fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jerzy Stępień o swojej pasji: Cały ten jazz

prof. Jerzy Stępień
Fotorzepa/Krzysztof Skłodowski
O swojej pasji - mówi Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, prorektor Uczelni Łazarskiego, jazzfan

Rz: Słyszałam, że na saksofonie grywał pan w sądzie. Czy to prawda?

Jerzy Stępień: Tak, ale nie na rozprawach. W Kielcach mieszkałem w bloku blisko sądu, za to daleko klubu jazzowego, który założyłem. Wpadłem więc na pomysł, że saksofon będę trzymał za szafą z aktami. Kiedy już wszyscy wyszli, w przerwach między pisaniem uzasadnień wyroków ćwiczyłem grę.

Jako dziecko grał pan na fortepianie. Skąd się wziął saksofon?

Pora na saksofon przyszła późno. Gry na fortepianie uczyłem się od piątego roku życia. Kiedy byłem w piątej klasie podstawówki, mój nauczyciel zmarł. Przestałem ćwiczyć. Jako nastolatek zainteresowałem się grą na gitarze. Z kolei na studiach, tak się szczęśliwie złożyło,  mieszkałem z Krzysztofem Karpińskim, dziś sędzią i byłym prezesem stołecznego Sądu Apelacyjnego. On był znacznie bardziej zaawansowany muzycznie. Godzinami graliśmy w klubie studenckim na pianinie na cztery ręce. Nie opuściliśmy żadnego jazzowego koncertu, żadnego jam session czy Jazz Jamboree. Kiedy wyjechałem do Kielc, już po studiach, założyłem big-band. Włodek Pawlik, zdobywca Grammy, był naszym liderem, aranżerem i kompozytorem. Artur Dudkiewicz grał na fortepianie. Ja im początkowo pomagałem w organizowaniu koncertów. Potem Włodek namówił mnie, żebym spróbował zagrać na saksofonie. Miałem wtedy 30 lat.

To chyba późno, jak na rozpoczęcie nauki na nowym instrumencie.

Wziąłem sobie kilkanaście lekcji u nauczyciela klarnetu. Były efekty – w 1978 r. wylądowałem z moim big-bandem na Jazz nad Odrą we Wrocławiu. Dostałem nawet nagrodę dziennikarzy. Potem historia przyśpieszyła. Pochłonęła mnie „Solidarność", a muzykę odłożyłem na bok. O saksofonie przypomniałem sobie podczas internowania. Pozbawiono nas wolności, ale pozwolono rozwijać pasje. Czasu było dużo. Jeden z nas grał na skrzypach i na klarnecie, ja na saksofonie. Wspólnie ćwiczyliśmy kilka miesięcy. Potem zabrano mi saksofon. Być może stwierdzono, że to urządzenie antysocjalistyczne. Trzeba było przyznać, że do więzienia nie pasowało.

Ale swojej przygody z saksofonem na tym pan nie zakończył.

Ależ skąd! Jako wiceminister spraw wewnętrznych i administracji grałem w piwnicach ministerstwa. Cztery lata temu na moje urodziny przyszło wielu jazzmanów, między innymi świetny klarnecista Waldemar Kurpiński. Na urodzinowej imprezie grało nam się bardzo dobrze. Od tej pory regularnie razem ćwiczyliśmy. Wiele się od niego nauczyłem. Zagraliśmy nawet na jamie w warszawskim Tygmoncie. A przecież to był świetny klub jazzowy. Teraz znów na grę brakuje mi czasu, ale mam cichą nadzieję, że w mojej szkole – Uczelni Łazarskiego – uda mi się utworzyć big-band. Na pewno wśród studentów znajdą się rasowi jazzmani.

Czym jest dla pana muzyka?

Nie mogę powiedzieć, że jest to ucieczka przed światem czy szarą rzeczywistością. To po prostu równoległy świat uporządkowanych dźwięków, rządzący się swoimi regułami. To świat, który mimo swojego uporządkowania daje możliwość swobodnej wypowiedzi. Jazz jest pod tym względem bezkonkurencyjny, bo to muzyka improwizowana.

Saksofon nie jest jedynym moim instrumentem. Żeby się zrelaksować, grywam w domu na pianinie. Lubię każdą muzykę. Cieszę się, że w Polsce powstaje dużo nowych miejsc do jej słuchania. Nie ma miasteczka, żeby się coś muzycznie nie działo.

Muzyka to niezbędny element wykształcenia, ogólnego rozwoju. Poprzez nią kształcimy miękkie umiejętności, które w życiu są bardzo potrzebne – umiejętność gry w zespole, słuchania innych, ale też systematyczność. W muzyce nic się nie osiągnie bez regularnych ćwiczeń. Dlatego Amerykanie dbają o wykształcenie muzyczne. U nas to niestety zaniedbano.

Czy grywa pan razem z rodziną?

Oczywiście, mój syn jest muzykiem. Gra na kontrabasie. Jestem z niego bardzo dumny, bo świetnie czuje się w świecie muzycznym, choć los artysty w Polsce nie jest łatwy. Córka – prawniczka – grywa na skrzypcach. Kiedy chodzili do szkoły, zdarzało się, że grywaliśmy razem godzinami. Nie musieliśmy się do siebie odzywać. Porozumienie osiągaliśmy w przestrzeni dźwięku. Teraz też czasem grywamy razem, zwłaszcza na święta. Przyłącza się do nas synowa, która jest świetną wiolonczelistką, a ostatnio jedna z wnuczek – Helenka, która zaczyna grę na skrzypcach.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA