Terroryzm

Ted Kaczynski, Unabomber, wydany policji przez rodzinę

Domena publiczna
Poszukiwanie Unabombera było jednym z najdłuższych i najbardziej pracochłonnych polowań na przestępcę w historii FBI. Przez osiemnaście lat setki agentów federalnych zajmowały się wyłącznie tropieniem śladów człowieka, który za pomocą bomb w przesyłkach pocztowych lub w paczkach podrzucanych wybranym osobom, zabił trzech i zranił 23 ludzi. Eksperci poszukujący Unabombera przeanalizowali ponad 50 tysięcy pozostawionych przez niego śladów i donosów na niego. Końcowy sukces nie był jednak rezultatem pracy agentów FBI, detektywów oraz ekspertów nauki. Domniemanego Unabombera wydała własna rodzina.

20 lat temu, 4 maja 1998 roku, amerykański terrorysta Theodore Kaczynski (znany jako „Unabomber”) został skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Przypominamy archiwalny tekst z tygodnika "Plus Minus"

 

Pozostaje on do najbliższej wiosny w więzieniu federalnym w Sacramento w Kalifornii. Jego proces rozpocznie się pod koniec marca 1997 roku, więc do momentu udowodnienia mu winy jest tylko podejrzanym o czyny Unabombera. Istnieją jednak tysiące dowodów, że to właśnie on zabijał i ranił.

Jedyne wyjście

Gdy Teda (Theodore) J. Kaczynskiego agenci federalni wyprowadzali już w kajdankach z prymitywnej chaty w ostępach leśnych stanu Montana, nikt nie był bardziej zaszokowany widokiem jego twarzy niż jego własna matka, oglądająca scenę, przez kilkanaście dni wiosny tego roku niemal w nieskończoność pokazywaną w telewizji. "Tak. To było straszne przeżycie -- mówi reporterom. -- Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Mój Boże, pomyślałam, on rzeczywiście przekroczył wszystkie dopuszczalne granice. Mój Boże, Ted przepadł".

Jego brat, David Kaczynski: "To był szok, ten obraz Teda wyprowadzanego ze swej chaty, z włosami nie znającymi grzebienia już od dawna, w odzieży strasznie zaniedbanej. Wydało mi się w tym momencie, że dostrzegłem na jego twarzy to dziwne spojrzenie, które było tak bardzo dalekie od wyrazu twarzy człowieka w pełni świadomego. Moje serce wprost ściskało się ze zgrozy na myśl, do jakiego stanu doprowadził się mój brat i co musiał przeżywać w tym strasznym momencie".

Słowa te wypowiadają najbliżsi członkowie rodziny domniemanego Unabombera, którzy byli bezpośrednimi sprawcami wydarzeń, w następstwie których Ameryka odetchnęła z ulgą. Wydał go władzom brat, David Kaczynski, przy bliskim współdziałaniu swej żony Lindy. Wanda Kaczynski nie wyraziła sprzeciwu, by donieść na Teda do FBI. Choć początkowo nie wierzyła w winę swego syna, zgodziła się z Davidem, że nie ma innego wyjścia, tylko podzielić się z policją federalną podejrzeniami, że poszukiwanym przestępcą może okazać się jej dawno nie widziany syn.

Dziś, na kilka miesięcy przed procesem, rodzina ma ciągle do rozstrzygnięcia ogromny problem moralny. Dręczy ich myśl, jak czuje się obecnie Ted Kaczynski, który wie doskonale, że został aresztowany w rezultacie donosu ze strony własnego brata -- jedynego człowieka, który był mu bliski przez długie lata. Próbę ulgi i rozgrzeszenia przynosi jednak Wanda Kaczynski, mówiąc tak: "Cóż innego można było zrobić? Nie mogliśmy ryzykować życia kolejnych ofiar".

Napiętnowany od dzieciństwa

Oto wąska grupa rodzinna, w której rozegrał się niebywały dramat lojalności wobec jednego z jej członków.

Wanda Kaczynski ma 79 lat i choć większość swego życia spędziła w Chicago, przed kilkunastu miesiącami przeniosła się do stanu Nowy Jork, by zamieszkać blisko młodszego syna. Jest inteligentną starszą panią, która przez długie lata, pracując ciężko w Chicago, uczyła się sama, a dyplom ukończenia college'uzdobyła w wieku 51 lat. Jej młodszy syn, David Kaczynski, ukończył Columbia University i przez kilka lat, podobnie jak jego starszy brat Ted, żył sam w chacie wybudowanej na odludziu w Brewster County w stanie Teksas. Obecnie jest pedagogiem i prowadzi przytułek dla bezdomnych dzieci z Schenectady w stanie Nowy Jork. Przeniósł się do tego miasta ze swej chaty i zerwał z życiem pustelnika dla Lindy Patrik, koleżanki z czasów szkolnych, dziś profesor filozofii w tutejszym Union College, którą poślubił w 1990 roku. Odegrała ona niemałą rolę w ujęciu Unabombera.

Wanda Kaczynski mocno wierzy w to, że tragedia jej starszego syna zaczęła się w 1942 roku, w jego wczesnym dzieciństwie. Dokładnie wówczas, gdy miał zaledwie dziewięć miesięcy. Ted był przedtem przeciętnym i zwyczajnym, rozdokazywanym, pełnym energii i radości niemowlakiem. Do czasu gdy musiał pozostać w szpitalu z powodu wyjątkowo dokuczliwego rodzaju dziecięcej pokrzywki. W tamtych czasach lekarze nie pozwalali matce pozostać, tak jak to praktykuje się obecnie, w jednym pokoju szpitalnym z małym dzieckiem. "Pamiętam, jak trzymał się kurczowo kratek łóżeczka, a potem krzyczał i wyciągał do mnie rączki, gdy już byłam w drzwiach -- mówi Wanda Kaczynski. -- Gdy po tygodniu przyszliśmy, bo zabrać go do domu, oddano nam nie tego samego, pełnego radości malca, lecz jakby małą szmacianą kukiełkę. Ted nawet na mnie nie spojrzał, był apatyczny, bezwładny, nieobecny".

Reporterzy, przeprowadzający wywiad z Wandą Kaczynski dla magazynu sieci CBS "60 Minutes", są pełni sceptycyzmu. Przecież niemowlęta chorowały wówczas masowo na pokrzywkę, a następnie na polio, musiały pozostawać w szpitalu bez rodziców, a żadne z nich nie stało się potem socjopatą na skalę taką jak Ted. Matka upiera się jednak i twierdzi, że nie można dzieci porównywać do siebie, że bywają przecież wyjątki.

Zdaniem Wandy Kaczynski, ten incydent na samym początku życia jej syna napiętnował go w jakiś szczególny sposób, odizolował od ludzi. Gdy Ted miał siedem lat, urodził się David. Malec jeszcze bardziej pogrążył się wówczas w samotności. Uciekał na górę do swojego pokoju, zwłaszcza gdy widział samochód na podjeździe i nadchodzących gości. Krzyczał wówczas: "Nie chcę ich widzieć, nie chcę z nikim rozmawiać! " -- i zamykał się w swojej sypialni.

Takim właśnie zapamiętali go najbliżsi sąsiedzi rodziny Kaczynskich w Chicago. Nigdy nie widzieli Teda roześmianego, czy -- jak inne dzieci -- wesołego. Był poważny, zajęty sobą i nauką. Nie wzbudzało to jednak niepokoju rodziców.

Z Berkeley do głuszy

Jako wyjątkowo uzdolniony młody człowiek, ze współczynnikiem inteligencji (IQ) 170, Ted przeskoczył lekko dwie klasy szkoły średniej i jako 16-latek dostał się w 1958 roku do Harvardu, gdzie studiował matematykę. Najbliżsi sąsiedzi z akademika zapamiętali go jako postać całkiem niemal anonimową, nie utrzymującą kontaktów i przyjaźni z nikim. Jedyną okazją do bliższego poznania Teda był konflikt mieszkańców pokoju przez ścianę, którzy nie mogli już znieść przykrej woni wydobywającej się z jego nie sprzątanego pokoju, więc próbowali złożyć mu wizytę. Próby zawsze kończyły się przed zamkniętymi na głucho drzwiami, z Tedem odburkującym nieżyczliwie z wnętrza pokoju.

W Harvardzie, a następnie w University of Michigan, gdzie w 1964 roku uzyskał magisterium, a w trzy lata później doktorat, Ted Kaczynski zdobył sobie jednak reputację wyjątkowo uzdolnionego matematyka, co dało mu ofertę pracy asystenta na wydziale matematycznym Uniwersytetu w Berkeley w Kalifornii. Uczył jednak krótko, od 1967 do 1969 roku. Ku zaskoczeniu swoich przełożonych, przepowiadających mu świetną karierę, zrezygnował z pracy. Kupił kawałek ziemi w głuszy leśnej niedaleko miasteczka Lincoln w stanie Montana, gdzie wybudował prymitywną chatę, bez elektryczności i bieżącej wody.

Na tym etapie życia utrzymywał jeszcze kontakty z rodziną, choć były one coraz rzadsze i przybierały dla rodziców i brata coraz bardziej dziwaczne i bolesne formy. David przez krótki czas mieszkał w tym samym rejonie stanu Montana, w miasteczku Great Falls, niedaleko Lincoln. Któregoś razu postanowił zawieźć rodziców do siedziby Teda. Spotkali jego samochód, jadący akurat w przeciwną stronę. Ted popatrzył na nich pustym spojrzeniem i nawet się nie zatrzymał. Powrócili więc do mieszkania Davida, gdzie zastali Teda siedzącego na kanapie. Pozostawał w tej pozycji od wczesnego popołudnia aż do pójścia spać, nie zamieniając nawet słowa z nikim z obecnych. Następnego ranka był jednak całkowicie innym człowiekiem, radosnym, pełnym energii i rozmownym.

Po raz ostatni wszyscy członkowie rodziny widzieli go pod koniec lat 70. Ted przyjechał do Chicago i otrzymał pracę w fabryce na przedmieściach, gdzie jego ojciec był menedżerem, a David majstrem. Tam właśnie Ted próbował nawiązać znajomość o charakterze uczuciowym z koleżanką z pracy. Uważa się zresztą, że był to jedyny przykład jego zainteresowania płcią odmienną, zauważalny dla innych ludzi. Nie spotkawszy się z wzajemnością, Ted zareagował na swój dramat -- podobnie jak wiele razy wcześniej i później w swym życiu -- na piśmie. Próbował zwalczyć frustrację i upokorzenie dokuczliwym limerykiem, napisanym o obiekcie swych uczuć, który rozkleił w widocznych miejscach w fabryce.

Uczucia Teda stały się sprawą publiczną. David wezwał go do siebie i jako przełożony zażądał zaprzestania tej pisaniny pod groźbą wyrzucenia z pracy. Następnego dnia Ted przykleił kartkę z obelgami pod adresem owej kobiety na stanowisku pracy Davida i wykrzyknął: "I co teraz zamierzasz zrobić"? David odpowiedział: "Ted, idź do domu".

David uwierzył wówczas po raz pierwszy, że coś strasznego dzieje się z jego bratem. Nie skojarzył jeszcze, że pierwszy atak Unabombera (rok 1978) nastąpił zaledwie kilka mil od fabryki, na terenie chicagowskiego Northwestern University, i zaledwie kilka miesięcy przed wyrzuceniem Teda z pracy.

Konflikt ze wszystkimi

Ted wrócił do swojej chaty w Montanie i od tego czasu utrzymywał z rodziną kontakt za pośrednictwem coraz bardziej przykrych w treści, napastliwych listów. Pisał na przykład, że nigdy już nie zwróci się do członków swej rodziny o jakąkolwiek pomoc, nawet w stanie swej największej słabości czy zagrożenia. "Używacie mnie po prostu jako bezbronną d. .. , na której możecie wyładować swoją frustrację. Bo przecież miałem być waszym wzorowym, małym geniuszem". Czynił szczególnie rozmyślne wysiłki, by listami dokuczyć swej matce. Oskarżał rodziców o to, że w dzieciństwie używali w stosunku do niego napastliwego i obraźliwego słownictwa i odtrącali go zupełnie po narodzinach młodszego brata. "Odrzucenie, którego nie szczędzono mi w domu i w szkole, miało również wpływ na stan mego organizmu. Dziwi was zapewne, dlaczego Dave jest o trzy cale wyższy niż ja? Otóż muszę wam wyznać, że przestudiowałem dwie prace, według których odrzucenie przez rodziców w okresie dorastania powoduje zakłócenie procesu wzrostu".

W następnych latach Ted skoncentrował swą uwagę na Davidzie. Oskarżał go o zdradę i opuszczenie dla kobiety. Właśnie wówczas David odnowił znajomość z Lindą Patrik. Ted wpadł niemal w rozpacz, gdy dowiedział się, że jego brat jest szczęśliwy w związku z tą kobietą. Najbardziej dotknęła go wiadomość o małżeństwie brata. "Nie spodziewałem się takich listów -- mówi David Kaczynski. -- Przecież Ted nigdy nie spotkał Lindy, a tu raptem otrzymuję długi list, pełen krytyki pod jej adresem, nie oszczędzający również mnie samego. Z listów przebijało rozczarowanie, że tym związkiem w jakimś stopniu dokonałem zdrady w stosunku do mego brata".

Ted poświęcił ostatnie swoje listy wyznaniu, że teraz już naprawdę nie chce mieć nic wspólnego ze swoją rodziną. "Nic nie usprawiedliwi Twoich przyszłych prób pozostawania ze mną w jakimkolwiek kontakcie" -- napisał do Davida. W jednym z tych listów wyznał, że nie życzy sobie nawet wiadomości w przypadku śmierci matki. Nie przyjechał na pogrzeb ojca w 1990 roku.

David i Linda byli już tak zaniepokojeni stanem psychiki Teda, że w rok później złożyli wizytę psychiatrze i dali mu do analizy dwa jego ostatnie listy. Opinia eksperta: autor listów jest osobą poważnie niestabilną psychicznie, jego stan zaś może się wyrazić w przemocy. Może być groźny dla siebie samego i dla innych ludzi.

Pierwszy trop

Ted nigdy nie spotkał swej bratowej, jednak to właśnie Linda Patrik była pierwszym człowiekiem, który zaczął go podejrzewać. Często mówiła półżartem Davidowi: "Twój brat to szaleniec. Może to on jest Unabomberem? ". Śmiali się z tego oboje. Lecz potem Linda zaczęła dowodzić, że Unabomber atakował właśnie w tych miejscach, gdzie na różnych etapach swego życia mieszkał na krótko Ted.

Kulminacyjny moment podejrzeń przyszedł wówczas, gdy późnym latem 1995 r. Unabomber groźbą nowych ataków zmusił redakcje "The New York Timesa" i "The Washington Post" do publikacji jego manifestu. Linda niemal siłą zaciągnęła Davida do lokalnej biblioteki, gdzie wspólnie przeczytali manifest Unabombera, wymierzony przeciwko współczesnej cywilizacji technicznej i reprezentującym ją ludziom.

Linda przyznała później, że obserwowała, jak Davidowi szczęka opada ze zdumienia. Jego reakcją na lekturę długiego tekstu była wpierw panika, następnie zaprzeczanie, potem znów pewność, że manifest Unabombera przypomina niemal do złudzenia listy Teda, sposób jego wyrażania myśli, a także ogólne zasady jego filozofii życiowej, ilustrowanej zerwaniem z cywilizacją i życiem w samotności.

David miał ciągle nadzieję, że się myli. Liczył na to, że porównanie stylu autora manifestu ze stylem listów Teda wykluczy brata jako osobę podejrzaną. Jednak właśnie to porównanie jeszcze bardziej utwierdzało go w podejrzeniach. David przyznaje: "Mój stan świadomości przypominał wahadło. Jednego ranka zaraz po przebudzeniu analizowałem wszystkie fakty, przemawiające za tym, że Ted jest Unabomberem, a prawda ta jest dla mnie tak bolesna, że po prostu temu zaprzeczam. Jednak już nazajutrz budziłem się z przekonaniem, że był to zły sen, że to wszystko z Lindą wymyśliliśmy".

Aby wreszcie zrzucić z siebie ten balast, David postanowił odwiedzić Teda w Montanie. Linda przekonywała go jednak, że może to być bardzo niebezpieczne; przecież pamięta dziurę po kuli w drzwiach chaty Teda, na którą zwrócił uwagę podczas ostatnich odwiedzin przed dziewięciu laty. David nie zrezygnował jednak z zamiaru. Napisał do brata list z propozycją odwiedzin. Otrzymał pełną gniewu odpowiedź: "Aż mnie dusi poczucie bezsilności i frustracji, że nie jestem jednak w stanie zrzucić z siebie tej całej śmierdzącej rodziny z moich pleców, a zwłaszcza takiej osoby, jak Ty. NIGDY, NIGDY nie chcę widzieć i słyszeć ciebie czy innych członków naszej rodziny".

David i Linda pozostali sam na sam ze swymi myślami. Wpadli wówczas na inny trop. Istniał wyraźny zbieg okoliczności pomiędzy pieniędzmi, jakie w 1994 i 1995 r. wysyłali Tedowi na pokrycie jego rzekomych rachunków medycznych, a następującymi zaraz później kolejnymi atakami Unabombera, w których dwie osoby pozbawił życia. Bomba wybuchała w odstępie od sześciu tygodni do dwóch miesięcy po wysłaniu Tedowi przekazu pieniężnego. Doszli do wniosku, że Ted zużył pieniądze na budowę bomby i podróże do odległych stanów, gdzie mieszkała ofiara Unabombera. David: "Linda na myśl o tym wszystkim wpadła w gniew. Zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli nasze podejrzenia potwierdzą się, jesteśmy w jakimś stopniu współodpowiedzialni za śmierć tych ludzi".

Odkrycie na strychu

David i Linda postanowili działać. Linda zwróciła się do Susan Swanson, swej koleżanki z lat dzieciństwa, pracującej teraz w Chicago jako prywatny detektyw, by pomogła w znalezieniu eksperta, który dokonałby naukowego porównania listów Teda z tekstem manifestu Unabombera. W kilka tygodni później Swanson przekazała im rezultaty analizy. Ekspert twierdził, że istnieje 60 proc. możliwości, że Ted był również autorem manifestu Unabombera.

Wówczas David i Linda doszli do wniosku, że nie można już czekać i ryzykować życie innych ludzi. Postanowili nawiązać kontakt z FBI, nie chcieli jednak, by agenci potraktowali ich w sposób mało poważny, a co gorsza -- postąpili nerwowo i natychmiast oblegli chatę Teda w Montanie. Znów pomogła Susan Swanson, sprowadzając na rozmowę, utrzymaną nadal jeszcze w całkowitej dyskrecji, waszyngtońskiego prawnika Tony' ego Bisceglie, byłego zastępcę prokuratora, znającego dobrze zasady współpracy z FBI.

Podczas gdy prawnik ten zapewnił o gotowości FBI do współdziałania z rodziną Kaczynskich, David, pomagając w przeprowadzce matki z Chicago do Schenectady, znalazł w kufrze na strychu esej napisany przez Teda przed 25 laty. Podobieństwo tego wypracowania do manifestu Unabombera było niewątpliwe. Esej był typowm wyznaniem, wymierzonym przeciwko dwudziestowiecznej technologii, i poruszał niemal wszystkie tematy z manifestu. Koncentrował swą uwagę na szkodliwości rozwoju inżynierii genetycznej, kontroli umysłu i świadomości człowieka poprzez implanty elektrod w mózgu czy elektronicznych systemów zagrażających prywatności ludzi. "Gdy porównałem obydwa teksty, wziąłem głęboki oddech i wyszedłem z domu -- mówi dziś David. -- Sprawa była już naprawdę poważna. To było właśnie to najgorsze, czego się domyślaliśmy".

Spełnia się zły sen

Po dwóch miesiącach śledztwa prowadzonego przez FBI ciągle jeszcze na zasadach całkowitej dyskrecji i nieujawniania nazwisk, agenci federalni postanowili porozmawiać z Wandą Kaczynski. David chciał jak najdłużej ochronić matkę przed straszną prawdą. Nie chciał jej zranić, bał się o jej zdrowie, że w tym wieku nie przetrzyma już tak ciężkiego ciosu.

W pół godziny po rozmowie z Davidem, Wanda Kaczynski spotkała się z agentami FBI. Agenci wzięli z domu łącznie 90 dowodów, w tym listy, eseje pisane przez Teda w okresie szkoły średniej i studiów oraz drewniane pudełko w kszałcie cylindra, które Ted wykonał własnoręcznie w podarunku dla matki. Unabomber konstruował swoje bomby w drewnianych pudełkach, wykonanych własnoręcznie z ogromnym talentem i dokładnością. Wszystkie z nich miały kształt cylindryczny.

W jedenaście dni później FBI aresztowało Teda w drzwiach jego chaty. Nazwisko Kaczynskich dostało się do prasy. Nastąpił prawdziwy najazd mediów na dom matki w Schenectady. Do trzeciej rano bez przerwy dzwonił telefon i dzwonek do drzwi, przez szpary w drzwiach wciskano odręcznie pisane listy z prośbą o pokazanie się przed domem i udzielenie wywiadów. O czwartej rano David i Linda zdecydowali się na wyjście na zewnątrz. Musieli jechać do swego domu, nakarmić głodne koty. Po otworzeniu drzwi spojrzeli w kamery telewizyjne, oślepiające ich swoim światłem. Posypały się pytania do Wandy Kaczynski, czy wierzy w to, że jej syn jest Unabomberem.

David, Linda i Wanda Kaczynski unikali przez ostatnie kilka miesięcy kontaktów z prasą. Dopiero jesienią zgodzili się na obszerny wywiad z wyjątkowo popularnym magazynem sieci CBS "60 Minutes". Postanowili odpowiedzieć na wszystkie pytania i odsłonić nowe fakty z życia swego brata i syna, które mogą być istotne dla uratowania go od kary śmierci. Dziennikarze przypomnieli im jednak, że z taką intencją zderza się bez wątpienia dramat rodzin ofiar Teda-Unabombera, który zabił trzy razy, a ciężko zranił 23 osoby.

David Kaczynski do rodzin wszystkich ofiar wystosował list wyrażający głęboki żal i przeprosiny za to, co uczynił jego brat. Teraz w grę wchodzi dylemat -- czy w przypadku skazania Teda na śmierć David będzie miał krew brata na swoich rękach? Nie ulega bowiem wątpliwości, że bez jednoznacznego rozstrzygnięcia moralnych wątpliwości i podsunięcia Teda agentom FBI setki ludzi do dziś tropiłyby Unabombera, być może ze skutkiem właśnie takim, jak w ciągu ostatnich osiemnastu lat bezowocnych poszukiwań.

Reporterzy przypominają też Davidowi i Lindzie, że "wystawieniem" Teda spełniają warunki do otrzymania nagrody jednego miliona dolarów, przyrzeczonej przez FBI każdemu, kto doprowadzi do aresztowania i skazania Unabombera. Obydwoje odpowiadają, a wtóruje im Wanda Kaczynski, że odtrącają jakąkolwiek dyskusję o tej nagrodzie. Dawno już bowiem postanowili, że nie będą czerpać korzyści materialnych z tragedii Teda. Ten milion uważają za pieniądze splamione krwią.

David Kaczynski jest człowiekiem zbyt subtelnej natury, by wprost domagać się od społeczeństwa i władz wymiaru sprawiedliwości ocalenia głowy Teda. Na zasadzie -- coś za coś. W zamian za uczynienie przez siebie, swą matkę i żonę ogromnego wysiłku psychicznego i rozwiązanie dylematu moralnego, w rezultacie którego nastąpiło aresztowanie mieszkańca leśnej chaty w Montanie, a bomby przesyłane w paczkach przestały wreszcie wybuchać. David Kaczynski przypomina również społeczeństwu o istnieniu ludzi chorych psychicznie, którzy czasem zabijają. Podobnie, jak czasem popełniają zbrodnię również ludzie psychicznie zdrowi. Czy społeczeństwo powinno odpowiadać morderstwem?

--------------

W tekście wykorzystano wypowiedzi członków rodziny Teda Kaczynskiego, zawarte w programie sieci CBS "60 Minutes".

- Tadeusz Wójciak z Buffalo

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL