fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Jak odkryć stary biznes na nowo?

ROL
Co odkrywczego jest w produkowaniu kapeluszy, skarpetek, torebek, a nawet w wydawaniu książek? Okazuje się, że biznesem starym jak świat można podbić świat. W efekcie po kapelusze z polskich firm dzwonią klienci z RPA, skarpetki zdobią stopy stylowych nowożeńców ze Stanów, a do podrabiania tych właśnie torebek biorą się… chińscy producenci.

Skarpetki mogą (a nawet powinny) być kolorowe i nie do pary. Adrian Morawiak i Maciej Butkowski doszli do tego wniosku przed dwoma laty. Dziś są właścicielami prosperującej firmy Many Mornings, która rocznie sprzedaje 15 tys. par „odlotowych" skarpet.

Tekst pochodzi z Magazynu Sukces

Aleksandrów Łódzki to polskie zagłębie skarpetkowe. Rodzice Adriana mają tam dziewiarnię i?od przeszło ćwierć wieku produkują to, co stopom najbliższe. – Zwyczajne, standardowe pary – opowiada Adrian, który właściwie wychował się w zakładzie. A kiedy trochę podrósł, zaczął sam robić skarpetki. Dla siebie. Bawił się, eksperymentował, wymyślał śmieszne wzory. Zauważył, że ludzie w autobusie zwracają na nie uwagę. – Jedni mówili, że są hipsterskie, inni, że chcieliby takie nosić – wspomina. No, to może wyprodukować ich więcej i spróbować sprzedać? Któregoś dnia podzielił się tym pomysłem ze swoim przyjacielem Maćkiem, studentem fotografii w łódzkiej Filmówce. A ten od razu złapał bakcyla.

Pierwszy wzór skarpet Many Mornings wypuścili przed Gwiazdką w 2014 r. Nazwa Fish & Scales była uzasadniona: jedną skarpetkę zdobiły ryby, drugą – łuski. To był strzał w dziesiątkę. Seria sprzedała się błyskawicznie, a oni doszli do wniosku, że jeśli produkować skarpetki, to tylko takie – kolorowe i asymetryczne, czyli nie do pary. Niby jedna do drugiej nie pasuje, a jednak coś je łączy. Wspólny temat, choć wyglądają zupełnie inaczej, np. na jednej są psy, a na drugiej kości, albo jedną zdobią tukany, drugą – obrazki z dżungli. Zachęcali na stronie internetowej: „Masz prawo poczuć się niebanalnie. Zamień szare, zaspane poranki na dżunglę kolorów, odznacz się skarpetą!".

Dziś przyznają, że ten pomysł otworzył przed nimi świat. Dwa lata temu startowali od zera (pierwszy wzór wyprodukowali na maszynie ojca Adriana). Teraz skarpetki Many Mornings są dostępne w ponad 60 wersjach. A oni stale powiększają swój zakład (do końca roku planują mieć 15 własnych maszyn) i asortyment. – W ofercie są też kolorowe skarpetki do pary, ale ludziom bardziej podobają się te asymetryczne. Zatrudniliśmy dwóch grafików, wprowadzamy kolejne wzory. I kto wie, może całkiem odejdziemy od standardowych par – mówi Adrian. Tym bardziej że zamówienia płyną z całego świata, choć konkurencja jest spora (np. światowy gigant Happy Socks). – Pan młody z USA zamówił 10 par jednego wzoru dla swoich świadków i drużbów. Widzieliśmy w sieci zdjęcia z jego wesela – faceci w eleganckich garniturach i naszych kolorowych skarpetkach. To było genialne! – wspominają. Mniej odważnym proponują kolekcję Black & White. – Biało–czarne skarpetki to sposób na zdobycie nowych klientów. Pstrokacizna, którą my uwielbiamy, innych może odstręczać – tłumaczą.

Skarpetki Many Mornings są dostępne online, ale młodzi właściciele firmy wierzą też w tradycyjny handel. W tej kwestii też się nie mylą. W Holandii offowe skarpetki z Aleksandrowa Łódzkiego proponuje już 20 stacjonarnych butików, sprzedają je sklepy w USA, we Włoszech i Hiszpanii.

Za sukcesem biznesowym kryje się etyczny. Firma realizuje ideę „share a pair", czyli „podziel się parą". Za każdą sprzedaną parę skarpet Many Mornings przekazuje parę skarpet potrzebującym. Dlaczego to robią? – Z przyzwoitości. Stać nas na to, żeby pomoc innym – odpowiadają krótko. Poza tym produkują takie skarpetki, jakie sami chcą nosić. Mają z tego frajdę i chętnie się nią dzielą.

Stara Fedora, czyli nowy kapelusz

Fedora? To komputerowy system operacyjny z rodziny Linux, powie ktoś. Prawda, ale wcześniej pod tą nazwą krył się kapelusz noszony w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. Występował w wielu gangsterskich filmach, począwszy od „Ojca chrzestnego" poprzez „Dawno temu w Ameryce", kończąc na „Chłopcach z ferajny". Symbolizował męską elegancję, klasę samą w sobie. O dziwo, dziś wraca styl Dona Corleone i ręcznie szyte kapelusze z tradycyjnych materiałów znów są w modzie. W każdym razie młodzi właściciele manufaktury czapniczej i kapeluszniczej Sterkowski, którzy 10 lat temu reaktywowali rodzinną firmę, nie mają powodów do narzekań. Ba, proponują kilka fasonów kapeluszy. Na przykład Trilby, z?nieco mniejszym rondem, z przodu opadającym ku dołowi, z tyłu zawiniętym do góry (nazwa pochodzi od tytułu powieści George'a du Maurier), precyzyjnie wykonywany z sukna lub filcu. Albo Bucket, pochodzący z Irlandii, doskonale chroniący przed słońcem. Wśród propozycji manufaktury są też gawroszki (czapki typu retro), kaszkiety, znane jako Gatsby i noszone przez golfistów, oraz czapki żeglarskie i berety z najszlachetniejszej odmiany tweedu.

Wszystko wskazuje na to, że stara warszawska manufaktura odzyskuje dawną świetność, mimo że jej ostatnia siedziba, przy ul. Brackiej, została zamknięta na przełomie 2000 i 2001 r., kiedy sytuacja na rynku oraz polityka rządu wobec małych i średnich firm spowodowały falę likwidacji zakładów. Wtedy wydawało się, że to już koniec. Tymczasem wnuki i prawnuki założycielki firmy Anny Sterkowskiej udowodniły, że też mają żyłkę do przedsiębiorczości. Postanowili nie dać za wygraną. Kiedy pojawiła się możliwość sprzedaży online, wzięli się do pracy i wskrzesili rodzinną firmę. Dziś, tak jak przed laty, ręcznie szyte nakrycia głowy manufaktury Sterkowski słyną z jakości. A jej internetowa oferta robi wrażenie nie tylko na warszawskich klientach. – To możliwość sprzedaży online sprawiła, że nasze kapelusze i czapki noszą ludzie na całym świecie – przyznaje Szymon Sterkowski. W ciągu dziesięciu lat tak rozwinęli sprzedaż, że dziś ta niewielka rodzinna firma jest znana w Wielkiej Brytanii, Niemczech, w USA i Kanadzie, a nawet w RPA. – Kto raz włoży Fedorę, ten nosi kapelusze do końca życia. I zaraz wraca na naszą stronę – żartuje Sterkowski. – Zwykle po Trilby, bo to świetna alternatywa dla Fedory.

Torebki jakich nie było

Historia damskiej torebki, podobnie jak kapeluszy, sięga zamierzchłych czasów. Ale i w tej dziedzinie zdarzają się nowe pomysły, które zamienią się w prosperujący biznes. Przykładem – marka Goshico, stworzona przez dwie siostry Małgorzatę Kotlonek–Horoch i Agnieszkę Kotlonek–Wójcik. – Ja byłam charakteryzatorką, a moja siostra szefową działu handlowego. Zawsze miałyśmy różne zainteresowania, ale rodzice cierpliwie nas wspierali. Dla nich świadectwa z paskiem były nieważne, liczyło się to, co zajmowało nas naprawdę. I w to inwestowali. – Pewnie dzięki temu znalazłyśmy w sobie dość siły, by stworzyć firmę, która powstała właśnie z naszych pasji. Obie lubiłyśmy swoją pracę, ale jednak czegoś nam brakowało... – opowiada Małgorzata. W pewnym momencie zaczęła robić biżuterię, którą z powodzeniem sprzedawała pocztą pantoflową. Siostry miały miliony pomysłów, Agnieszka zaczęła szyć torebki. – Mieszkałyśmy razem, pomagałyśmy sobie. Ja projektowałam, ona szyła – wspomina Małgorzata. Wtedy istniały już pierwsze sklepy internetowe, zrobiłyśmy zdjęcia torebek i wrzuciłyśmy na stronę. Sprzedały się na pniu.

Ale to jeszcze nie było to. Chciały, by ich torebki naprawdę się wyróżniały. Może coś na nich wyhaftować? Na to nikt wcześniej nie wpadł. Przypomniały sobie wycinankę, inspirowaną ludowym wzorem, która wisiała na ścianie w rodzinnym domu. Przed laty zrobił ją ich utalentowany artystycznie ojciec. Bogaty, kolorowy haft, inspirowany folkiem. Ale taki haft to są tysiące uderzeń igły, nie uda się na zwykłym materiale. Znalazły rozwiązanie – wymyśliły torebki z filcu, grubego, zbitego, na którym świetnie się haftuje. – To był efekt wow! – wspominają. Kolorowe koguty, kwiaty, nawet koty, ładne okucia i skórzane wykończenia ozdobiły torebki w najróżniejszych fasonach, a z czasem również pokrowce na komputery. – Modele, które wtedy zaprojektowałam, sprzedajemy do dziś, okazały się ponadczasowe – mówi Małgorzata. Przyznaje, że pracowała bez tchu. – W pewnym momencie moja siostra policzyła, że mamy w ofercie 400 produktów. „Słuchaj, musisz przystopować", powiedziała.

One też nie mają sklepu stacjonarnego, sprzedają w showroomie, ale przede wszystkim na stronie WWW. Torebki Goshico doczekały się tysięcy fanek. Czy zbiły na nich fortunę? – Niestety, to nie my zarobiłyśmy na naszych pomysłach, lecz wszyscy dookoła, którzy dopuścili się „pasożytniczego naśladownictwa", a także producenci w Chinach – odpowiadają. Tak to jest, jak się stawia pierwsze kroki w biznesie. Do głowy im nie przyszło, że ktoś zacznie kopiować ich torebki, że pojawią się podróbki. Pokazywały produkty Goshico na wystawach, w mediach, brały udział w konkursach. Do czasu... – Nie, z podróbkami nie da się walczyć – podkreślają siostry. – Prawnicy pytają, czy mamy na to czas, siłę i pieniądze. A nam szkoda energii na walkę z wiatrakami. Lepiej ją spożytkować inaczej, gdzieś pojechać, coś zobaczyć, nauczyć się czegoś nowego. Stale musimy się rozwijać, bo firma to my.

Dziecko to myślący czytelnik

Wbrew nazwie wydawnictwa Dwie Siostry nie założyły siostry. Joanna Rzyska, Jadwiga Jędryas i Ewa Stasny to po prostu znajome, które łączy przekonanie, że dziecko to poważna osoba. I wymagający, inteligentny czytelnik. Pewnie jednak nie stworzyłyby wydawnictwa, gdyby nie przypadek. Mniej więcej 10 lat temu Jadwiga, mieszkająca w Belgii, znalazła ciekawy tekst dla dzieci i szukała wydawcy w Polsce. Ewa, absolwentka ASP, i Joanna, z wykształcenia romanistka, postanowiły jej pomóc. I wtedy wpadły na pomysł, że zrobią to same. Po prostu założą wydawnictwo. Wprawdzie obie były zajęte – jedna prowadziła studio graficzne, druga – prywatne przedszkole, ale chcieć, to móc. Pierwsza książeczka ilustrowana przez Ewę holenderskiego autora Toona Tellegena, nosiła tytuł „Nie każdy umiał się przewrócić". Wszystkim się podobała, ale to nie wystarczyło, żeby ją sprzedać. – Byłyśmy amatorkami, nie wiedziałyśmy, jak się rozmawia z hurtownikami i że żaden z nich nie będzie chciał współpracować z wydawcą, który ma na koncie zaledwie jedną książkę. Wszyscy od razu pytali o katalog tytułów. Nasze pierwsze kontakty z handlowcami to były koty za płoty – wspomina Joanna. Postanowiły, że same zajmą się dystrybucją, chodziły od księgarni do księgarni... W ciągu trzech pierwszych lat istnienia wydawnictwa wydały zaledwie kilka książek. – Szczerze mówiąc, nieźle dołożyłyśmy do tego interesu – wyznaje Joanna.

Z czasem wydawnictwo zaczęło się rozkręcać. Pierwszym bestsellerem okazała się powieść „Babcia na jabłoni" znakomitej austriackiej autorki Miry Lobe, porównywanej do Astrid Lindgren. – Wpadłyśmy też na pomysł serii „Mistrzowie ilustracji", przywołującej najlepsze tradycje polskiej grafiki książkowej. Zamiast oglądać się na zagranicę, postanowiłyśmy wrócić do wspomnień i wydawać reedycje ponadczasowych hitów literatury dziecięcej z rysunkami najwybitniejszych przedstawicieli polskiej szkoły ilustracji. Książka pt. „D.O.M.E.K" miała być pozycją niszową, zainteresować dzieci architektów, a spodobała się wszystkim. Dzięki niej ukazała się seria edukacyjna, która w przystępny sposób wprowadza dzieci w fascynujący świat różnych dziedzin sztuki. Kolejne tomy opowiadają o architekturze, wzornictwie przemysłowym, modzie i sztuce współczesnej, to też nasze hity – mówi Joanna. Nie mniejszym powodzeniem cieszy się kultowa seria książek o miastach świata. Esencja dawnego Londynu, Paryża i Rzymu w urzekająco zilustrowanych albumach w stylu retro.

Bestsellery dodały im odwagi i energii. Obecnie wydają ponad 30 tytułów rocznie (nie tylko dla dzieci) i już nie biegają do hurtowni i księgarń, bo to one zwracają się do Dwóch Sióstr z prośbą o współpracę. Niemal wszystkie pozycje z katalogu wydawnictwa sprzedają się za granicą, nawet w krajach arabskich. Chińskie wydanie „Pod wodą, pod ziemią" Aleksandry i Daniela Mizielińskich zdobyło tytuł najlepszej książki roku 2015, przyznawany przez „The Beijing News Weekly Review". „Mapy", obrazkowa podróż po lądach, morzach i kulturach świata tych samych autorów, otrzymała wiele nagród, m.in. we Francji, Włoszech i w Wielkiej Brytanii. Ostatnim ważnym wyróżnieniem jest nominacja do The London Book Fair International Excellence Awards 2016 (międzynarodowej nagrody londyńskich targów książki) w kategorii najlepszy wydawca literatury dziecięcej.

Skąd ten sukces, skoro inni wydawcy książek dla dzieci narzekają i w kółko powtarzają, że cienko przędą? – Mamy inne spojrzenie, nie zachwyca nas słodki anglosaski styl, wolimy mądre książki i ilustracje z pazurem, operujące skrótem, humorem... – wylicza Joanna. Z pewnością Dwie Siostry wniosły powiew świeżości na rynek wydawniczy. No, i one pierwsze wiedziały, że dzieciom podobają się nie tylko bajki.

Skarpetki, kapelusze, damskie torebki czy książki dla dzieci. To już było, ktoś powie. Po co brać się do biznesu, na którym inni zjedli już zęby i polegli? Albo taki, gdzie teoretycznie nie ma już miejsca na nowe pomysły? Cóż, to tylko jedna strona medalu. Bo skoro wszystko już było, to może warto zacząć od nowa? To trudne wyzwanie, wymaga wyrwania się ze stereotypowego myślenia i innego spojrzenia na rzeczywistość. Ale niektórym, jak widać, taka sztuka się udaje.

Źródło: magazynsukces.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA