fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski o rządzących

Premier Beata Szydło (na zdjęciu z wicepremierem Piotrem Glińskim) zapewnia, że jej przemówienie w Auschwitz nie odnosi się do imigrantów.
PAP, Jacek Bednarczyk
Politycy rządzącej większości narażają nas na niebezpieczeństwo.

Nie cichną echa zeszłotygodniowych słów Beaty Szydło wypowiedzianych w Oświęcimiu. Stały się one pretekstem do gwałtownej burzy medialno-politycznej, biegnącej – jak zwykle u nas – według podziałów partyjnych. Przeciwnicy PiS uznali je za skandaliczne i haniebne, zaś zwolennicy rządu za jak najbardziej słuszne i godne pochwały. Mało kto jednak przysłuchał im się uważnie. Błąd o tyle poważny, że jeśli potraktować je serio, to należałoby uznać je albo za fundamentalną krytykę obecnej retoryki oraz praktyki rządu PiS, albo za pochwałę... kolaboracji z Hitlerem.

Zacznijmy od tej drugiej, historycznej interpretacji. Przywołajmy jednak najpierw ów najbardziej kontrowersyjny fragment wypowiedzi pani premier. Stwierdziła ona: „Auschwitz to w dzisiejszych niespokojnych czasach wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli". Trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem, bowiem jest oczywistością, że zadaniem państwa – najbardziej fundamentalnym – jest zapewnienie bezpieczeństwa oraz ochrona życia swoich obywateli.

Tyle tylko, że jeśli ująć je w kontekście historycznym, to wypowiedzenie owej prawdy elementarnej właśnie na terenie obozu Auschwitz jest najostrzejszą – jaką tylko może być – krytyką...II RP. Bowiem państwo to nie spełniło owego wymogu i naraziło swoich obywateli na pięcioletnią gehennę okupacji niemieckiej oraz sowieckiej. Gehennę, w wyniku której zginęło 6 milionów z nich. Nie może być bardziej okrutnego oskarżenia polityków przedwojennych, niż wypowiedzenie owych słów przez polską premier właśnie w takim miejscu.

Polscy politycy tamtego czasu nie dość, że nie uchronili swoich obywateli przed wojną, to jeszcze w jej trakcie – przez swój upór, głupotę i brak politycznego realizmu – wystawili miliony z nich na groźbę śmierci i pewną zagładę. Przez dumną odmowę kolaboracji, przez zachłystywanie się swoim bohaterstwem, przez decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego itp., liderzy państwa polskiego przez pięć długich lat nie dbali o bezpieczeństwo swoich rodaków i systematycznie narażali ich na utratę życia.

Dotyczy to także współobywateli pochodzenia żydowskiego. W czasie wojny zginęło prawie 100 proc. z nich. Czy tak być musiało? Oczywiście, że nie. Timothy Snyder w swojej książce „Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie" przytacza szokujące dane, z których wynika, że państwa kolaborujące z III Rzeszą potrafiły nie tylko uchronić przez szaleństwem Hitlera swoich rdzennych obywateli, ale także „swoich" Żydów. W Rumunii wojnę przeżyło 2/3 tamtejszych Żydów, na Węgrzech więcej niż jedna druga, w Bułgarii trzy czwarte, a we Włoszech... cztery piąte! Tak, tak, w państwie Mussoliniego uratowało się 80 proc. włoskich Żydów.

Jeśli więc potraktować przemówienie Szydło jako analizę historyczną, to była ona poważnym oskarżeniem nie tylko Polski przedwojennej, ale także Państwa Podziemnego oraz władz londyńskich. Politycy II RP oraz przywódcy polscy czasu wojny nie tylko bowiem nie uchronili życia i bezpieczeństwa swoich rodaków, ale jeszcze systematycznie wystawiali je na szwank i narażali w sposób prawie niespotykany w ówczesnej Europie.

Ale można przyjrzeć się owemu speechowi także w bardziej współczesnym kontekście. Do takiego właśnie sposobu zachęcają zresztą słowa pani premier o tym, że wypowiada je ona „w dzisiejszych niespokojnych czasach". To nie było przejęzyczenie. To świadome umiejscowienie owej mądrości we współczesnym kontekście.

I choć Szydło zapewniała, iż jej przemówienie nie odnosiło się do imigrantów, to nie ma żadnej wątpliwości, że ktoś, kto pisał jej ów speech, właśnie w taki ciąg skojarzeń chciał się wbić. Przedstawiciele rządu oraz partii rządzącej eksploatują ten wątek przy każdej okazji i prawdopodobnie będą chcieli uczynić z niego leitmotiv wyborów 2019 i 2020 roku (o czym pisałem przed tygodniem w „Rzeczpospolitej").

Zatem jeśli odczytywać słowa pani premier we współczesnym kontekście, to są one – oprócz utwardzania antyuchodźczej narracji PiS – druzgocącą krytyką retoryki oraz realnej polityki... obecnego rządu. Bo, co prawda, jego przedstawiciele wciąż mają na ustach kwestie bezpieczeństwa Polaków (zwłaszcza wobec rzekomego zagrożenia ze strony gwałtów, morderstw oraz pierwotniaków, które chcą nam zafundować imigranci), ale w praktyce politycznej narażają naszych obywatel na niebezpieczeństwo – zwłaszcza wobec wyprowadzania nas de facto, choć nie de iure, ze struktur zachodnich i konfliktowania nas z naszym unijnymi partnerami.

Polityka gabinetu Beaty Szydło pogarsza, a nie polepsza, bezpieczeństwo naszych rodaków. Powtarza się prawie dokładnie scenariusz z końca lat 30. ubiegłego wieku, gdy pod buńczucznymi hasłami o honorze, wstawaniu z kolan, nieoddawaniu ani guzika i innych bzdur, obniżano realnie stan narodowego bezpieczeństwa. Obecne dziwaczne reformy armii, wstrzymanie przetargów na potrzebny jej sprzęt, czystka w generalicji, wskazywanie na strategicznego partnera w UE państwa, które właśnie ją opuszcza, zawieranie egzotycznych sojuszy w efemerycznym Międzymorzu (które dla uniknięcia śmieszności nazywane jest Trójmorzem), konfliktowanie się z najsilniejszym państwem Unii, arogancja przejawiana wobec drugiego pod względem potencjału gospodarczego kraju unijnego: wszystko to, jako żywo, obniża realnie zdolność do zapewnienia bezpieczeństwa Polaków, a nie jego poprawy.

Także jawnie deklarowana niechęć do wykazania się solidnością wobec kłopotów z uchodźcami innych państw UE oraz otwarcie konfrontacyjna polityka wobec Komisji Europejskiej nie służą Polakom. Wprost przeciwnie: już skutkują tym, że nasi pracownicy delegowani będą dyskryminowani, a Nordstream2 nie napotka oporu ze strony Brukseli. To realne uderzenie w bezpieczeństwo Polski i Polaków – odbywające się, oczywiście, przy akompaniamencie tromtadrackich zapewnień o tym, że obecna ekipa rządząca najlepiej jak to tylko możliwe dba o życie i zdrowie naszych rodaków.

Jeśli PiS nadal będzie prowadził taką politykę, do jakiej przyzwyczaił nas przez ostatnie 18 miesięcy, to zawiedzie nas na manowce europejskiej polityki, skłóci nas z zachodnimi partnerami i wzmocni te mechanizmy, które doprowadzą do podziału Unii na dwa obozy: jeden skupiony wokół niemiecko-francuskiego tandemu oraz drugi, pozostający w szarej strefie pomiędzy twardym jądrem UE a Rosją. Jeśli ten czarny scenariusz się spełni, okaże się po raz kolejny, że ci politycy, którzy mają pełne usta frazesów o potędze, bezpieczeństwie i sile państwa polskiego, doprowadzają je w rzeczywistości na skraj katastrofy, a Polaków narażają na śmiertelne niebezpieczeństwo. Może więc warto odczytać słowa Beaty Szydło jako ostrą krytykę jej rządu oraz jej obozu politycznego. Krytykę, co oczywiste, niezamierzoną i nawet nieuświadomioną. Bo tylko o taką można posądzać panią premier.

Autor jest politologiem na UŚ i byłym eurodeputowanym PiS.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA