fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Grzegorz W. Kołodko: Wbrew racji stanu

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Prezydent Andrzej Duda jest przekonany, że jego nagła waszyngtońska wizyta zwiększa szanse na reelekcję. Może jednak nie? – wątpi ekonomista i polityk.

Racja stanu polega na zapewnianiu warunków bezpiecznego i zrównoważonego rozwoju własnego narodu i państwa. W każdych okolicznościach jest to kategoria kontekstowa, której precyzowanie musi uwzględniać nie tylko doraźną sytuację geopolityczną i jej ekonomiczne implikacje, lecz również długookresowe megatrendy kształtujące przyszłość świata. Politycy – a już zwłaszcza ci spośród nich, którzy aspirują do roli mężów stanu – muszą wykazywać się zdolnością dalekosiężnego spojrzenia i odpowiedzialnością, muszą mieć zarówno wyczucie czasów, w których żyjemy, jak i wyobraźnię co może się dziać w przyszłości. Także tej daleko wykraczającej za ich urzędowe kadencje.

Polska racja stanu

Polska racja stanu wyraża się w dbałości o zagwarantowanie ustrojowych i materialnych warunków funkcjonowania państwa i gospodarki w interesie dobra wspólnego. Piecza ta musi być pragmatyczna i skuteczna, a nie werbalna i deklaratywna. Od przemówień na wiecach i wpisów na Twitterze dobrobyt się nie poprawia, od stosownych reform i mądrych działań – tak. Gdy tych pierwszych jest nadmiar, a tych drugich niedostatek, tracimy czas, nie wykorzystujemy szans, sytuacja miast poprawiać, pogarsza się. Jeśli nie bezwzględnie, to na pewno relatywnie; mogło być lepiej, ale nie jest.

Nasza racja stanu – podobnie jak i każdego innego państwa – jest zdeterminowana w pierwszej kolejności osiągniętym poziomem rozwoju oraz bliższym i dalszym otoczeniem. Współcześnie miejsce Polski na mapie to wygrana historii. O ile przez wieki położenie tu – na środkowoeuropejskich nizinach, w sąsiedztwie nieprzyjaznych czy wręcz wrogich nam państw – było swoistym przekleństwem, o tyle teraz znaleźć się na styku Wschodu z Zachodem, którego w pełni zintegrowaną częścią staliśmy się podczas ostatniego pokolenia, to ogromna szansa na dynamiczny rozwój. Do tego wszak potrzebna jest strategia dla Polski opierająca się na dobrze pojmowanej racji stanu, a nie na jej zaprzeczeniu.

Sąsiedztwo z jednej strony Niemiec i dalej Zachodu, a z drugiej Rosji i dalej Wschodu, to zważywszy na całokształt sytuacji geopolitycznej dogodne warunki do dalszego rozwoju. Trzeba je wszakże chcieć i umieć wykorzystać. A tego polityka żadnej z post-solidarnościowych partii, a już w szczególności Prawo i Sprawiedliwość nie czyni w należyty sposób. Trzeba bowiem intensyfikować współpracę gospodarczą nie tylko z Zachodem i stamtąd przyciągać bezpośrednie inwestycje, lecz także ze Wschodem, zwłaszcza z Rosją i Chinami. Tym bardziej, że jedna ma ogrom potrzebnych nam surowców, drugie poszukiwane u nas produkty, technologie i kapitał, a oba kraje chłonne rynki na nasze towary. Podsycanie rusofobii i sinofobii, jakże nagminne w polskim politykowaniu, jest sprzeczne z naszymi interesami, szkodzi bowiem narodowemu bezpieczeństwu i utrudnia rozwój gospodarczy. Immanentny aspekt ekonomicznej racji stanu to szerokie otwarcie gospodarki na wymianę handlową i współpracę z całym światem, nie tylko z bliską nam w tej epoce ideowo i kulturowo jego częścią.

Kluczowym ogniwem polskiej racji stanu jest wspomaganie procesu integracji europejskiej i wykorzystywanie go na rzecz własnego rozwoju. Integrację europejską trzeba wzmacniać, a nie osłabiać poprzez a to rozmaite koncepcje grupy wyszehradzkiej, oczywiście z megalomańską Polską na czele, a to pomysł tzw. Trójmorza traktowanego jako czynnik osłabiania instytucjonalnej i politycznej zwartości Unii Europejskiej. Nie dlatego Donald Trump jako prezydent USA jedną ze swych pierwszych zagranicznych wizyt złożył w Warszawie, że ceni i szanuje Polskę – bo nie cechuje go i jego polityki ani jedno, ani drugie – ale ponieważ doradcy wytłumaczyli mu, iż projekt Trójmorza, choć tak naprawdę bez przyszłości, może być instrumentem osłabiania integracji europejskiej. A na tym prezydentowi Trumpowi akurat zależy. Według jego mniemania wszystko, co komplikuje innym sytuację, poprawia szansę na uczynienie Ameryki „great again!”. Im inni słabsi, tym my silniejsi. Nawet gdyby tak było – a nie jest – to niech martwi się o to amerykański prezydent, a polski niech troszczy się nie o jego, a o polską rację stanu.

Konsekwentnie uważam, że w kategoriach długookresowych – a racja stanu tego właśnie dotyczy – interesy Polski będą miały się lepiej, jeśli przystąpimy do wspólnego obszaru walutowego euro. Nie chodzi tylko o wagę polityczną tego kolejnego etapu integracji europejskiej, lecz głównie o korzyści gospodarcze. O ile można jeszcze pojąć odkładanie tego projektu „na potem”, o tyle żenujący jest pogląd, głoszony również przez prezydenta Andrzeja Dudę, że sprawę podejmiemy, jak zrównają się płace w Polsce z wynagrodzeniami w Niemczech. Takie traktowanie sprawy też jest sprzeczne z racją stanu, gdyż osłabia nasze możliwości rozwojowe, bo wprowadzenie euro (przy właściwym kursie, co zawsze podkreślam) skracałoby okres doganiania krajów od nas bogatszych.

Prestiż Polski

W ostatnich latach prestiż Polski wiele ucierpiał. Nie dlatego, że nas na świecie nie lubią i ktoś obcy chce nas jakoby osłabiać, ale ponieważ psują opinie o nas samych liczne wypowiedzi i zachowania rodzimych polityków. Okres pięcioletnich rządów PiS-u i prezydenta Dudy zapisuje się pod tym względem dobitnie. To znamienne, ale w tym czasie najbardziej na świecie opiniotwórczy w profesjonalnych sferach biznesu i gospodarki anglo-amerykański tygodnik „The Economist” nie napisał nic korzystnego o Polsce. Trudno, acz o gospodarce, która jest jedną z lepszych stron naszej rzeczywistości, mógłby. Jednakże nasi władcy dostarczają tyle ciekawych materiałów z innych sfer życia publicznego, że jest o czym pisać – od nierespektowania Konstytucji przez Prezydenta Państwa do padania koni w elitarnej stadninie, od nietolerancji wobec mniejszości seksualnych do klerykalizacji życia publicznego, od manipulacji publicznymi mediami do chorobliwego antykomunizmu bez komunistów, od wyrąbywania Puszczy Białowiejskiej do odrąbywania Mierzei Wiślanej.

Nierzadkie bezkrytyczne naśladowanie Zachodu, widoczne choćby w zachwaszczaniu języka polskiego; rozdęte partyjniactwo, także w sprawach, w których ewidentnie chodzić powinno o wspólne dobro; emocjonalne zachowania i idące w ślad za tym bulwersujące wypowiedzi prominentów sceny politycznej; seria nieracjonalnych posunięć i zaniechań w polityce zagranicznej – to wszystko jest wbrew polskiej racji stanu. Czasami wypadałoby kierować się po prostu zdrowym rozsądkiem i uczciwością (zalicza się do niej też szczerość i prawdomówność), ale racja stanu to dużo więcej. Wymaga jeszcze mądrego patriotyzmu. Ale czy patriotyzm może być niemądry? Niestety tak. Tak jest wtedy, gdy myli się go z nieroztropnością, bo do tego w epoce nieodwracalnej globalizacji gospodarki i informacji, kultury i nauki, sportu i turystyki kwalifikują się protekcjonizm, populizm, nacjonalizm, ksenofobia i szowinizm.

Tak oto Polska, która jeszcze niedawno cieszyła się za granicami prestiżem – być może nawet większym niż na to zasługiwała, teraz ma go dużo mniej, niż obiektywnie na to zapracowała. Ale pracują też elity polityczne, w tym Pan Prezydent, mamy zatem tego efekty.

Do Białego Domu na zawołanie

Są mężowie stanu, którzy nie lecą do Waszyngtonu na zawołanie amerykańskiego prezydenta. Kanclerz Angela Merkel odmówiła złożenia wizyty w Białym Domu zwoływanej pod pretekstem spotkania przywódców krajów G-7, gdyż podporządkowuje swoją agendę sprawom Niemiec, a nie hamowaniu spadku poparcia starającego się o reelekcją prezydenta USA. Prezydent Polski melduje się na wezwanie. Obaj prezydenci traktują to spotkanie instrumentalnie jako element prowadzonych kampanii wyborczych, wierząc, że pomoże im w zabiegach o utrzymanie stanowiska.

Biały Dom w komunikacie o nagłym przyjeździe polskiego prezydenta informuje o planowanych tematach rozmów: „Prezydenci będą omawiać dalsze wzmacnianie współpracy w zakresie obronności, handlu, energii i bezpieczeństwa telekomunikacyjnego”. Żadne to zaskoczenie, bo w każdym z nich chodzi o amerykańskie interesy polityczne i gospodarcze, którym Polska ma podporządkować swoje długofalowe interesy. Wiadomo czego dotyczą sprawy energii. Chodzi o zwiększenie zakupu niekonkurencyjnego amerykańskiego gazu, LNG, w zamian za zmniejszenie importu z Rosji. W tym też celu już od kilku lat Polska współdziała z USA w skądinąd skazanych na niepowodzenie próbach storpedowania rosyjsko-niemieckiego projektu podmorskiego gazociągu Nord Stream 2. To nic, że koniec końców zapłacimy trochę drożej za energię, ale za to ile będziemy słyszeć o zwiększonym „bezpieczeństwie energetycznym” Polski i dzięki nam całej Europy! Zwiększą się za to zyski amerykańskich firm energetycznych, także tych, które sowicie finansują show wyborczy prezydenta Trumpa. Zamiast poprawiać, psuje to nam jeszcze bardziej i tak już fatalne stosunki z Rosją. To wbrew polskiej racji stanu.

Co zaś tyczy się „bezpieczeństwa telekomunikacyjnego”, to chodzi przede wszystkim o blokowanie dostępu do europejskiego rynku chińskim firmom high-tech, zwłaszcza Huawei, które dysponuje najlepszą technologią szybkiego internetu piątej generacji, 5G. Amerykańskie firmy nie potrafią sprostać chińskiej konkurencji, uciekają się więc do protekcjonizmu i swoistych transakcji wiązanych. Dotyczy to też innych krajów, które w tej sprawie szantażuje prezydent Trump, w tym tak znaczących jak Wielka Brytania, której grozi się zablokowaniem sprzedaży myśliwców F-35, oraz Włochy, które w przypadku akceptacji oferty Huawei miałaby być odcięte od dostępu do NATO-wskich informacji wywiadowczych. To nic, że to nie sprzyja tak pożądanemu rozwojowi współpracy gospodarczej z Chinami. To nic, że w rezultacie później uzyskamy dostęp do szybkiego internetu i będziemy za niego płacić drożej. Przecież to zwiększy nasze „bezpieczeństwo telekomunikacyjnym”… Taka polityka jest wbrew polskiej racji stanu.

Obce wojska na polskiej ziemi

Większość państw NATO słusznie nie przeznacza na wydatki wojskowe 2 proc. dochodu narodowego, bo są świadome rzeczywistych priorytetów społecznych i gospodarczych, takich jak ochrona zdrowia i inwestycje w kapitał ludzki, troska o środowisko naturalne i inwestycje w infrastrukturę. Ale są i takie jak Polska, które pod naciskiem amerykańskim w swojej gorliwości chętnie marnuje coraz więcej środków publicznych. W tym roku jest to już 2,1 proc. PKB, za kilka lat ma być aż 2,5 proc. Oczywiście, niebłaha część idzie na zakup amerykańskiej broni. Nie trzeba dodawać, że tamtejsze koncerny zbrojeniowe niemniej sowicie niż te energetyczne wspierają starania prezydenta Trumpa o kolejne cztery lata w Białym Domu. Niemcy nie zamierzają przepłacać za amerykański gaz i podnosić swych wydatków wojskowych do 2 proc. PKB, więc prezydent USA ogłasza, że wycofa stamtąd 9500 żołnierzy.

I oto Polska – a dokładniej jej władcy – ponawiają gotowość przyjęcia wielu z nich na swojej ziemi. Co więcej, prezydent Duda deklaruje gotowość do wydatkowaniem na ten cel z naszego budżetu prawie 10 miliardów złotych! W ten sposób prezydent Trump, którego tak naprawdę Polska nie obchodzi, chce za jednym zamachem osiągnąć trzy cele: zrobić dobrze swojemu, jakże wpływowemu lobby militarno-przemysłowo-politycznemu, ukarać Niemcy i dokuczyć Rosji. W sposób oczywisty bowiem realokacja amerykańskich wojsk bliżej jej granic potraktowana zostanie jako prowokacja, której Rosja nie pozostawi bez odpowiedzi.

Prezydent Duda jest przekonany, że jego nagła waszyngtońska wizyta zwiększa szanse na reelekcję. Może jednak nie? Może jednak dotrze do świadomości społecznej, że działa on wbrew polskiej racji stanu, czyli także na szkodę swoich wyborców. Notabene, tylko jeden z kandydatów do najwyższego urzędu w państwie wyraźnie opowiada się przeciwko nieracjonalnym wydatkom wojskowym i sprowadzaniu obcej armii na ojczystą ziemię. Pozostali nie rozumieją istoty sprawy, czy najzwyczajniej się boją? Tchórze nie nadają się na mężów stanu.

Gdyby prezydent Polski takowym był, to na scenie krajowej zażądałby obecnie – zwłaszcza w obliczu ogromnego kryzysu wywołanego zarazą – zamrożenia wydatków wojskowych i przesunięcia kwoty ich planowanego przyrostu na cele społeczne i rozwojowe. Na scenie międzynarodowej zaś wezwałby innych mężów stanu do pójścia podobnym śladem. W ten sposób z polskiej inicjatywy rozpocząć mógłby się tak potrzebny światu dialog o konieczności przerwania spirali zbrojeń i jej odwróceniu.

Czyż to nie kuriozalne, że naród może ponownie wybrać na prezydenta kogoś, kto nie służy narodowej racji stanu? Może, nie musi…

Prof. Grzegorz W. Kołodko jest wykładowcą Akademii Leona Koźmińskiego, w przeszłości był czterokrotnie wicepremierem i ministrem finansów

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA