fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Longchamps de Bérier: zjawisko dekodyfikacji

123RF
Dekodyfikacja jest faktem, a fakty są uparte. Na nic oburzenie i groźne pokrzykiwania – głównie starszego pokolenia prawników.

Oświeceniowe marzenia o zupełności i niesprzeczności, o porządkującej systematyce uległy erozji. Czy to dziejowa konieczność? A może postulaty kodyfikacyjne to jedynie niedościgniony ideał? Pod postacią kodeksu chciano wymyślić prawo od nowa, co próbowano realizować wolą ustawodawcy i determinacją społeczeństw. Jednak podobna wizja okazała się w praktyce nie do utrzymania. Przekonuje o tym szeroka perspektywa historii prawa, choć dekodyfikację nazwano i zauważono dopiero z końcem lat 70. ubiegłego stulecia. Dziś jeszcze sama wzmianka o zjawisku dekodyfikacji potrafi budzić irytację lub ostre protesty na sympozjach naukowych; wydaje mi się, że też niechęć Narodowego Centrum Nauki...

Wyjaśnijmy, że dekodyfikacja nie ma nic wspólnego z KOD ani zakodowaniem. W studiach nad nią chodzi co najwyżej o odkodowanie zjawisk zachodzących w historycznym rozwoju prawa. Dekodyfikacja to fenomen przesuwania się ciężaru regulacji prawnych na sferę pozakodeksową. Występuje zatem obok kodyfikacji i mimo postulatów kodyfikacyjnych, które formułuje się obecnie w ramach tzw. rekodyfikacji.

Spójrzmy na oczywisty przykład: aby się dowiedzieć, czym dziś jest własność, nie wystarczy sięgnąć do kodeksu cywilnego. Trzeba zajrzeć do konstytucji i wielu aktów wydanych w różnym czasie, łącznie z ustawą o wstrzymaniu sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa oraz o zmianie niektórych ustaw, która właśnie weszła w życie. Tak tedy do widocznych gołym okiem symptomów dekodyfikacji należy stale wzrastająca liczba aktów prawnych regulujących niejednokrotnie te same kwestie co kodeks. Widać dekodyfikację w braku koordynacji – nieraz dramatycznym – między regulacjami szczegółowymi a kodeksem i między samymi aktami szczegółowymi. Zjawisko pogłębiają częste nowelizacje, obniżający się poziom jasności i pewności prawa. Postępującą dekodyfikację obserwujemy jako nieuchronne rozbijanie spójności i klarowności systemów, które ukształtowały się pod rządami obowiązujących kodeksów. Toteż systemową konsekwencją procesu dekodyfikacji staje się dążenie ku policentryczności porządku prawnego. W miejsce (stanowiącego jedno z założeń kodyfikacyjnych) jednolitego systemu powstają w znacznej mierze niezależne od siebie mikrosystemy. Rośnie znaczenie tzw. prawa sędziowskiego, przez co odchodzi się od postulatu pewności prawa, tak charakterystycznego dla dziewiętnastowiecznego pozytywizmu prawniczego, który królował długo po tym, gdy zrobił zawrotną karierę w dwudziestowiecznych totalitaryzmach.

Skąd w ogóle wziął się kodeks? Znów trzeba sięgnąć do Rzymu, gdzie kodeks to łatwa w transporcie i przechowywaniu forma książki. Powstawała ze spięcia kart papirusowych albo pergaminowych wzdłuż jednego z boków – w odróżnieniu od zwoju, który powstawał przez doklejanie kart jedna do drugiej oboma przeciwległymi bokami, aby dowolnie długi pas nawinąć na dwa drewniane wałeczki. Kodeks jako formę książki upowszechnili wędrowni kaznodzieje chrześcijańscy, którym w głoszeniu słowa Bożego zależało na szybkim dostępie do tekstu. Przydawał się prawnikom, bo chcieli bez przeszkód sprawdzać brzmienie niezliczonych konstytucji cesarskich. Najpóźniej w czasach Justyniana słowo „kodeks" kojarzone było jeśli nie wyłącznie, to przede wszystkim ze zbiorem przepisów prawnych. Nie były to wszelako w żadnym razie kodyfikacje, chyba że pod tym terminem rozumie się właśnie wszelki zbiór przepisów w jakiś sposób uporządkowany – zazwyczaj przez tematyczne zestawienie aktów prawnych. Za cesarzem z VI w. tak rozumiało kodeks średniowiecze i nowożytność. Nie dziwota, że również w czasach współczesnych zbiór o nazwie kodeks nie spełnia oświeceniowych wymagań wobec kodyfikacji: zupełności, niesprzeczności, systematyki. Postulatów tych nie stawiało prawo rzymskie, o czym świetnie wiedział niemiecki prawnik XIX w. Bernhard Windscheid i spodziewał się realistycznie, że kodyfikacja to tylko pewien etap dziejów prawa. Natomiast doświadczenie rzymskie i cała tradycja romanistyczna pomagają odnaleźć się prawnikowi w epoce dekodyfikacji, jeśli tylko prawa rzymskiego nie traktuje jako zamkniętego rozdziału – domeny historii czy erudycyjnego wprowadzenia do prawa cywilnego. Rzymska myśl prawnicza pozostaje nie tylko wiecznie żywym źródłem inspiracji, lecz także użytecznym narzędziem weryfikacji aktualnych rozwiązań i praktycznym głosem w toczonym współcześnie dyskursie prawnym.

Autor jest profesorem nauk prawnych, kierownikiem Katedry Prawa Rzymskiego na Wydziale Prawa i Administracji UJ, wykłada na Wydziale Prawa i Administracji UW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA