fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

Wychodzi i znika – fikcyjna kontrola nad pedofilem

123RF
Wzrasta liczba pedofilów, którzy wymykają się spod kurateli służb i o których nie wiadomo, gdzie przebywają. To kolejna luka w ministerialnym rejestrze.

W reakcji na burzę po filmie braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu" minister sprawiedliwości zapowiedział rozszerzenie rejestru sprawców przestępstw na tle seksualnym o informację, jaki zawód wykonuje skazany.

Jednak „Rzeczpospolita" ustaliła, że rejestr zawiera dużo poważniejsze luki – brak w nim informacji, gdzie aktualnie mieszka co czwarty figurujący w nim przestępca seksualny. I co gorsza, skala zjawiska rośnie – w ciągu niespełna pół roku przybyło 26 skazanych o nieustalonym miejscu pobytu.

W jawnej części rejestru figuruje dziś 880 skazanych – z tego przy 216 nazwiskach, zamiast informacji o miejscowości, w której osoba przebywa, jest notka „w trakcie weryfikacji". Blisko pół roku temu było ich 190 (wezwanych do potwierdzenia miejsca pobytu i w trakcie weryfikacji).

Na wspomniane 216 osób 109 to skazani za gwałty na małoletnich, a 105 to przestępcy mający na koncie gwałty ze szczególnym okrucieństwem.

Nie wiadomo, gdzie mieszka np. 71-letni trener sportowy skazany za wykorzystanie seksualne nieletnich piłkarek na dwa lata pozbawienia wolności (w zawieszeniu) i na pięcioletnie zakazy: wykonywania zawodu, prowadzenia działalności związanej z wychowaniem, edukacją i opieką nad małoletnimi i na zakaz „zbliżania się do określonych osób na odległość mniejszą niż 300 metrów". To samo dotyczy 21-letniego recydywisty, skazanego (w zawieszeniu) za posiadanie lub rozpowszechnianie dziecięcej pornografii. A także skazanego za gwałt ze szczególnym okrucieństwem, który odsiedział osiem lat, wyszedł w lutym tego roku i zniknął. Nawet – co zdumiewa – trwa ustalanie miejsca zamieszkania przestępcy seksualnego, który w tym miesiącu wyszedł z więzienia w Sztumie. To tylko kilka przykładów skazanych, którzy zniknęli. Jak się okazuje, dotyczy to dużej części sprawców – włącznie z tymi, którzy dopiero co wyszli po odsiadce.

Działający od października 2017 r. rejestr miał zapobiec sytuacjom, w których przestępca seksualny po odbyciu kary znika, przez co służby nie mają nad nim kontroli, a społeczeństwo nie wie, czy pedofil np. zamieszkał w okolicy.

Sami skazani nie zawiadamiają policji o przeprowadzce czy wyjeździe za granicę. Policja twierdzi, że ustalenie, gdzie po odsiadce osiada pedofil, jest dziś trudne z kilku powodów. – Istnieje duża swoboda przemieszczania się, łatwo można wyjechać za granicę, a do dawnych środowisk i domów skazani po odbyciu kary często nie wracają – mówi nam jeden ze stołecznych funkcjonariuszy.

Na to, jak groźni są to przestępcy, wskazują choćby adnotacje w rejestrze przy nazwiskach, typu: np. 10 lat zakazu zbliżania się do pokrzywdzonych na odległość mniejszą niż 100 m czy nakaz opuszczenia zajmowanego wspólnie lokalu (co sugeruje, że ofiarami są dzieci z rodzin skazanych).

Brak kluczowej z punktu widzenia prewencji informacji o tym, gdzie mieszka pedofil, to istotny mankament rejestru.

Prof. Brunon Hołyst, kryminolog, w wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej" sugerował, że sposobem może być nałożenie na urzędy meldunkowe obowiązku informowania policji o adresie zamieszkania takiego skazanego. Podobne rejestry działają np. w USA, we Francji czy w Kanadzie, i mają swoich zwolenników.

Przeciwny jest im dr Paweł Moczydłowski, kryminolog, były szef więziennictwa. – To mechanizm podtrzymujący marginalizację takich osób, ich zohydzanie, swego rodzaju mobbing, więc nie dziwię się, że wielu unika rejestracji – ocenia dr Moczydłowski. Uważa, że skazani za przestępstwa seksualne chcą się uwolnić od przeszłości, zwłaszcza że pedofil w zakładzie karnym „przeżywa piekło". Jego zdaniem rejestr jest nieefektywny, podobnie jak pomysł rządu na podniesienie kar za przestępstwa seksualne na dzieciach.

– Cały świat od tego odchodzi, np. w stronę innej kontroli. W Wielkiej Brytanii przestępcy chodzą „zaobrączkowani", z GPS-em, który ich lokalizuje cały czas – czy nie zbliżają się np. w okolice przedszkola. A surowość kar w przypadku ludzi, którzy nie są w stanie uwolnić się od swoich biologicznych potrzeb, prowadzi do desperacji – ocenia Paweł Moczydłowski.

Ministerstwo Sprawiedliwości nie odpowiedziało nam, jak zamierza rozwiązać ten problem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA