fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Migalski: Jesienią zdarzyć może się wszystko

Po wyborach Jarosław Kaczyński może być w opozycji
Fotorzepa / Jerzy Dudek
PiS prowadzi w sondażach, ale nie ma pewności utrzymania władzy.

Na dwa miesiące przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi wiemy już praktycznie wszystko o tym, jak będą one wyglądać. Niewiadomymi pozostają jedynie to, czy opozycja porozumie się co do wystawienia wspólnych kandydatów do Senatu, oraz to, jak ukształtuje się obóz radykalnej prawicy. Ten ostatni, i to już także wiemy, będzie ukonstytuowany wokół partii Janusza Korwin-Mikkego oraz narodowców – wtórne jest to, czy znajdą się tam mniej czy bardziej egzotyczne postaci, jak Max Kolonko, Liroy czy Marek Jakubiak. Wiemy także, że Bezpartyjni Samorządowcy zdecydowali się na samodzielny start i jeśli zdołają zebrać niezbędną liczbę podpisów (co nie jest pewne), to prawdopodobnie nie przekroczą progu 5 proc. (może zresztą o to chodzi i działają oni z poduszczenia PiS, by ich przegrana wzmocniła efekt metody D'Hondta i zapewniła 231 mandatów partii Kaczyńskiego nawet wówczas, gdyby nie otrzymała ona wyraźnie powyżej 40 proc. głosów).

Reszta zmiennych jest nam już znana – obóz rządzący pójdzie do wyborów zjednoczony, tak jak przed czterema laty, a opozycja ukształtowała się w trzy osobne bloki. Pisałem już na łamach „Rz", że paradoksalnie jest to optymalny scenariusz dla opozycji, bo tylko w jego ramach może ona myśleć o odsunięciu PiS od władzy. Sondaże pokazują, że jest to możliwe, choć nadal bardzo trudne. Jednak od wyborów europejskich wiedzieliśmy, choć niektórym ciężko było się do tego przyznać, że jedna, wspólna, zjednoczona lista opozycji na pewno przegra z obecnie rządzącymi i zapewni im dalsze rządzenie.

Najciekawszym wydarzeniem ostatniego tygodnia był sojusz PSL z Kukiz'15, a mówiąc bardziej precyzyjnie, porozumienie, na mocy którego, z list ludowców wystartuje Paweł Kukiz i kilkunastu jego współpracowników. Formacja Kukiz'15 de facto przestała istnieć i, mówiąc złośliwie, owa „15" oznacza dziś jedynie liczbę polityków, którzy pozostali przy charyzmatycznym wokaliście.

Paweł Kukiz cztery lata temu był wart na rynku politycznym 20 proc. Tyle wówczas Polek i Polaków oddało na niego głos w elekcji prezydenckiej. Dziś wart jest dziesięć razy mniej. Ale właśnie o te 2 proc. chodziło Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi. Sojusz z Kukizem praktycznie gwarantuje ludowcom przekroczenie progu wyborczego, a może nawet wynik w okolicach 8–10 proc. Cena za to porozumienie jest dla PSL niewielka – około 10 „jedynek" dla „kukizowców". Tyle tylko, że niewiele z nich zmieni się w mandaty poselskie. Po pierwsze dlatego, że część z nich jest w okręgach, z których nie będzie mandatu dla PSL. A po drugie, bo ludowcy są bardzo dobrze zorganizowani i nie będzie dla nich wielkim problemem poprzeskakiwanie „jedynek" nawet z dalszych miejsc na listach. Samotne elektrony od Pawła Kukiza umieszczone na czele list mogą być bezbronne wobec PSL-owskich samorządowców ukrywających się za ich plecami. Kukiz będzie mógł być szczęśliwy, jeśli w nowym sejmie zobaczy 2–3 swoich współpracowników. Kukiz'15 przestał istnieć, a Paweł Kukiz przestał być ważnym graczem w polskiej polityce. Przez cztery lata dowiódł, że nie potrafi budować struktur, nie rozumie mechanizmów politycznych, nie jest zdolny do ciężkiej i systematycznej pracy. Kończy swój czteroletni epizod polityczny w objęciach partii, którą nazywał „zorganizowaną grupą przestępczą".

Równie obiecująco, jak dla PSL, rysują się perspektywy Lewicy. Porozumienie SLD, Wiosny i Razem niemal gwarantuje wynik dwucyfrowy, choć Czarzasty, Biedroń i Zandberg wykazali się przezornością, tak organizując swój komitet, że wystarczy mu przekroczenie 5-procentowego progu wyborczego. Strzeżonego Pan Bóg strzeże – jak widać, przysłowie to odnosi się także do niewierzących. Musiałaby nastąpić jakaś niewyobrażalna katastrofa, by jesienią tego roku lewica nie pojawiła się w sejmie i to w liczbie około 30–40 posłanek i posłów.

Wreszcie Koalicja Obywatelska – najpoważniejszy konkurent PiS. Grzegorz Schetyna zbudował silną alternatywę dla obozu władzy – zasobną w pieniądze, bogatą w struktury, osadzoną w regionach, zaprawioną w bojach. PO wraz z Nowoczesną i Inicjatywą Polską ma szansę na – co najmniej – powtórzenie swojego wyniku z 2015 r., czyli 24 proc., a nawet na dobicie do 30 proc. Jeśli ta sztuka udałaby się Koalicji Obywatelskiej, Lewica osiągnęłaby wynik dwucyfrowy, a PSL solidne 7–9 proc., to wówczas opozycja na pewno zgromadziłaby więcej wyborców niż PiS z koalicjantami. I nawet przy mechanizmie podziału mandatów wynikającym z metody D'Hondta, mogłoby to zagwarantować odsunięcie obecnie rządzących od władzy.

Przypomnijmy bowiem po raz kolejny – ta metoda jest niszcząca dla mniejszych tylko wówczas, gdy notuje się duży procent głosów „zmarnowanych". 13 października prawie na pewno progu nie przejdą Bezpartyjni Samorządowcy. I to mogą być jedyne „zmarnowane" głosy. Czyli 2–3 proc. Nie wiemy oczywiście, jak poradzi sobie radykalna prawica, ale dla opozycji najlepszym jej wynikiem byłoby... wejście do Sejmu, ale z poparciem np. 5,1 proc. Wówczas zwycięskie PiS nie miałoby premii wynikającej z metody D'Hondta, a radykałowie otrzymaliby zaledwie kilka mandatów i nie pomogliby Kaczyńskiemu w tworzeniu nowego gabinetu.

To jednak tylko spekulacje. Dzisiaj nie wiemy, jakie będą ostateczne wyniki, dlatego szczegółowe dywagacje na temat tworzenia nowego rządu są nieco bezpodstawne. Sondaże jednak pokazują wyraźnie: wszystko jest możliwe. Zarówno samodzielne rządy PiS, jak i ich współrządzenie z prawicowymi radykałami. Ale także... z PSL. Możliwa także jest alternacja władzy i odsunięcie PiS do opozycji – poprzez wspólne rządy KO, PSL i Lewicy. Dawno nie było wyborów tak fascynująco nieoczywistych i tak niezwykle istotnych dla przyszłego modelu ustrojowego Polski. Konkretnie – nie było ich od 30 lat, od 4 czerwca 1989 roku.

Autor jest politologiem, dr. hab. na UŚ

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA