fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Memches: Europa nie będzie umierać za Gdańsk

Fotorzepa/Waldemar Kompała
Zachód prowadzi grę z Rosją, biorąc poważnie pod uwagę jej geopolityczne aspiracje. A Moskwa w szermującej hasłem „Za wolność naszą i waszą" Polsce widzi wielkiego psuja stosunków międzynarodowych – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"

Wokół współczesnych stosunków polsko-rosyjskich narosło nad Wisłą mnóstwo politycznych złudzeń. Podstawowe sprowadza się do tego, że na Kremlu 16 lat temu usadowił się były oficer KGB, który tak naprawdę nigdy nim nie przestał być. Człowiek ten restytuuje i konserwuje imperialne dziedzictwo ZSRR, czego apogeum nastąpiło w 2014 roku, gdy Rosja zagarnęła Krym i wkroczyła do Donbasu.

Jeśli tak, to wystarczy, że Rosjanie obalą obecny postsowiecki reżim i zrobią u siebie prozachodni, liberalno-demokratyczny majdan, a Moskwa stanie się stolicą przyjazną Warszawie. Tyle że na coś takiego się nie zapowiada. Pozostaje więc snuć scenariusze w oparciu o pesymistyczny rozwój wypadków. I cieszyć się, że tym razem, inaczej niż w drugiej połowie XX wieku, jesteśmy po właściwej stronie barykady – w zachodnich strukturach politycznych, militarnych, gospodarczych, które być może nie dadzą nas skrzywdzić.

Połączenie białej i czerwonej tradycji

Dwa lata, jakie dzielą nas od wybuchu konfliktu na Ukrainie, pokazały jednak dobitnie, że nie ma czegoś takiego jak jednolita wspólnota Zachodu. W NATO ścierają się rozmaite koncepcje polityki bezpieczeństwa, a w Unii Europejskiej nie ma wspólnego zdania co do definicji solidarności, jaka powinna łączyć jej członków. Kraje UE oraz USA mają też różny stosunek do Rosji. Nawet w poszczególnych państwach trwają wśród ich elit politycznych dyskusje w tej sprawie.

Wizja Rosji jako złowrogiego postsowieckiego imperium jest rozpowszechniona przede wszystkim tam, gdzie żywa pozostaje pamięć obejmująca czasy ZSRR – zwłaszcza jeśli zjawisku temu towarzyszy obecność ludności rosyjskiej, która kontestuje miejscowe władze i doskonale się nadaje na mięso armatnie w wojnie hybrydowej Kremla. To przypadek Estonii, Łotwy i Litwy. Spośród krajów paktu północnoatlantyckiego i Unii te trzy byłe republiki sowieckie są najbardziej narażone na działania dywersyjne ze strony Moskwy. Dlatego mogą liczyć w Polsce na całkowite zrozumienie.

Zrozumienie dla obaw, jakie w krajach dawnego bloku wschodniego wywołuje Kreml, oficjalnie również wyrażają kraje „starej" UE oraz Biały Dom. Kiedy Rosja zajęła Krym, zdecydowały one nawet o sankcjach wobec niej. Reset Waszyngtonu z Moskwą przeszedł do przeszłości, a Angela Merkel ogłosiła, że Władimir Putin, atakując Ukrainę, zwariował.

Niemniej nie przeszkadza to państwom zachodnim – z wyjątkiem Finlandii i Szwecji, które rozważają dziś wstąpienie do NATO – kontynuować współpracy z Rosją w różnych dziedzinach, czego wymownym symbolem mogą być negocjacje europejskich koncernów energetycznych z Gazpromem w kwestii Nord Stream 2. Nic także nie wskazuje na to, aby Ameryka, Wielka Brytania, Francja czy Niemcy były zdeterminowane do wywarcia na Moskwę takiego nacisku, który spowodowałby wycofanie się jej z Ukrainy.

A jak wygląda sytuacja po stronie Rosji? Blisko siedem lat temu Jan Rokita w rozmowie z Igorem Jankem na łamach „Plusa Minusa" sformułował tezę, że kraj ten przechodzi proces „denikinizacji" (od nazwiska białego generała Antona Denikina). Oznacza to – mówił były polityk – że po upadku komunizmu i krachu ZSRR Biała Gwardia odniosła pośmiertne zwycięstwo w wojnie domowej „ku satysfakcji świata i przestrachowi Polaków". Według Rokity Rosja, w której coś takiego się dzieje, jawi się jako państwo umiarkowanie prozachodnie z szerokim zakresem swobód politycznych (a więc takie, jakiego chciał Denikin).

Rzecz jasna mówienie o tym, że od ćwierćwiecza mamy w Rosji do czynienia z powrotem do czasów przedrewolucyjnych, to przesada – postsowiecka rzeczywistość stanowi synkretyczne połączenie różnych tradycji politycznych. Niemniej rosyjski establishment polityczno-biznesowy dostrzega w układaniu się z Zachodem swój żywotny interes. Może społeczeństwo, nad którym sprawuje władzę, konsolidować bałamutną antyamerykańską propagandą, opowieściami o zgniłym zachodnim liberalizmie, ale przecież nie opłaca mu się realnie izolować od krajów będących dla niego źródłem dobrobytu.

Problemem w tej sytuacji jest stanowisko Polski, która – zwracając uwagę na zagrożenie ze strony Kremla i sprzeciwiając się rozszerzaniu rosyjskich wpływów na dawne republiki sowieckie – utrudnia harmonijną współpracę między Moskwą a Zachodem.

Narzędzie gry z Kremlem

Putin w istocie jest kontynuatorem linii Borysa Jelcyna, który w latach 90. przeszedł ewolucję – od grabarza Związku Sowieckiego do pacyfikatora Czeczenii. Fakt, obecny rosyjski przywódca zrewidował politykę poprzednika, dostosowując ją do zmieniających się okoliczności (zwłaszcza wzrostu cen ropy naftowej i gazu, co przyczyniło się do znaczącej poprawy sytuacji ekonomicznej Rosji), ale zarazem nie doprowadził do powrotu zimnej wojny. Gniewne reakcje Zachodu na aneksję Krymu nie trwały długo.

We współpracy Rosji z Zachodem w ciągu minionych 16 lat były okresy lepsze i gorsze. Teraz obserwujemy napięcia, lecz warto przypomnieć, że po zamachach z 11 września 2001 roku Moskwa zgłosiła akces do koalicji antyterrorystycznej – Putin tym samym w ważnej sprawie stanął po stronie Waszyngtonu.

W takim kontekście należy też postrzegać decyzję USA z 17 września 2009 roku, kiedy Biały Dom ogłosił rezygnację z budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. Zdaniem komentującego wtedy tamto wydarzenie rosyjskiego politologa Andrieja Piontkowskiego – a znany jest on z tego, że nie szczędzi krytyki Kremlowi – to, że ów krok podjęto w 70. rocznicę agresji sowieckiej na II RP, nabrało symbolicznej wymowy. Piontkowski stwierdził, że tym samym zatriumfowało lobby prorosyjskie w Waszyngtonie – tacy politycy jak Henry Kissinger czy James Baker.

Tak więc jeśli mamy w tej chwili do czynienia z powrotem do jakichś wydarzeń z przeszłości, to do XIX-wiecznego koncertu mocarstw, którego Rosja była znaczącym współuczestnikiem. Zachód prowadzi z nią grę, biorąc poważnie pod uwagę jej geopolityczne aspiracje – to, że Ukrainę traktuje ona, tak jak inne dawne republiki sowieckie, jako swoją „sferę uprzywilejowanych interesów", a w szermującej hasłem „Za wolność naszą i waszą" Polsce widzi Moskwa wielkiego psuja stosunków międzynarodowych.

Dla mocarstw zachodnich Polska jest głównie narzędziem ich gry z Kremlem. W sensie formalnym, którego rzecz jasna nie można lekceważyć, pozostaje członkiem paktu północnoatlantyckiego i Unii. Ale praktycznie może się okazać, iż istotnym czynnikiem jest to, że Polska niegdyś należała do Układu Warszawskiego i RWPG, więc jej stosunki z Rosją będą na Zachodzie traktowane jako wewnętrzne sprawy Europy Środkowej i Wschodniej.

Putin, następca carów

Dlatego trzeba się wyzbyć romantycznych wyobrażeń na temat sojuszników, którzy często nabierają nas wzniosłą retoryką. Przykładem może być wystąpienie Baracka Obamy w Warszawie z okazji 25. rocznicy wyborów do Sejmu kontraktowego, kiedy chwalił Polaków za zrywy wolnościowe.

Tak jak we wrześniu 1939 roku, tak i dziś Anglicy i Francuzi nie chcą umierać za Gdańsk czy jakiekolwiek inne polskie miasto. Putin zaś postrzegany jest przez zachodnie elity polityczne jak następca carów, a nie nowe wcielenie komunistycznego genseka, mimo że faktycznie pozostaje dzieckiem ZSRR, a nie przedrewolucyjnej Rosji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA