fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wybory: nieuczciwe i niekonstytucyjne - nieważne?

Adobe Stock
Uchwała Sądu Najwyższego z 3 sierpnia 2020 r. w sprawie ważności wyborów prezydenckich jest aktem stosowania prawa, wydanym w polskim porządku prawnym, ale jest kontrowersyjna. Zanim się do niej odniesiemy, przybliżmy, co działo się w tym roku. Mieliśmy w tym roku bowiem cykl niekonstytucyjnych działań w całym procesie dotyczącym wyboru Prezydenta RP. Należy je przedstawić po kolei. Swoją drogą, czy to jest sukces wygrać różnicą 2% głosów w takich okolicznościach?

Po pierwsze, brak wprowadzenia stanu nadzwyczajnego w marcu. Wszyscy wiemy, jaka sytuacja była w Polsce na wiosnę. Ludzie zostali zamknięci w domach, jakby system był prawie totalitarny. Po prostu były to nadzwyczajne środki podjęte w związku z pandemią i nieznanym zagrożeniem, a nawet w związku z paniką pandemiczną. A przecież, jeśli środki są tak nadzwyczajne, to i należało ogłosić stan nadzwyczajny, zgodnie z konstytucją. Wówczas wybory automatycznie przesunięto by na jesień czy zimę. Urzędujący Prezydent milczał wówczas.

Po drugie, niekonstytucyjne zakazy w czasie stanu epidemicznego. Zakazy przebywania w miejscu publicznym czy zgromadzeń okazują się niekonstytucyjne. Widać to w orzecznictwie sądów. Po prostu polska konstytucja wymaga ustawy i stanu nadzwyczajnego do takich ograniczeń wolności. Szły one za daleko. Wymagają odpowiedniej podstawy prawnej. Rząd parł do wyborów.

Po trzecie, brak wyborów 10 maja. Brak wyborów jest skandalem, choć wówczas nie dało się ich zorganizować. Samorządy nie współpracowały. Była obawa pandemii. Niemniej, nie wprowadzono stanu nadzwyczajnego, by nawet tę kwestię braku wyborów legalnie załatwić.

Po czwarte, niekonstytucyjna uchwała PKW z 10 maja. Uchwała PKW, która stwierdzała, że wybory nie odbyły się, a sytuacja jest analogiczna do braku kandydatów, była niekonstytucyjna. PKW powinien powiedzieć, że wybory mogą odbyć się dopiero w sierpniu 2020 r., zgodnie z konstytucją. Termin konstytucyjny „przepadł” po 23 maja, a „otwierał się” dopiero po opróżnieniu urzędu, tj. po 6 sierpnia. PKW jednak ominął SN i przekazał sprawę Marszałkowi Sejmu.

Po piąte, od początku roku nierówność szans kandydatów, tj. propaganda w TVP. Dla przeciętnego obserwatora jest chyba jasne, że jeden kandydat, tj. Andrzej Duda, był przedstawiany pozytywnie w mediach publicznych. Inni kandydaci byli przedstawiani negatywnie. Dotyczyło to ostatnio zwłaszcza Prezydenta Warszawy. Prawie wszystkie informacje o nim były negatywne – było to czynione nachalnie, ale skutecznie. To mogło wpłynąć na niedecydowanych wyborców.

Po szóste, agitacja rządu w czasie kampanii. Na niespotykaną skalę w kampanię zaangażował się rząd, premier, ministrowie. Jeździli w teren. Mobilizowali elektorat PiS w małych miejscowościach. Tam obiecywano wozy strażackie za frekwencję. Wręczano czeki - bez podstawy prawnej - na inwestycje lokalne, drogowe, etc. Aparat państwa wsparł jednego kandydata. Budżet państwa także wsparł. Te działania mogły wpłynąć na wynik wyborów. Mogły przekonać pewną grupę wyborców, np. z mniejszych miejscowości, do głosu na urzędującego Prezydenta Dudę.

Po siódme, zmiany prawa wyborczego ad hoc. Zmiany wyborcze od marca były dokonywane nagle, bez wymaganego długiego vacatio legis, tj. okresu między ogłoszeniem prawa a wejściem w życie. Oczywiście, warunki były wyjątkowe, tj. obawa przed pandemią. A wybory trzeba było przeprowadzić w końcu, bo tego wymaga konstytucja i ustrój demokratyczny. Gdyby jednak ogłoszono stan nadzwyczajny, nie byłoby tego zarzutu o chwiejne prawo wyborcze.

Po ósme, problemy z dostarczaniem pakietów wyborczych i rejestracją wyborców. Zarówno 28 czerwca, jak 12 lipca pojawiły się te same problemy z organizacją wyborów. Chodzi o niedostarczanie pakietów wyborczych na czas, głównie za granicą. Chodzi też o problem z dopisaniem się do listy wyborców - i to nie tylko za granicą. Były to naruszenia prawa, choć pewnie „nie miały wpływu na wynik wyborów” w ujęciu globalnym. Tu można zgodzić się z PKW i SN.

Po dziewiąte, niekonstytucyjny termin wyborów w czerwcu i lipcu. Został wprowadzony ustawą. Wedle konstytucji, wybory najpóźniej mogły odbyć się 23 maja, jak wspomniano. Termin ten „przepadł”, bo nie zorganizowano wyborów w maju. Kolejny termin konstytucyjny wypada po 6 sierpnia. Specjalna ustawa wyborcza nie może być ważniejsza od konstytucji. Ustawa, wydana nawet w czasie pandemii, nie jest wyższym prawem od konstytucji. Zatem należy stosować konstytucję, gdy jest sprzeczność między normami. Uczy się tego na 1. roku studiów prawniczych.

Po dziesiąte, niekonstytucyjne sprawozdanie PKW z wyborów i niekonstytucyjna uchwała SN o stwierdzeniu ważności wyborów. Sprawozdanie PKW z 27 lipca na temat wyborów (50 s.) można skwitować zdaniem: prześlizgnięto się po trudnym temacie, bez wspominania agitacji rządu czy propagandy mediów publicznych. Przecież to jest wręcz wymagane, aby to podnieść w opinii PKW, zwłaszcza znając krytyczny raport OBWE o wyborach w Polsce. To samo można powiedzieć o uchwale Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN z 3 sierpnia, stwierdzającej ważność wyborów. Tam też zabrakło wieloaspektowej, trudnej i wymagającej analizy tych wyborów. Pominięto w ogóle problem agitacji rządu. Problem propagandy mediów publicznych zbyto takim mniej więcej stwierdzeniem, że nawet jeśli informacje były „nierzetelne”, to przecież jest „pluralizm mediów” i nie ma tu „wpływu na ważność wyborów”. Niekonstytucyjny termin wyborów uzasadniono… ustawą. Jest to ucieczka od oceny wyborów w świetle standardów Rady Europy. Przecież wybory były zaprzeczeniem zasady neutralności władz i mediów publicznych w kampanii. Wybory zaprzeczyły równości szans. Izba uciekła od tego tematu. Ma inne standardy.

Ani prawnie, ani moralnie, nie ma obowiązku uznawania uchwały SN o ważności wyborów. Same wybory nie były uczciwe i nie powinny być uznane. Dziwne, że Rada Europy toleruje ten stan rzeczy. Dziwi postawa społeczeństwa. Przede wszystkim, patrząc konstytucyjnie, wybory nie były równe, bo nie było równości szans kandydatów. A nie było jej, bo była agitacja rządu i propaganda mediów publicznych za rządowym kandydatem. I takie to były wybory. To, że organ, który działa w budynku SN, uznał wybory za ważne, nie znaczy, że były zgodne z konstytucją.

Te wybory jako nierówne są niekonstytucyjne. A to konstytucja jest najwyższym prawem w Polsce. Jeśli wybory są niezgodne z konstytucją, to są też nieważne, a nie tylko nieuczciwe. Zwycięzca takich wyborów, tak mocno wspierany przez rząd i media publiczne, powinien raczej wstydzić się. Wie, w jakich okolicznościach dostał 2 % więcej głosów i w jakich okolicznościach SN stwierdził ważność wyborów. Zaprzysięganie takiej osoby na najwyższy urząd w państwie i powoływanie się przez taką osobę na konstytucję czy Boga wygląda absurdalnie w takich okolicznościach. Trudno o legitymizację legalną czy społeczną i o szacunek ok. połowy obywateli. Gdyby były uczciwe wybory, nie byłoby problemu ani podważania. Tyle już granic przekroczono niekonstytucyjnymi reformami personalnymi w TK, KRS, SN etc., które mają wpływ na ustrój państwa, że powstaje pytanie, gdzie jest granica tych wszelkich działań? Nie jest nią, jak widać, brak równości szans kandydatów w kampanii prezydenckiej czy bardzo ograniczone podejście organu badającego ważność wyborów (nie badano równości szans). Nie był tą granicą brak wyborów 10 maja. Nie jest tą granicą niekonstytucyjny termin wyborów. Co jest tą granicą, której władza nie przekroczy? Władzy nie obchodzi, że ktoś w sumieniu nie uzna wyborów. Liczy się siła.

Sytuacja jest trudna dla części społeczeństwa, ponieważ nawet przyjmując propaństwową postawę i chcąc mimo wszystko uznać wybory za uczciwe i ważne, to nie da się przyjąć i uznać tego tak po prostu. Trzeba by wyrzec się wiedzy o prawie i państwie. Trzeba by godzić się na nieprzyzwoite wzorce w wyborach. Oto jest Prezydent wybrany w nieuczciwych wyborach. Oto ich ważność stwierdza organ, o którym trudno mówić, że jest w pełni sądem. Ten organ nawet nie walczy o swoją legitymizację. I tu nie chodzi o to, że ów organ nie unieważnił wyborów. Chodzi o to, że nie wspomniał o ich nieuczciwości; że nie próbował podjąć kompleksowej analizy wyborów. Tak nie można. To też „kwestia smaku” (Herbert). Sędziowie: więcej cywilnej odwagi! Jest pudor.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA