fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Jakub Bierzyński: Niech opozycja nie bierze władzy jesienią

AFP
Pora na odwrócenie hasła. Nasz prezydent, wasz premier!

Nastroje po wyborach są jednoznaczne – media obwieściły zwycięstwo PiS i klęskę opozycji. Koalicja straciła milion głosów w porównaniu z wynikiem z poprzednich wyborów. Wiosna nie spełniła oczekiwań. W wielkim plebiscycie za lub przeciw władzy, PiS zmobilizował większość swoich wyborców i wygrał. Na jesieni czeka nas „druga połowa meczu". Czy opozycja może ją wygrać? To pierwsze pytanie. Czy powinna? To drugie.

Nikła przewaga PiS

Skala zwycięstwa PiS jest grubo przesadzona. Partia rządząca wygrała zaledwie jednym punktem procentowym (PiS 45,4 proc., KE 38,5 proc. + Wiosna 6 proc. = 44,5 proc.). To nikła przewaga. Tym bardziej że rzucono wszystkie siły i środki. Po pierwsze prawica zastosowała nowatorski chwyt wyborczy, uruchamiając mechanizm masowego klientelizmu przed wyborami. Do tej pory politycy ścigali się na obietnice. Większość niegłosujących w wyborach albo w nie nie wierzyła (politycy nie dotrzymują obietnic) albo nie miała czego bronić (mój głos nie ma znaczenia). Teraz było inaczej. PiS wypłacił premię, kupując lojalność wyborców już przed wyborami. Emeryci odebrali czek z 13. emeryturą (52,2 proc. poparcia), młodzi dostali ustawę zwalniającą ich z podatku dochodowego (28,4 proc. na PiS).

W kampanii wyborczej celem nie jest przekonanie zwolenników przeciwników do własnych racji. To w małym stopniu przynosi oczekiwany skutek. Szczególnie w polskiej sytuacji, gdy w grę wchodzą głębokie podziały światopoglądowe. Trudno sobie wyobrazić, by wyborca PiS wskutek informacji o aferach lub lęku przed wyprowadzeniem Polski z Unii Europejskiej, przerzucił swój głos na Koalicję. W najlepszym razie pozostanie w domu. Dlatego celem kampanii wyborczych na spolaryzowanej scenie politycznej, w sytuacji duopolu, powinna być mobilizacja własnego elektoratu. Wyborca nastawiony na realizację własnych ekonomicznych interesów mógł jedynie ich bronić, bo w podstawowych grupach beneficjentów transferów socjalnych zostały one już zrealizowane przed wyborami. Wysoka frekwencja wyborcza działała na korzyść rządzących. Kaczyńskiemu udało się zmobilizować własnych wyborców prostym hasłem – idźcie na wybory, macie czego bronić. Wasz głos ma znaczenie.

Wziąwszy pod uwagę fakt, że obietnice wyborcze kosztują budżet państwa 40 miliardów złotych (dwa razy więcej niż w poprzednich wyborach), wygrana jednym procentem wydaje się skromna. Po raz pierwszy partia rządząca bez wahania użyła budżetu państwa do sfinansowania własnego sukcesu wyborczego. Stało się to kosztem równowagi finansowej, stabilności budżetu, bez podstawowej odpowiedzialności rządu za najbliższą przyszłość.

Euforia prawicy i rozgoryczenie demokratów dowodzi jedynie sprawności propagandowej PiS polegającej na tym, że udało się przedstawić umiarkowane i bardzo wysoko okupione zwycięstwo jako totalną dominację. A przecież blisko połowa Polaków zagłosowała przeciw rządowi i to pomimo rażących błędów opozycji.

Po pierwszej połowie meczu dość dobrze widać, w jaki sposób można wygrać drugą. Po pierwsze, Grzegorz Schetyna nie nadaje się do roli lidera. Nie ma charyzmy, wizji, pozytywnego programu. Jest całkowicie odtwórczy i wobec PiS – anty-PiS-em – i wobec Roberta Biedronia – kopiując pozytywne punkty jego programu: dostępność lekarzy specjalistów, odejście od węgla, karta LGBT. Wynik i przebieg wyborów potwierdzają to, co o przewodniczącym PO wiemy od dawna – genialny kadrowiec, sprawny negocjator, zebrał partie opozycyjne w całość, stworzył wspólne listy i opozycja poszła do wyborów zjednoczona. Tyle że był to w dużej mierze twór bez treści.

Schetyna nie był w stanie własnym przywództwem nadać Koalicji wyrazistej osobowości, jednoznacznego wizerunku. Jaki autor, takie dzieło. By wygrać na jesieni, Schetyna powinien skoncentrować się na tym, w czym się sprawdza: na układaniu personalnych łamigłówek, miejsc na listach, obsadzaniu stanowisk z jednym stanowiskiem kluczowym – kandydata na premiera, który mógłby zostać twarzą i osobowością tej kampanii, odegrać dokładnie taką rolę, jaką dla Jarosława Kaczyńskiego odegrała Beata Szydło cztery lata temu.

Emocje i oczekiwania

Po drugie, trzeba powołać profesjonalny sztab wyborczy złożony nie z polityków, lecz profesjonalistów, speców od komunikacji społecznej, autorów przemówień, spin doktorów, badaczy i analityków danych, strategów politycznych. Warto wydać część z 20-milionowej rocznej dotacji na staranne opracowanie komunikatu, który byłby w stanie zmobilizować antypisowski elektorat na tyle, by poszedł do urn. Nawet najbardziej intensywna kampania medialna będzie nieskuteczna, jeśli jej hasła nie trafią w emocje i oczekiwania.

Po trzecie, trzeba prowadzić kampanię w terenie, spotykając się z ludźmi na rynkach, jarmarkach i wiecach. Widać wyraźnie, że osobisty kontakt z wyborcami przełożył się na sukces wszystkich kandydatów Koalicji, którzy zdecydowali się taką kampanię prowadzić. Niestety, zdecydowana większość nie zrobiła w kampanii nic, przyjąwszy całkowicie bierną postawę. To cena, jaką PO zapłaciła za szeroką koalicję – jej najbardziej pracowici działacze poczuli się zdradzeni, a kandydaci z zewnątrz nie traktowali tej kampanii jak swojej. Po prostu dawali się wybrać.

Trzeba to powiedzieć otwarcie – kampania wyborcza Koalicji Europejskiej nie wyglądała jak obrona praworządności i demokracji. Doświadczenie wyborcy totalnie rozmijało się z dramatyczną retoryką anty-PiS, bo jeśli sytuacja Polski jest tak dramatyczna, jeśli przed nami „wielki wybór", to dlaczego nikt (poza wyjątkami, do głowy przychodzą dwa nazwiska) nie „gryzie trawy", zachowując się tak, jakby wybór mieli w kieszeni poprzez samą przynależność do zjednoczonej opozycji? Drużyna gwiazd nie wygra żadnego meczu, gdy jej rozpieszczeni zawodnicy nie będą grać, licząc, że zwycięstwo po prostu im się należy.

Biorąc pod uwagę jakość przywództwa, profesjonalizm kampanii, skalę transferów socjalnych władzy i zaangażowanie kandydatów Koalicji, przegrana opozycji jednym punktem procentowym to fantastyczny wynik. Polacy okazali się znacznie mądrzejsi od swoich polityków.

Mówiąc krótko, można wygrać z PiS-em i wszystko wskazuje na to, że nie jest to trudne. Pytanie drugie brzmi: Czy należy? Polityka prawicy prowadzi Polskę do nieuchronnego kryzysu. Ktokolwiek obejmie władzę na Nowogrodzkiej, będzie mógł jedynie jego nadejście odsuwać w czasie. Program 500+ kosztuje rocznie ok. 40 mld, 13. emerytura – 6 mld, obniżenie wieku emerytalnego – 12 mld, obniżenie podatków nieco ponad 10 mld i inne programy socjalne – razem ok. 15 mld. Do tego trzeba dodać koszty zamrożenia cen energii w wysokości co najmniej 20 mld rocznie. Razem obciążenia sztywne związane z realizacją polityki klientelizmu PiS wynoszą ok. 100 mld zł rocznie, co stanowi jedną czwartą całości budżetu państwa. Wszystkie rezerwy zostały już wykorzystane. Rząd przejmuje pozostałe pieniądze z OFE, deficyt dochodzi do granic możliwości, a system podatkowy został uszczelniony. Ekonomiści zgodnym chórem wieszczą nadejście światowego spowolnienia. Gospodarka globalna rozwija się w cyklach i po latach koniunktury przychodzi czas recesji. Recesja to obniżenie wpływów budżetowych, a przy braku możliwości ograniczenia wydatków skutek może być tylko jeden – załamanie budżetu, a co za tym idzie gwałtowne skasowanie wszystkich programów rozdawnictwa.

Po co nam władza

Pytanie zasadnicze brzmi – kto chce i powinien wziąć za to odpowiedzialność? Jeśli u władzy będzie dzisiejsza opozycja, rezultat może być tylko jeden – idealizacja prawicy (za PiS było dobrze) i jej powrót z przewagą konstytucyjną w kolejnych wyborach. To rządzący będą odpowiedzialni za kryzys w oczach wyborców. Niezależnie od tego, z jakiej partii będzie wywodził się premier.

Dlatego celem demokratycznej opozycji nie powinno być odsunięcie PiS od władzy. Jarosław Kaczyński powinien realizować swoją politykę gospodarczą, aż do jej bolesnych konsekwencji. Jedynym celem opozycji powinno być skuteczne powstrzymanie PiS przed zmianami ustrojowymi, które wprowadza: ochrona wolności mediów przed „demonopolizacją" i „repolonizacją", obrona niezależności sądów i wolnych wyborów. Krótko mówiąc: powstrzymanie instalacji autorytaryzmu w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości. Do realizacji tego celu nie jest potrzebny rząd. Mało tego, jak pisałem powyżej, przejęcie władzy przyniesie w stosunkowo krótkiej perspektywie, maksymalnie czterech lat, skutek odwrotny do zamierzonego: kryzys i wielki powrót w chwale zbawcy i dobroczyńcy narodu w postaci Jarosława Kaczyńskiego. By obronić polską demokrację niepotrzebna jest władza, lecz konieczna możliwość blokowania inicjatyw ustawodawczych PiS, a tę daje większość w Senacie i wetujący je prezydent.

Po 30 latach od pierwszych wyborów należy odwrócić hasło, z tamtych czasów: nasz prezydent, wasz premier. Jeśli prawdą jest, że stajemy przed wielkim wyborem dla przyszłości Polski, to należy zmienić politykę adekwatnie do wagi wyzwania. Nie bić się o władzę i ministerialne stołki w perspektywie najbliższej elekcji, lecz działać długofalowo. Polski wzrost gospodarczy jest już nie do uratowania, spróbujmy uratować polską demokrację. Celem opozycji nie powinno być przejęcie władzy, i co za tym idzie odpowiedzialności za bankructwo polityki swoich przeciwników, lecz zapewnienie kontroli, która zniweczy ich autorytarne plany.

Autor jest prezesem domu mediowego OMD, współpracownikiem Roberta Biedronia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA