussakowskiego. Potem wszystko już było nagrywane.
Jak wyglądała pani praca od strony technicznej?
Nie uważałam się za osobę atrakcyjną. Makijaż, kostium, peruka czyniły ze mnie kobietę interesującą
W spektaklach na żywo aktorzy poza skupianiem się na graniu musieli pamiętać o planach, na których rozgrywały się poszczególne sceny, o świetle – żeby z niego nie schodzić, a równocześnie nie zasłaniać partnera. No i o kamerach, wtedy jeszcze wielkich, ciężkich i nieruchawych. A prób było mniej niż w normalnym teatrze – tylko trzy kamerowe. Jednym słowem zagrożenie jakąś katastrofą zawsze wisiało w powietrzu. Mimo wszystko, a może właśnie dlatego, widzowie kochali ten „żywy" teatr. Wprawdzie w tamtych czasach odbiorniki telewizyjne były jeszcze luksusem, ale ci, którzy je posiadali, zapraszali rodzinę, znajomych i życie towarzyskie kwitło. Kiedy pojawiła się możliwość nagrywania, twórcy odetchnęli z ulgą. Można było powtarzać sceny, fragmenty, doskonalić, cyzelować – jak w filmie. Pokochałam tę pracę w telewizyjnym studiu prawie tak bardzo jak tę na scenie. Dzięki Irenie Wollen, która w latach 60. i 70. była w krakowskiej telewizji głównym reżyserem, zagrałam wiele świetnych ról w repertuarze tak klasycznym, jak i współczesnym. Najmilej wspominam bohaterkę „Psa ogrodnika" Lope de Vegi – Hrabinę de Belflor. Nagrywaliśmy ten spektakl w Pieskowej Skale, w zamku i w ogrodach. To była nie tylko praca, ale i wielka przyjemność.
Jakiego rodzaju popularność dawała telewizja?
Po pierwsze dużo większą niż teatr, a po drugie, ponieważ oglądano nas w domach, stawaliśmy się bliżsi widzom, więc często zaczepiano aktorów w miejscach publicznych, by wyrazić sympatię czy złożyć gratulacje. Ale ja nie byłam specjalnie rozpoznawalna.
Maskowała się pani?
Poniekąd. Nie uważałam się za osobę atrakcyjną. Mała, blada, piegowata, skromnie ubrana, chodziłam z pochyloną głową. Na scenie zakwitałam. Dobry makijaż, kostium, peruka czyniły ze mnie kobietę interesującą. Teraz dużo częściej słyszę od widzów miłe słowa, na ulicy, w sklepie, w tramwaju, ale ponieważ w moim wieku uroda nie ma już większego znaczenia, więc się nie ukrywam.
Kiedy poczuła się pani pewnie przed kamerą?
Nie mogę czuć się pewnie. Kiedy tracę kontrolę nad sobą, moja nadekspresja ruchowa i mimiczna deformuje mnie i fatalnie wygląda w kamerze. Muszę panować nad reakcjami, a czasem trudno jest okiełznać spontaniczność i temperament.
Rozsadzała pani ekran telewizora wraz z Lidią Zamkow.
Nie, to nieprawda. W „Matce Courage" Brechta, w której reżyserując, grała tytułową rolę, ja byłam niemą Katarzyną, jej córką, a ponieważ nagrania zbiegły się z moją chorobą, więc byłam słaba i spokojniutka. Lidia obciążona odpowiedzialnością za wszystko od czasu do czasu wpadała w furię i nawet mnie się dostało. Ale była w tych wybuchach wspaniała i kochała aktorów, mimo że ich często beształa.
Po latach zagrała pani Matkę Courage w spektaklu Laco Adamika. Nie mieliśmy jeszcze wielu doświadczeń z kapitalizmem, wobec którego Brecht  był niezwykle krytyczny.
O, przepraszam, pierwsze symptomy tego systemu wielu ludzi w naszym kraju odczuło boleśnie – bezrobocie, a co za tym idzie, brak środków do życia, ale nie w tym rzecz. Sztuka Brechta jest przede wszystkim protestem przeciwko wojnie, jej okrucieństwom i przeciw fanatyzmowi, który jest często jej zarzewiem.
Czy telewizja dawała duże honoraria?
Na pewno większe niż teatr, ale mniejsze niż film. Żeby kupić przyzwoity samochód, trzeba było zagrać kilka dużych ról, a takie okazje nie zdarzały się zbyt często, przynajmniej w Krakowie.
Pani krytyczne uwagi na temat własnej urody robią wrażenie kokieterii,  zwłaszcza jak się ogląda „Skiza" Zapolskiej w reżyserii Olgi Lipińskiej.  To przecież manifest pani kobiecości.
Ach, to zasługa pani charakteryzatorki z warszawskiej telewizji, która uparła się, że zrobi ze mnie piękną kobietę, i chyba się jej udało, skoro pan tak uważa. A w spektaklu Barbary Sałackiej „Moje prawo do życia", również zrealizowanym w warszawskiej telewizji, wcieliłam się w postać Josephiny Baker i to dopiero było mistrzostwo świata charakteryzacji. Wracając do „Skiza", Lulu to moja ulubiona rola. Bardzo dobrze porozumiałyśmy się z Olgą, mimo iż ona również należy do kobiet „wulkanów".
Powiedzmy o Florencji z „Lorenzaccia" Laco Adamika i Agnieszki Holland.
Niezwykła, artystyczna, prawie „filmowa" przygoda. Nieprawdopodobnie dynamiczne kamery, duże zbliżenia. Rola Margrabiny Cibo pełna emocji, a ja musiałam je dusić, ukrywać, a w środku dygotać. Podobną dynamikę pamiętam z telewizyjnego zapisu „Wyzwolenia" Wyspiańskiego – ostatniej  wielkiej inscenizacji Konrada Swinarskiego.
W „Ryszardzie III" wystąpiła pani z Andrzejem Sewerynem.
Praca z wybitnym artystą zawsze sprawia satysfakcję, ale między nami było coś więcej – jakieś doskonałe porozumienie, coś, co zaistniało poza tekstem. Szkoda, że spotkaliśmy się tylko raz jako partnerzy.
Z Ignacym Gogolewskim, z którym otrzymała pani Nagrodę Wielką, wystąpiła pani też tylko raz w „Nocy czerwcowej" Wajdy.
To było krótkie, ale sympatyczne spotkanie. Niestety, bardzo pogryzły nas komary. Zdjęcia kręciliśmy w Natolinie, jesienią.
Była to pani przedostatnia rola w Teatrze Telewizji. Później zaproszono panią tylko do „Księcia Nocy" Marka Nowakowskiego.
Do jednej sceny, ale pięknej, lirycznej. Zagrałam matkę bohatera, którego kreował Janek Frycz. To jeden z moich pierwszych studentów. Zawsze miałam do niego słabość. Utalentowany i piękny. Wspaniały aktor!
Jest pani zadowolona z kondycji Teatru Telewizji?
Nie. I naraziłam się, mówiąc, że telewizyjna scena umiera pod presją komercji. Jeśli w ciągu ostatnich kilkunastu lat trafiłam na dwa, może trzy spektakle, które zrobiły na mnie wrażenie – to wszystko.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA