fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Służba zdrowia

Ulga dla pacjentów z OAB

123RF
Po pięciu latach resort zdrowia zrezygnował z niepotrzebnego i kosztownego badania urodynamicznego jako warunku refundacji leków przy zespole pęcherza nadreaktywnego (OAB).

Wiadomość dotarła do chorych podczas Światowego Tygodnia Kontynencji (kontynencja to umiejętność trzymania moczu). – To wielkie święto pacjentów z OAB i owoc wieloletnich starań zarówno chorych, jak i lekarzy – mówi Anna Sarbak, prezes Stowarzyszenie Osób z NTM (nietrzymaniem moczu) UroConti.

Jak poinformowała „Rzeczpospolitą" rzecznik Ministerstwa Zdrowia Milena Kruszewska, obowiązek przeprowadzania badań urodynamicznych zostanie zniesiony już od lipca, co znaczy, że aby przepisać leki na OAB, lekarze nie będą już musieli kierować pacjentów na takie badanie.

To świetna wiadomość dla nawet kilkuset tysięcy polskich chorych: zarówno zdiagnozowanych, jak i tych, którzy mimo problemów z nietrzymaniem moczu jezcze nie zgłosili się do lekarza – ze skrępowania, niewiedzy albo nieświadomości, że tę dolegliwość można leczyć. Szacuje się, że nietrzymanie moczu dotyczy nawet co trzeciej osoby, a OAB (od angielskiego Overactive Bladder – pęcherz nadreaktywny) – co piątej.

Choroba objawia się parciami naglącymi, czyli koniecznością szybkiego oddania moczu, niepoddającymi się woli albo poddającymi się jej w ograniczonym stopniu, częstomoczem dziennym i nocnym, a czasem również nietrzymaniem moczu. Drugi rodzaj OAB polega na nadaktywności mięśnia wypieracza, który kurczy się, mimowolnie powodując wypływ moczu.

Mimo że problem dotyczy 50–100 mln osób na świecie i 2–3 mln Polaków, a co roku na chorobę tę zapada 10–15 tys. nowych pacjentów, prawie się o niej nie mówi. Kobiety, które zapadają na OAB nieco częściej, mylą je z wysiłkowym nietrzymaniem moczu, pojawiającym się często po porodzie i kolejnych ciążach i dającym się wyleczyć operacyjnie. Wiele uważa, że chodzi o niedające się wyleczyć zmiany fizjologiczne i że trzeba się z nimi pogodzić. Jeśli nietrzymanie moczu nie przeszkadza im w normalnym funkcjonowaniu, żyją z nim nawet kilkanaście lat.

Inaczej jest z OAB. Kłopoty z parciem na pęcherz i niekontrolowanym oddawaniem moczu potrafią doprowadzić do prawdziwych tragedii. Zdarza się, że chorzy tracą pracę z powodu zapachu moczu lub czasu, który zamiast na obowiązkach służbowych spędzają w firmowej łazience, często jedynej na piętrze zakładu czy biura. Wiele pacjentek przed każdym wyjściem sprawdza, czy na trasie można skorzystać z toalety, a wchodząc do restauracji czy sklepu, najpierw dowiaduje się, jak do niej trafić.

Dolegliwości wpływają też na życie uczuciowe i intymne. Partnerzy uciekają z przemoczonego łóżka i coraz bardziej odsuwają się od chorych. W wielu przypadkach zbliżenia unikają oni sami, ze strachu, że do wypływu moczu dojdzie w intymnej chwili.

Uroginekolodzy regularnie wysłuchują historii o rozwodach, kryzysach w związku i wyalienowaniu, do którego prowadzą kłopoty z nietrzymaniem moczu. Niektórzy pacjenci trafiają do nich z gabinetu psychologa albo psychiatry, który diagnozuje u nich depresję.

Niestety, właściwe rozpoznanie potrafi zwykle postawić jedynie specjalista. Niewielu lekarzy pierwszego kontaktu łączy objawy z OAB. Bywa, że właściwa diagnoza umyka nawet ginekologom. A w wielu wypadkach wystarczą właściwe leki – preparaty antycholinergiczne, które działają na receptory muskarynowe w pęcherzu moczowym.

Receptory te znajdują się w całym ciele – najwięcej jest ich w przewodzie pokarmowym czy w śliniankach, a leczenie bywa uciążliwsze niż sama choroba. Dla większości pacjentów leki były jednak jedyną szansą na normalne funkcjonowanie. – Mimo to niektóre członkinie stowarzyszenia wolały być przykute do toalety, niż kolejny raz poddać się badaniu – mówi Anna Sarbak, prezes UroConti.

Wiele pacjentek narzekało, że badanie – polegające na napełnianiu i opróżnianiu pęcherza w obecności lekarza – jest upokarzające, a w wielu placówkach służby zdrowia nie zapewnia im się intymności. Na forum internetowym UroConti skarżyły się na przypadkowe osoby wchodzące do sali, w której poddawały się badaniu, a także na wstyd i powikłania.

– Najważniejsze jest jednak to, że badanie nie ma żadnego uzasadnienia z medycznego punktu widzenia – mówi prof. Tomasz Rechberger, kierownik II Katedry i Kliniki Ginekologii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. I dodaje, że pęcherz moczowy nie jest wiarygodnym świadkiem. – Czasami w trakcie badania urodynamicznego uda się zarejestrować skurcz, czasami nie – tłumaczy prof. Rechberger, który przez ostatnich pięć lat wielokrotnie zwracał się do resortu zdrowia o zniesienie obowiązku badania.

Dotąd ministerstwo pozostawało głuche na te argumenty. Nie przekonywał go fakt, że rocznie na niepotrzebne badanie z budżetu przeznacza się około 15–16 mln zł rocznie, co przez 4,5 roku obowiązywania ustawy refundacyjnej daje niemal 75 mln zł.

Walkę o zniesienie badania prowadziło także stowarzyszenie UroConti, które przez pięć lat próbowało przekonać do zajęcia się problemem nie tylko ministerstwo, ale i parlamentarzystów. Niestety, mimo ich zapytań resort nie spieszył się ze zniesieniem nieuzasadnionego badania.

Przełom nastąpił dopiero w tym roku. Opinię uroginekologów powtórzyła w lutym Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, a Rada Przejrzystości AOTMiT napisała, że „uzależnienie refundacji leków antycholinergicznych od potwierdzenia diagnozy OAB za pomocą badania urodynamicznego nie znajduje żadnego uzasadnienia w aktualnej wiedzy medycznej", a podstawą rozpoznania OAB powinien być szczegółowy wywiad medyczny i nieinwazyjne badanie urodynamiczne pod postacią trzydniowego dzienniczka mikcji.

To jednak nie koniec walki pacjentów z OAB o godne warunki życia i leczenia. Teraz starają się o zmiany zasad refundacji i zwiększenie limitu środków absorpcyjnych, które dziś refundowane są tylko w przypadku występowania problemów z nietrzymaniem moczu przy współistnieniu innej choroby, a refundacja obejmuje tylko 60 podkładów na miesiąc, co daje zaledwie dwa podkłady na dobę. Walczą też o refundację operacji neuromodulacji nerwów krzyżowych, a lekarze zajmujący się uroginekologią – o wyodrębnienie osobnej specjalizacji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA