fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zadania

Szpitale przyjmują chorych niewymagających hospitalizacji

Adobe Stock
Żeby zmieścić się w budżecie, szpitale przyjmują osoby niewymagające hospitalizacji, a łóżka wpisują jako dostawki.

Obowiązujące od początku roku normy zatrudnienia pielęgniarek miały pacjentom gwarantować bezpieczeństwo, a personelowi godne warunki pracy. Niestety, dyrektorzy szpitali szybko znaleźli sposób na obejście przepisów, zgodnie z którymi na każdym oddziale niezabiegowym na jedno łóżko szpitalne powinno przypadać 0,6 pielęgniarki, a na oddziale zabiegowym i pediatrycznym – 0,7.

Pielęgniarki z Podkarpacia donoszą, że ich szefowie w oficjalnych dokumentach wykazują mniej łóżek, a pozostałe traktują jako dostawki. W ten sposób chronią się przed zatrudnianiem dodatkowego personelu.

– Docierają do nas informacje o „bankach łóżek" do dyspozycji oddziałowych. Miałyby je dostawiać do sal obok łóżek wykazanych w umowach z NFZ – mówi Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych (OZZPiP).

Patologie na oddziałach

I dodaje, że przepis, który miał zapobiegać patologiom, takim jak jedna pielęgniarka na nocnym dyżurze biegająca między salami chorych, nie powstrzymał kreatywności zarządzających szpitalami.

– Nie interesuje ich zdrowie pacjentów ani to, że dostawiając kolejne łóżko do sali z założenia trzyosobowej, zagęszczamy pacjentom przestrzeń, którą zgodnie z przepisami mają mieć wolną od łóżek – mówi Krystyna Ptok. – Prezydium związku podjęło uchwałę, że w raporcie pielęgniarskim będziemy wpisywać tylko łóżka statutowe, bo przecież normy nie zostały określone dla dostawek – dodaje Ptok.

Związkowcom nie podoba się też, że dyrektorzy nie wykazują w dokumentach np. łóżek neurologicznych, na których leżą osoby po udarze. Zdaniem OZZPiP powinno się wobec nich stosować przelicznik 1:1, czyli na jednego chorego powinna przypadać jedna pielęgniarka, a nie, jak w części lecznic – 0,6.

Kreatywność dyrektorów nie dotyczy wyłącznie norm zatrudnienia. Od lat nierozwiązany pozostaje problem zatrzymywania chorych w szpitalach dłużej, niż wymaga ich stan zdrowia. Szczególnie w szpitalach pediatrycznych spowodowany jest tym, że w wielu przypadkach NFZ płaci za procedurę, tylko gdy pacjent jest hospitalizowany co najmniej trzy doby.

– Tyle że czasem to konieczność – mówi nam jeden z dyrektorów dużego ośrodka w centralnej Polsce. – Podając chemioterapię zatrzymujemy chorych w szpitalu, choć mogliby wyjść jeszcze tego samego dnia. Powód jest prosty: NFZ płaci tylko za lek, ale jego podanie jest kosztem szpitala. W dodatku często część leku wyrzucamy, bo po podzieleniu na porcje zostaje go za mało, by go komukolwiek podać. A mówimy o specyfikach za grube miliony i o nawet kilkudziesięciu pacjentach dziennie. Żeby wyrównać straty, przyjmujemy pacjenta do szpitala nawet na jeden dzień, bo wycena hospitalizacji jest trzy razy większa niż podania ambulatoryjnego – tłumaczy.

– Czasem wysoki koszt terapii albo diagnostyki, którą można wykonać ambulatoryjnie, po prostu się szpitalowi nie kalkuluje – przyznaje były prezes NFZ Marcin Pakulski, który postulował wyrównanie stawek diagnostyki ambulatoryjnej i szpitalnej w trybie jednego dnia.

Urealnić wyceny

Większość ekspertów uważa, że dyrektorska kreatywność to nie wynik chciwości, ale niedoszacowanych wycen procedur szpitalnych. Dlatego z nadzieją wypatrują wyników przeglądu taryf szpitalnych, którą Ministerstwo Zdrowia miało zakończyć jesienią.

Jak zapowiadał minister Łukasz Szumowski, w efekcie wyceny zostaną urealnione, a leczenie na niektórych oddziałach przestanie być deficytowe.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA