fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Życie Krakowa

Bartosz Kapustka: Mam szczęście do ludzi

Fotorzepa, Bartosz Jankowski
Zawsze chciałem wygrywać, nieważne czy na podwórku, czy w oficjalnym meczu, i nigdy nie zadowalałem się tym, co mam – mówi Bartosz Kapustka, reprezentant Polski

"Rzeczpospolita": Przed panem chyba dwa najważniejsze miesiące w karierze. Z Cracovią po raz pierwszy zagra pan o europejskie puchary, a później mistrzostwa Europy we Francji. Anglicy mają takie powiedzenie: czas oddzielić chłopców od mężczyzn. Okaże się pan 19-letniem mężczyzną?

Bartosz Kapustka: Mam nadzieję, że tak. Te kilka zbliżających się tygodni, to zdecydowanie najważniejszy moment w mojej dotychczasowej karierze. W tej chwili koncentruję się przede wszystkim na Cracovii i na wyzwaniach, jakie stoją przed nami. Szczególnie że mam świadomość, iż moje występy w lidze są ściśle monitorowane przez selekcjonera reprezentacji Adama Nawałkę i przez jego sztab. I wiem, że moja gra w lidze będzie kluczem do tego, bym został zaproszony do udziału we francuskim Euro.

Cracovia szansę na tytuł ma raczej marną, Piast Gliwice, a przede wszystkim Legia Warszawa chyba jednak odjechały zbyt daleko. Ale awans do europejskich pucharów byłby w waszym wykonaniu sukcesem.

No jasne, że tak. Dla nas już pewnym osiągnięciem jest fakt, że zapewniliśmy sobie miejsce w grupie mistrzowskiej kilka kolejek przed końcem sezonu zasadniczego. Awansować do europejskich pucharów to byłaby piękna sprawa, ale mamy wszyscy świadomość, że łatwo nie będzie. Zagłębie Lubin wiosną gra bardzo fajną piłkę, Pogoń Szczecin ma też ochotę dostać się do Europy. Na nas nie ciąży jakaś wielka presja, ale z całą pewnością będziemy walczyć.

Utarło się jednak, że to trzecie miejsce w lidze i przebijanie się do Europy przez wstępne rundy kwalifikacyjne gdzieś w odległym Azerbejdżanie, to dla naszych klubów częściej problem niż nobilitacja.

Nasi kibice nie byli ostatnimi laty przez nas rozpieszczani. Cracovia raczej balansowała między ekstraklasą a I ligą, zazwyczaj do samego końca walczyła o utrzymanie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na pewno nie będziemy teraz rozmyślać o tym, że przyjdzie nam się przebijać przez rundy wstępne pucharów. Naszym kibicom należy się gra o pełną pulę.

Pytanie tylko, czy pan będzie w ogóle w tych ewentualnych wyprawach do Azerbejdżanu uczestniczył?

Sprawa jest otwarta. Oczywiście gdzieś z tyłu głowy cały czas mam, że w czerwcu mogę z Cracovii odejść. Ale to jest oczywiście uzależnione od mnóstwa czynników. Od tego, czy pojadę na Euro, czy będę zdrowy, w jakiej będę formie.

Od nazw klubów, które są panem zainteresowane, można dostać zawrotu głowy: Juventus, Borussia Dortmund, Inter Mediolan, co tydzień pojawiają się nowe plotki. Jest pan w ogóle w stanie się od tego odciąć?

Oczywiście, że słyszę te głosy i plotki, trudno jest od tego uciec. Ale w ostatnim okresie bardzo się staram, żeby w tą atmosferę spekulacji nie wsiąknąć. Staram się ograniczać czas spędzany przed komputerem, w internecie. Mam wokół siebie fajnych ludzi – moją dziewczynę, znajomych. Po co siedzieć przed komputerem i czytać to wszystko, skoro mogę czas spędzać z nimi.

Siłą rzeczy przy nazwie Juventus musi się jednak pojawiać gęsia skóra.

Ależ oczywiście, że jest mi bardzo miło gdy widzę taką informację. Ale nie mam równocześnie często pojęcia, czy to tylko wymysł dziennikarzy, czy jednak coś jest na rzeczy. To są tematy, o których mogę rozmawiać z moim menedżerem. To on mi przekazuje informacje, które są sprawdzone i prawdziwe. Ja sam się jednak nie dopytuję, nie zwracam się do niego z prośbą o weryfikację każdej plotki, która się pojawi.

Zdarzało się, że przed meczem dostawał pan informację typu: dziś oglądać cię będzie wysłannik Borussii Dortmund czy innego wielkiego klubu? Tzn., czy zdarzało się panu grać ze świadomością, że mecz to okno wystawowe?

Powiem panu szczerze: zdarzało się dość często, że wydzwaniali do mnie przed meczami ligowymi czy reprezentacji młodzieżowych przeróżni agenci z informacjami, kto też przyjechał mnie oglądać. Żeby było ciekawiej byli to menedżerowie, z którymi nie miałem podpisanej żadnej umowy, więc zupełnie nie wiem, po co to robili. Ale zapewniam, że nigdy w trakcie meczu, czy na zgrupowaniu w hotelu przed spotkaniem, nie rozmyślałem o tym, że ktoś mnie będzie oglądał i oceniał w trakcie spotkania.

Nie chce mi się wierzyć, że dla nastolatka takie sprawy nie mają żadnego znaczenia.

Oczywiście, że bywało ciężko. Telefon rozgrzewał się do czerwoności i bywało to bardzo uciążliwe. Jako dzieciak marzyłem o tym, by zagrać chociaż raz w reprezentacji, a nagle wszystko potoczyło się tak szybko. Zanim zdążyłem o tym zacząć poważnie myśleć jako piłkarz seniorów, przyszło powołanie. To było dla mnie szokujące. I nagle wokół mnie rozpoczął się ten cały szum.

Czego efektem była wizyta w nocnym klubie Frantic i bójka.

Nie chcę o tym już mówić, szczególnie że wielokrotnie już się do tamtego wydarzenia odnosiłem. Niepotrzebna historia, ale z perspektywy czasu jednak też bardzo pouczająca.

Mówił pan o fajnych ludziach, którzy pana otaczają. Wydaje mi się, że na niwie zawodowej też ma pan szczęście do ludzi. Selekcjoner Nawałka, trener Cracovii Jacek Zieliński czy Mateusz Cetnarski, z którym gra pan w jednym zespole. To są wyjątkowe postaci w tym środowisku.

Mam niesamowite szczęście do ludzi. Wszyscy trenerzy, na których trafiałem w Cracovii, byli niesamowicie ważni. Wojciech Stawowy, który mnie – wówczas 15-latka – włączył do kadry pierwszego zespołu, przecież to się nie zdarza zbyt często. Później Robert Podoliński, który jako pierwszy na mnie odważnie postawił. No i teraz Jacek Zieliński, który wymyślił dla mnie nową pozycję i który nauczył mnie wielu rzeczy. Jestem teraz dzięki nim wszystkim lepszym piłkarzem. O Adamie Nawałce nawet nie wspomnę.

Ten szybki awans to kwestia talentu czy pracy?

Szybko zacząłem uchodzić za talent, jeszcze w Tarnowie. Mam mnóstwo statuetek i wyróżnień z rożnych turniejów dla dzieci i juniorów, czy to na hali czy na otwartym boisku. Ale w pewnym momencie, gdy miałem 13–14 lat, nie łapałem się nawet do pierwszego składu reprezentacji Małopolski. W reprezentacji Polski do lat 16. rozegrałem zdaje się jeden mecz, a później kolejne powołanie przyszło dopiero do U-19. W juniorskich kadrach mam niewiele więcej występów niż w pierwszej reprezentacji. Gdyby pan spytał wtedy trenerów w juniorach, kto z nas jako pierwszy zagra w dorosłej reprezentacji, to wątpię, by wielu wskazało właśnie mnie. Do talentu musiałem dołożyć ciężką pracę. Ten przeskok zaczął się dokonywać, gdy trener Stawowy wziął mnie do seniorów. Zawsze chciałem wygrywać, nieważne czy na podwórku, czy w oficjalnym meczu, i nigdy nie zadowalałem się tym, co mam. Zawsze chciałem więcej. To mi z całą pewnością pomogło.

W reprezentacji jest pan najmłodszy. Nosi pan sprzęt?

Czasy się zmieniły, to jest reprezentacja Polski, mamy koncentrować się tylko na piłce. Ale oczywiście, gdy pierwszy raz przyjechałem na zgrupowanie kadry, przed pierwszym treningiem chciałem wziąć piłki i zanieść je na boisko. Koledzy spojrzeli jednak na mnie i powiedzieli, żebym dał spokój. Że są od tego ludzie. Później wróciłem do Cracovii, gdzie wciąż jestem jednym z najmłodszych w zespole, i dalej noszę sprzęt. I nie mam z tym żadnego problemu.

Jak to wygląda od środka? Czyim zespołem jest reprezentacja Polski? To drużyna Roberta Lewandowskiego?

Przede wszystkim jest to drużyna Adama Nawałki. On zaraża wszystkich energią i robi niesamowitą atmosferę wokół zespołu. Emanuje pozytywnym myśleniem i wszystkich tym zaraża. Jasne, w zespole grają świetni piłkarze, ale to jest zespół Nawałki.

W trakcie poprzednich mistrzostw Europy miał pan 15 lat. Pamięta pan je?

Oczywiście, że tak. Razem z kolegami i znajomymi oglądałem mecze na telebimach i niesamowicie to wszystko przeżywałem. Nie wyszło, szkoda, teraz trzeba zmazać tamtą plamę.

To jednak trochę dziwne, że cztery lata temu oglądał pan na telebimach Lewandowskiego, Piszczka czy Błaszczykowskiego, a dziś jest pan z nimi w jednym zespole.

Pierwszy raz do reprezentacji zostałem powołany przed meczem z Gibraltarem we wrześniu. W czerwcu kadra grała w Gdańsku z Litwą, a ja ten mecz oglądałem razem z kolegą z Cracovii Mateuszem Wdowiakiem z trybun jako kibic. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że w następnym meczu kadry zagram i że strzelę gola, to bym w życiu nie uwierzył.

—rozmawiał Piotr Żelazny

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA