fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Wyrok w sprawie Beaty Sawickiej wywołał dyskusję

Marek Domagalski
Fotorzepa, Waldemar Kompala Waldemar Kompala
Sąd Apelacyjny, wydając wyrok w sprawie Sawickiej, zrobił kolejny wyłom, który utrudnia nam zrozumienie, jakimi zasadami kierują się niektórzy polscy sędziowie – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.
Wyrok w sprawie Beaty Sawickiej wywołał dyskusję o granice stosowania metod operacyjnych. Równie ważne, jeśli nie ważniejsze, są jednak granice władzy sędziowskiej, które moim zdaniem skład orzekający spektakularnie przekroczył.
Przyjmując nawet najbardziej wzniosłą wersję motywacji sędziów (troskę o to, by niewinny, o nic niepodejrzewany obywatel nie stał się przedmiotem inwigilacji i prowokacji tajnych służb), widać wyraźnie, że to rozumowanie się nie broni.
Nawet podejrzany, nawet przestępca, nie musi przecież popełnić kolejnego przestępstwa. Chcąc być konsekwentnym, należałoby więc zakwestionować w ogóle inwigilację, policyjne prowokacje.

Wziąłeś – jesteś przestępcą

Tego Sąd Apelacyjny nie zrobił. Sam nie jestem fanem takich metod, ale nie chciałbym, żeby sędziowie zastępowali parlament, stanowili prawo, a zbyt często takie polityczne inklinacje można u nich dostrzec. Świadomie czy nie, wdzierają się w kompetencje innych władz.
Tymczasem nie jesteśmy republiką sędziów. Sądy mają ostatnie słowo tylko w wyznaczonych im sprawach spornych, a stanowienie prawa, ustanawianie procedur do nich nie należy.
Przypomnijmy podstawową zasadę na urzędzie sędziego – sędzia orzeka na podstawie tego, co ma na stole sędziowskim, i tylko w tych granicach. Nie umoralnia, nie politykuje, tylko wydaje wyrok. Poprawny wyrok jest zwykle tak klarowny dla ogółu (publiczności) i oczywisty jak to, że dwa razy dwa równa się cztery. Spotykamy wprawdzie ludzi, którzy w to wątpią, poszukują innej logiki – ale ci nie powinni być sędziami. Publicystami także nie.
Z tej perspektywy sędzia w zasadzie nie ma władzy (jest ustami ustawy, sprawiedliwości), sędzia odkrywa narzucający się niemal naturalnie wyrok. Zamówiłeś np. 1000 sztuk cegły po 1 zł za sztukę, odebrałeś, to płać 1000 zł plus ewentualnie odsetki za opóźnienie. Tak samo jest z łapówką: wziąłeś – jesteś przestępcą, chyba że myślałeś, że to np. zabawa. Nikt jednak nie twierdzi, że telewizyjny obrazek spotkania na ławeczce w parku koło Sejmu, gdy Beata Sawicka przyjmowała pieniądze, to była zabawa. Na to, jak mówił Cicero, nawet krowy by się nie nabrały.
Kwestia, jak CBA te dowody zdobyło, jakimi kierowało się motywami, ma wtórne znaczenie dla procesu Sawickiej. Może mieć znaczenie dla oceny CBA i jego funkcjonariuszy, ale to nie był proces CBA, lecz Sawickiej. Zresztą Sąd Apelacyjny nie powiedział, by po stronie CBA były polityczne motywacje (choć ten czy ów obywatel może oczywiście uważać inaczej). Sędzia Paweł Rysiński mówił o „moralnej i etycznej odpowiedzialności” za przyjęcie 100 tys. zł od agentów CBA. Rzecz w tym, że to też nie było przedmiotem sprawy: sąd nie jest od wystawiania ocen moralnych, a jeśli już, to jest to jego zupełnie uboczne zajęcie.

W roli ustawodawcy

Waga wyroku w sprawie Sawickiej polega na czym innym. Sąd zdyskwalifikował dowody jako tzw. owoce zatrutego drzewa, choć nie miał do tego prawa, nawet jeśli drzewo (działania CBA) było zatrute. W Polsce nie stosujemy amerykańskiego wynalazku: zakazu uwzględniania dowodów zdobytych z naruszeniem prawa. Przemawia za tym szereg argumentów, w tym ten, że nieraz pozwalają one ustalić i skazać przestępcę czy wykazać czyjąś niewinność. Sądowi np. cywilnemu w sprawie rozwodowej nie przyjdzie do głowy kwestionować dowody, które żona zdobyła na niewierność męża, naruszając jego prywatność czy włamując się do jego biura.
Owszem, sąd może nie dać wiary takiemu czy innemu dowodowi, może nie dać wiary dowodom w ogóle, rzecz w tym, że SA ich nie zakwestionował, nie miał wątpliwości, że Sawicka przyjęła łapówkę, zakwestionował natomiast zakres uprawnień CBA – to, że mógł te dowody zgromadzić.
To jest zaś materia ustawowa. Jeśli Sąd Apelacyjny ocenił, że model postępowania i procedury CBA są złe, bo nie zapewniają gwarancji osobom nimi objętym, to mógł wystąpić (na podstawie art. 441 kodeksu postępowania karanego) do Sądu Najwyższego o rozstrzygnięcie tej kwestii. Mógł też na podstawie art. 193 konstytucji zwrócić się do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem o konstytucyjność procedur stosowania prowokacji.
SA nie miał – jak widać – żadnych wątpliwości i sam ogłosił precedensowy wyrok. O ile w głośnym uzasadnieniu w sprawie kardiochirurga Mirosława G. sędzia Igor Tuleya, porównując metody CBA do stalinowskich, pozwolił sobie na swego rodzaju publicystykę, formalnie dopuszczalną, o tyle w tej sprawie oceny Sądu Apelacyjnego miały skutki procesowe – uniewinnienie Sawickiej.
SA miał inne możliwości krytyki, choćby na wzór sędziego Tulei. Mógł też skorzystać z jakiejś formy łagodniejszej kary. A tak zrobił jeszcze jeden wyłom, który utrudnia nam zrozumienie, jakimi zasadami kierują się niektórzy polscy sędziowie.
Miejmy nadzieję, że nie każą nam czekać miesiącami na pisemne uzasadnienie i na sprawę przed Sądem Najwyższym, który powinien mieć szansę w tej sprawie się wypowiedzieć. Bo jeżeli nie w tej, to w jakiej miałby zabierać głos ?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA