fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Ryzyko to nasza specjalność

TW-ON, Krzysztof Bieliński Krzysztof Bieliński
Dyrektor naczelny Waldemar Dąbrowski wyjaśnia, dlaczego najbliższy sezon w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej będzie czasem wyjątkowych wyzwań
Czy po latach spędzonych w gabinecie dyrektora Opery Narodowej kolejny sezon jest dla pana wyzwaniem, czy normalnym terminem w kalendarzu? Zobacz galerię zdjęć
Waldemar Dąbrowski: Odrzućmy słowo: normalność w działalności instytucji kulturalnej, a zwłaszcza w teatrze operowym, tu splot działań wielu różnych zespołów ciągle zaskakuje. A mówiąc poważnie: każdy sezon jest wyzwaniem, zwłaszcza gdy w Operze Narodowej wiemy, w jakim punkcie się znajdujemy i dokąd mamy ambicje zmierzać. Ten nadchodzący niesie szczególne wyzwania z dwóch przynajmniej powodów. Pierwszy to 250-lecie teatru narodowego w Polsce, którego historia zaczęła się od dramatu, ale król Stanisław August Poniatowski repertuar operowy uczynił integralną częścią działalności narodowej sceny.
A w wieku XIX opera odegrała szczególną rolę w umacnianiu tożsamości Polaków. Przywiązuję dużą wagę do tej rocznicy i z pewnością porozumiem się z dyrektorem Teatru Narodowego, Janem Englertem, by obie nasze instytucje wspólnie ją świętowały. Sezon 2013-2014 jest jednak również trudny z powodu wyjątkowo ambitnego zestawu premier operowych. Rozpoczynamy od „Diabłów z Loudun" Krzysztofa Pendereckiego. Kompozytor napisał 147 stron nowej muzyki, nie wydłużając dzieła.
Był pan na premierze nowych „Diabłów z Loudun" w Operze w Kopenhadze?
Oczywiście i po raz pierwszy po przedstawieniu XX-wiecznej opery widziałem taką „standing ovation" autentycznie wzruszonej publiczności. „Diabły z Loudun" uznano tam za arcydzieło. Wiążę z tym spektaklem duże nadzieje, przygotowała go świetna ekipa realizatorów z reżyserem Keithem Warnerem, dyrygentem Lionelem Friendem i scenografem Borisem Kudličką.
Kiedy w latach 70. w Teatrze Wielkim w Warszawie nad „Diabłami z Loudun" pracował Kazimierz Dejmek, ówczesne władze obawiały się tego przedstawienia. Dyrekcja zaprosiła więc kościelnych hierarchów, a gdy ci wyrazili aprobatę, wydano zgodę na premierę.
Krzysztof Penderecki opowiadał mi zaś, że wstawiał się za nim u władz prymas Stefan Wyszyński. Ta opera nadal budzi emocje, co tylko potwierdza jej wyjątkową wartość. Entuzjastyczne przyjęcie w Kopenhadze bardzo mnie podbudowało, mam nadzieję, że podobnie będzie u nas, zwłaszcza że tą premierą otworzymy obchody 80. urodzin Krzysztofa Pendereckiego.
Ale pan jako dyrektor ryzykuje podwójnie, kilka miesięcy później na głównej scenie pojawi się „Moby Dick", prapremiera innej polskiej opery współczesnej – Eugeniusza Knapika.
Jak zauważył jeden z zachodnich recenzentów, pisząc o planach Opery Narodowej, wykazujemy się wyjątkową odwagą. Z tym zestawieniem premier wiąże się pewne ryzyko, ale tak należy postępować, skoro we współczesnej muzyce polskiej Eugeniusz Knapik zajmuje miejsce zaraz po Lutosławskim, Góreckim czy Pendereckim jako przedstawiciel kolejnego pokolenia twórców. Być może wypróbujemy cierpliwość wiernej publiczności, ale damy też satysfakcję tym, którzy nieustannie szukają czegoś nowego. Powiem więcej, misją Opery Narodowej jest również otwarcie się na artystów eksperymentujących. Powinniśmy przyglądać się grupie młodych utalentowanych twórców, których utwory wypełniają obecnie programy festiwali muzyki współczesnej. Stąd zrodził się „Projekt 'P'", który będziemy kontynuować. Nie bójmy się inwestować w artystyczne zdarzenia, które często pozostają tajemnicą, dopóki się nie urzeczywistnią na scenie. Może tak narodzi się nowa wartość.
Współczesność uzupełnią kolejne spektakle „Qudsji Zaher" Pawła Szymańskiego.
Chciałbym utrzymać tę operę w repertuarze, dlatego sprawdzimy, jak będzie żyła, gdy opadły już emocje towarzyszące prapremierze. „Qudsja Zaher" spotkała się z bardzo życzliwym na ogół przyjęciem, zobaczymy, jak obroni się w codziennym życiu teatralnym.
Inne premiery też można uznać za wyjątkowe. „Zamek Sinobrodego" Béli Bartóka, a zwłaszcza „Jolanta" Piotra Czajkowskiego to tytuły rzadko pojawiające na polskich scenach.
A ja myślę, że warto szykować się na ten wieczór w reżyserii Mariusza Trelińskiego, uświetniony dodatkowo znakomitą obsadą i pod kierownictwem Walerego Gergiewa. Jest to koprodukcja z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Obie opery nie schlebiają masowym gustom, ale za to poszerzają repertuar, z jakim może obcować publiczność Opery Narodowej.
Można to też powiedzieć o „Lohengrinie" Richarda Wagnera.
To także koprodukcja, tym razem z Walijską Operą Narodową  kolejne dzieło Wagnera na naszej scenie po baletowym „Tristanie" oraz „Latającym Holendrze". Konsekwentnie niwelujemy dotkliwą lukę, jako że twórczość tego kompozytora była u nas nieobecna z wyjątkiem okazjonalnie pokazywanej „Walkirii".
Z propozycjami operowymi kontrastują propozycje Polskiego Baletu Narodowego, który na nowy sezon wybrał utwory bardzo znane.
Tak, ale o ile „Don Kichot" będzie klasyczną propozycją, to „Romeo i Julia" w autorskim ujęciu Krzysztofa Pastora połączy klasykę z nowoczesnością. Zapewne obie premiery się spodobają, bo warszawska publiczność lubi fabularne przedstawienia baletowe. A atmosfera towarzysząca dokonaniom Polskiego Baletu Narodowego jest życzliwa. Całkiem zasłużenie zresztą, niedawno ukazała się bardzo pozytywna recenzja w „New York Timesie", odkrywająca przy okazji tradycje polskiego baletu. Świetnie też zostały przyjęte występy zespołu na festiwalu w Houston, ale to owocują rezultaty pracy u nas Krzysztofa Pastora, choć on również nie unika wyzwań. Przyznam się, że z obawami przystałem na prezentację trzech wersji „Święta wiosny" w jednym wieczorze. Bałem się, że widz tego nie wytrzyma, a spektakl jest znakomicie przyjmowany. Przy okazji potwierdziło się, jak warstwa wizualna determinuje odbiór muzyczny. Wydawało się, że przy każdej choreografii słuchamy innego opracowania, tymczasem dyrygent Łukasz Borowicz nie zmienił u Strawińskiego ani jednej nuty, ani jednego tempa.
Naprawdę po tylu spędzonych tu sezonach nie ma pan poczucia pewnej stabilizacji?
Mam. Nawet jeśli są kłopoty, jeśli chciałoby się mieć większy budżet, aby można było zapraszać do udziału w spektaklach gwiazdy, to z drugiej strony warto pamiętać, że nasza dotacja jest wyższa niż kiedykolwiek. Pracujemy nad kolejnymi sezonami, mając za partnerów Covent Garden, Teatr Maryjski czy festiwal w Bregencji, wiele z tych projektów sami inicjujemy, a nie tylko dołączamy do innych. Bardzo ważna jest kontynuacja pracy z młodymi talentami wokalnymi w Akademii Operowej w europejskiej sieci ENOA, po ostatnim Konkursie Moniuszkowskim chcemy ją nieco modyfikować. Za nasz program edukacyjny dostaliśmy nagrodę od władz Warszawy. Mam nadzieję, że będzie rozwijać się Galeria Opera poświęcona tym twórcom, którzy położyli fundament pod nowoczesność w polskiej sztuce po 1956 roku. Ich obrazy czy rzeźby trudno spotkać dziś w naszych muzeach i galeriach. Ten sezon kończymy wspaniałą wystawą obrazów Tadeusza Dominika, na grudzień szykujemy ekspozycję prac Stanisława Fijałkowskiego, potem wiosną będą wystawy Jerzego Mierzejewskiego i Jerzego Tchórzewskiego. Premierze „Diabłów z Loudun" towarzyszyć ma prezentacja partytur kompozytora oraz ekspozycja zapowiadająca się nader atrakcyjnie: „Salvador Dali u Pendereckiego", których szczegółów na razie nie zdradzę
rozmawiał Jacek Marczyński
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA