fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Łukasz Warzecha: Czy prawica chce bicia kobiet?

Manifestacja przeciwników wypowiedzenia konwencji stambulskiej w Warszawie.
AFP
Spór o konwencję stambulską dotyczy wprowadzanych pojęć.

Kto zwalcza rząd PiS, ten chce zguby Polski – czy takie rozumowanie daje się obronić? Oczywiście – nie. To najczystsza demagogia. Jednak do tak właśnie skonstruowanej demagogii ucieka się część obrońców konwencji stambulskiej o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, twierdząc, że kto opowiada się za wypowiedzeniem przez Polskę tejże, ten chce pozwolić na bicie kobiet. To demagogia tak żenująca, że nawet trudno z nią dyskutować.

Jestem jeszcze w stanie zrozumieć, jeśli posługują się nią rozemocjonowani uczestnicy wieców, którzy pewnie nigdy do konwencji nawet nie zajrzeli. Gorzej, jeśli stosują ją politycy czy dziennikarze. Zastanawiam się, jak tłumaczą sobie oni motywacje polityków Solidarnej Polski czy prawników z Ordo Iuris. Naprawdę sądzą, że Zbigniew Ziobro czy mecenas Jerzy Kwaśniewski po nocach marzą o tym, żeby w końcu można było bezkarnie w Polsce tłuc kobiety, i wyczekują z utęsknieniem, aż sami będą mogli to zacząć robić, bo dotąd powstrzymuje ich przed tym jedynie właśnie konwencja?

To nie jest jedyny absurd w retoryce lewicy. Z jednej bowiem strony twierdzi ona, że poziom przemocy wobec kobiet jest w Polsce zastraszająco wysoki, z drugiej zaś zapomina, że konwencja obowiązuje nasz kraj już od pięciu lat. A to by znaczyło, że nie ma po prostu wpływu na sytuację. Czyli że można z niej bez szkody zrezygnować.

Inna sprawa, że tego rzekomo dramatycznego poziomu przemocy nie potwierdzają dane, ale tu lewica przyjmuje założenie heglowskie: jeśli teoria nie zgadza się z faktami, to tym gorzej dla faktów. Lewica twierdzi zatem, że bardzo niskie – znacznie niższe niż na Zachodzie – statystyki przemocy wobec kobiet wynikają z tego, że kobiety boją się zgłaszać swoje problemy, a ciemna liczba jest ogromna. Zarazem nie potrafią na poparcie tej tezy przedstawić nawet cienia dowodu.

Różnica między Polską a na przykład Skandynawią polega również na tym, że przy absurdalnym rozszerzeniu rozumienia przemocy na to, co dla rozsądnie myślącego człowieka jest zwykłym międzyludzkim konfliktem, statystyka musi być wyższa. Gdyby ludzie mieli zgłaszać jako przemoc każdą kłótnię o wyniesienie śmieci, jasne jest, że statystyki by wzrosły.

Dyskutując o konwencji stambulskiej, rozmawiajmy zatem nie o sprawach zmyślonych, ale realnych. Spór nie idzie o to, czy pozwolić na bicie kobiet, ale o to, jakie pojęcia wprowadza konwencja i czy jest to zagrożenie czy nie. Idzie głównie o pojęcie „płci społeczno-kulturowej”, czyli sztuczny konstrukt, wprowadzony przez lewicę. Jako że umowa nakłada na państwo polskie obowiązki, tworząc krajową strategię walki z przemocą w rodzinie, musimy ten konstrukt uwzględniać, co z kolei każe nam koncentrować działania na zagrożeniu, jakie mają – według konwencji – stwarzać tradycje i utarte role społeczne, zamiast skupiać się choćby na problemach takich jak alkoholizm czy różnego rodzaju uzależnienia.

Jasne jest, że lewica nie widzi tu zagrożenia, konserwatyści zaś – owszem. Jasne jest też dla każdego, kto konwencję choćby przeglądał, że posługuje się ona językiem w dużej części ideologicznym. Niech jednak to właśnie będzie przedmiotem sporu.

Autor jest publicystą i dziennikarzem tygodnika „Do Rzeczy"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA