fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jadwiga Emilewicz: Wojna smoleńska

archiwum prywatne
Donald Tusk i Jarosław Kaczyński wspólnie ponoszą odpowiedzialność za przerwanie ciszy i zgody narodowej po 10 kwietnia 2010 r. To oni odarli nas z przekonania, że katastrofa jest sprawą państwową, nie partyjną, a ofiary reprezentowały nas wszystkich – pisze polityk Polski Razem.

Po czterech latach od katastrofy pod Smoleńskiem nadal niewiele o niej wiemy. Rządzący zakpili sobie z nas, nie próbując nawet wyjaśnić, co się stało 10 kwietnia 2010 roku. Nie ma w nich determinacji równej tej, z jaką ostatnio poszukiwano wraku samolotu malezyjskich linii lotniczych. Ale to nie dziwi już nikogo, ponieważ żadna ze stron nie jest zainteresowana wyjaśnieniem tragedii. Dwie największe partie na konflikcie budują swoją polityczną tożsamość. Program PiS i PO sprowadza się do jednego postulatu – zniszczyć przeciwnika. Zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego to może ostatnia szansa wymiany rządzących nami od 25 lat elit.

Partyjne latyfundia

10 kwietnia pod Smoleńskiem zginęła znakomita część polskiej elity politycznej. Nie spod jednego znaku, ale elity Rzeczypospolitej. Po chwili namysłu i zjednoczenia nad grobami, po słowach Moniki Olejnik przy trumnach pary prezydenckiej dwóch harcowników przestraszyło się porozumienia narodowego i rozpoczęło nowy etap wojny podjazdowej. Zamiast zgody co do spraw zasadniczych – wyjaśnienia katastrofy, naprawy instytucji, ustalenia priorytetów w polityce zagranicznej – mamy jałowe spory i licytację na inwektywy.

Obóz rządzący, drażniąc opozycję arogancją, serwuje obietnicę „normalności". Zgodnie z nią można obrażać polskich generałów, natrząsać się z tragedii ludzkich, nie dbać o procedury, bo i tak przecież wiemy, że to błąd pilotów był przyczyną katastrofy. To diagnoza „normalsów". Dla nich niedokończona historia pozwala się szlachetnie różnić od rozjuszonego, rzucającego na oślep oskarżenia przeciwnika. Jest normalnie, estetycznie, czyli europejsko – mówi nam codziennie premier Tusk. Za to nas wybierajcie.

PiS zaś potrzebuje stanu bez odpowiedzi, ponieważ to jedyne paliwo programowe, jakie posiada. Smoleńsk jest początkiem i końcem politycznej historii PiS. Wszelkie próby merytorycznej debaty nie przynoszą spektakularnych efektów sondażowych. Awantura wokół zespołu Macierewicza cementuje i mobilizuje betonowy elektorat.

Donald Tusk i Jarosław Kaczyński w imię swoich prywatnych interesów rozpoczęli niszczycielską wojnę polsko-polską, podsycając waśnie i rozbijając wspólnotę. To oni ponoszą odpowiedzialność za przerwanie ciszy i zgody narodowej. To oni odarli nas z przekonania, że katastrofa jest sprawą państwową, nie partyjną, a ofiary reprezentowały nas wszystkich. Prezydent, ministrowie, generałowie byli urzędnikami Rzeczypospolitej – nie funkcjonariuszami partyjnymi.

Przekonanie to rozbili obaj liderzy, fundując nam – jak w Rzeczypospolitej szlacheckiej – dwie magnackie koterie, które nie obumierają, ale stale się reprodukują. Nowi, którzy wchodzą do latyfundiów, imitują starszych. Nie chcą lub nie mogą zaproponować nowej polityki.

Z odwróconą głową

10 kwietnia wraz z grupą przyjaciół poszliśmy na mszę świętą do katedry wawelskiej. Poranną, bez tłumów. Po mszy chcieliśmy złożyć kwiaty na grobie pary prezydenckiej. Pod Wieżą Srebrnych Dzwonów spotkaliśmy lokalnych działaczy PiS, wśród nich także znajomych z czasów przedpolitycznych. Na nasz widok odwracali głowy. Zamiast radości z doświadczenia wspólnoty, uznania, że są sprawy, które nas łączą – były zacięte twarze. Znowu tożsamość partyjna wyprzedziła narodową.

W rządzącej Platformie nie ma determinacji równej tej, z jaką poszukiwano wraku samolotu malezyjskich linii lotniczych

Katastrofa smoleńska obnażyła słabość państwa i jego instytucji. Przygotowanie tamtej wizyty, złamane procedury, rosyjscy kontrolerzy lotu z drewnianej budy bez odpowiedniego oprzyrządowania sprowadzający najważniejszy polski lot to symbole słabego państwa. Tragiczna lekcja smoleńska to lekcja o potrzebie silnego państwa. Tylko silne państwo jest bowiem gwarantem bezpieczeństwa, warunkiem realizacji dobra wspólnego.

Po latach rządów „normalsów" i „zmutowanych" mamy Polskę, w której wykopano rowy, zniszczono wspólnotę i nie napisano żadnego poważnego projektu politycznego. Konflikt tych dwóch obozów nie pozwala dziś rozwiązać żadnego realnego problemu.

Sytuacja rodzin, samorząd, Sejm, Parlament Europejski – wszędzie tam zamiast współpracy mamy bezsensowny konflikt dwóch plemion, który dawno już wykroczył poza ramy politycznej rywalizacji. To walka na śmierć i życie. Jedynym planem rządów Donalda Tuska jest niedopuszczenie PiS do władzy. Program Jarosława Kaczyńskiego ogranicza się do postulatu postawienia Donalda Tuska przed Trybunałem Stanu. Dwie partie stworzyły niszczący dla Polski sojusz. Ich jedynym planem jest walka z drugim obozem, a nie lepsza Polska.

Czas zejść ze sceny

Wniosek, jaki wyciągamy ze Smoleńska, to konieczność odbudowy silnego, sprawnego państwa. Państwa, w którym jasne procedury i przejrzyste zasady chronią przed bezmyślnymi zachowaniami, przed bylejakością. Bilans ostatnich lat dowodzi, że ciągle gramy poniżej swoich możliwości. Cieszymy się z kilku nowych autostrad, zielonych trawników czy placów zabaw, zrealizowanych za pieniądze pochodzące z europejskich dotacji. To nie są jednak osiągnięcia na miarę oczekiwań i możliwości Polaków.

Zakonserwowany polityczny układ Tusk–Kaczyński nie jest w stanie zaproponować programu drugiej prędkości na najbliższą dekadę. Nowe cele mogą wyznaczyć nowe elity, a o ich kształcie przesądzą najpewniej zbliżające się wybory. Na scenę może wejść nowe pokolenie polityków, którzy wyrastają z innych niż wypalone PO–PiS-owe środowiska.

Uruchomiona jesienią ubiegłego roku inicjatywa społeczna „Godzina dla Polski" pokazała, że setki młodych Polaków starają się pracować na rzecz dobra wspólnego pomimo bylejakości państwa. Mają doświadczenie, wiedzę i zasady, którymi kierują się w codziennej pracy. Są gotowi wziąć odpowiedzialność i bez kompleksów budować silne państwo. Chcą dyskutować o pomysłach na armię, o unii bankowej, o budżecie partycypacyjnym – nie o cechach osobowościowych przeciwników politycznych, bo państwo dla nich to nie kozetka w gabinecie psychoterapii.

Niedługo będziemy świętować 25. rocznicę wyborów 4 czerwca. Zapominamy o tym, że bohaterowie tamtych wydarzeń wciąż są architektami polskiej sceny politycznej. Po 25 latach na scenie pozostają Donald Tusk, Jarosław Kaczyński czy Leszek Miller. Dzisiaj jednak muszą się zmierzyć z nowymi wyzwaniami. Demografia, emigracja, procesy integracyjne w Europie, bezrobocie – na te pytania politycy, którzy siedzieli przy Okrągłym Stole, nie mają już odpowiedzi.

Ćwierćwiecze w życiu publicznym to czas, po którym należy schodzić ze sceny, a nie rozdawać na niej role. Dziś dziękujemy im za wolność i zapraszamy na zasłużony odpoczynek.

Autorka jest absolwentką ?Uniwersytetu Jagiellońskiego. ?Współpracuje z Ośrodkiem Myśli Politycznej. Była dyrektorem Muzeum PRL w Krakowie ?– oddziału Muzeum Historii Polski. ?Kandyduje do Parlamentu Europejskiego ?z listy Polski Razem Jarosława Gowina

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA