fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prawo drogowe

Prawo drogowe: Fotoradary pod nadzorem policji

Fotorzepa/Krzysztof
Fotoradary poprawiają bezpieczeństwo. Straż miejska nie powinna jednak dostać ich z powrotem. Nie powinny też stać w magazynach, tylko na drogach pod nadzorem policji, która jest najskuteczniejsza w karaniu – wskazuje w rozmowie z Agatą Łukaszewicz Wojciech Pasieczny, wiceprezes Fundacji Zapobieganie Wypadkom Drogowym.

Ma pan wieloletnie doświadczenie w policyjnej drogówce. Widział pan niejeden tragiczny w skutkach wypadek drogowy. Czy zniknięcie z dróg fotoradarów straży miejskich może mieć przełożenie na zauważalny w tym roku wzrost liczby wypadków na drogach? I to tych najtragiczniejszych?

Wojciech Pasieczny: Tak. Fotoradary, czy się to komuś podoba czy nie, w znacznym stopniu poprawiają bezpieczeństwo. Niedowiarkom przedstawię dane: w 2006 r. policja miała do dyspozycji 60 fotoradarów, które ustawiała na 292 masztach. W 2007 r. policja dysponowała już 127 fotoradarami, straże miejskie 99, które wystawiano na 821 masztach i punktach kontrolnych. Dla oceny wpływu fotoradarów na poprawę bezpieczeństwa w ruchu drogowym na terenie Polski w 2008 r. wytypowano 744 punkty kontrolne, co stanowi 61 proc. ogółu wykorzystywanych miejsc, w których ustawione są maszty do montowania fotoradarów, Wyniki analizy wykazały, że w miejscach ustawienia fotoradarów liczba wypadków zmalała o 17,2 proc., osób rannych o 23,8 proc. i zabitych o 21,6 proc. Nie ma mocniejszych danych, które uzasadnią, że fotoradary są bardzo skutecznym narzędziem w walce o zwiększenie bezpieczeństwa na drodze. Jeśli ktoś nie czuje się jeszcze przekonany, to powiem, że w 2015 r. liczba ofiar śmiertelnych spadła poniżej 4 tys. Przez lata statystyki były dużo gorsze.

Słyszę, że jest pan zwolennikiem fotoradarów?

Tak. Wszelkich rodzajów kontroli prędkości – stacjonarnych i mobilnych.

Tych fotoradarów ustawianych w krzakach też?

Tak. Uważam, że miejsca, w których ustawiane są urządzenia, nie powinny być oznakowane. Tak jest np. w Szwajcarii. Kierowca ma jechać zgodnie z przepisami przez całą drogę, a nie zwalniać tylko na moment w kontrolowanych miejscach.

To, co pan mówi, jest dziś niepopularne. Wielu kierowców bardzo krytycznie podchodzi do rozbudowy sieci fotoradarów. Twierdzą wręcz, że chodzi głównie o zarabianie na nich. Działanie tych, które leżały w gestii straży miejskich, skrytykowała też Najwyższa Izba Kontroli.

I w wielu przypadkach krytyka była uzasadniona. Niektóre gminy przez swoje działania zaprzepaściły najważniejsze zadanie, jakie mają wypełniać fotoradary. Wykorzystywały urządzenia w sposób niezgodny z ich przeznaczeniem, chciały jak najwięcej zarobić. I przez to teraz wszyscy cierpimy. Badałem umiejscowienie urządzeń w stolicy, wypadło bez zarzutu. Urządzenia ustawiono tam, gdzie było to podyktowane względami bezpieczeństwa. W Polsce bywało już różnie. Sam byłem świadkiem zatrzymania kierowcy za nadmierną prędkość tuż po przekroczeniu tablicy informującej o wjeździe na teren zabudowany. Nie o to przecież chodzi.

Rezygnacja z fotoradarów straży miejskich to jedyny powód rosnącej liczby tragicznych w skutkach wypadków drogowych?

Zmniejszyła się liczba fotoradarów – to fakt. Tragicznych wypadków jest więcej – to też fakt. Nie uważam wcale, że straż miejska powinna z powrotem dostać fotoradary. Nie potrafiła z nich korzystać zgodnie z prawem, to je po prostu utraciła. Ale te urządzenia nie powinny stać w magazynach, tylko na drogach.

Takie było założenie. Fotoradary miała przejąć policja...

I na założeniach się skończyło. Minęło osiem miesięcy i nic, poza deklaracjami, nie zrobiono. Od zawsze policja była najskuteczniejsza w karaniu za wykroczenia ujawnione przez fotoradary. Straże miejskie czy Inspekcja Transportu Drogowego wysyłały właścicielom aut oświadczenia do wypełnienia. Każde przewiduje trzy możliwości. Kierowcy najczęściej wybierają tę trzecią, czyli płacą większy mandat bez wskazania kierowcy. Nie dostają też punktów karnych. Straż czy ITD przyjmują oświadczenia bez wahania. Z policją było inaczej. Ta cały czas poszukiwała tego, kto popełnił wykroczenie. Ma przecież dostęp do ewidencji praw jazdy, jest w stanie porównać kierowcę ze zdjęciem z fotoradaru. Kiedy ujawniła fałszywe wskazanie, kierowała do prokuratury zawiadomienie o składaniu fałszywych zeznań. Podczas przesłuchania w prokuraturze często właścicielowi auta wracała pamięć czy wręcz się odświeżała.

Kierowcy często tłumaczą, że nie stosują się do znaków drogowych, w tym tych ograniczających prędkość, ponieważ są ustawiane bezmyślnie, bez powodu, często gęsto się wykluczają. Znakowy bałagan na drogach potwierdziła też NIK w specjalnym raporcie. Miał zapanować porządek, ale jeżdżąc po Polsce, trudno odnieść wrażenie, że tak się stało.

Są dwa aspekty tego zagadnienia. Istotnie spotyka się nieprawidłowe oznakowanie. Ale gdy pytałem osoby tak twierdzące, czy zgłosiły do policji lub zarządcy drogi swoje uwagi odnośnie do nieprawidłowego oznakowania, zawsze uzyskiwałem negatywną odpowiedź. Niech to zrobi ktoś inny. Mam fotografie pokazujące, że w Łomiankach pod Warszawą było błędne oznakowanie prędkości: dla samochodu osobowego maksymalna dozwolona prędkość wynosiła 40 km/h, dla samochodów ciężarowych 70 km/h i kierujących samochodem ciężarowym obowiązywał zakaz wyprzedzania. Widząc ten absurd, zgłosiłem go do naczelnika Wydziału Ruchu Drogowego właściwej Komendy Powiatowej Policji. A przecież ktoś te znaki tam ustawił, ktoś odebrał odcinek drogi, policjanci i inni kierowcy jeździli i nikt nie reagował.

Aspekt drugi jest następujący: był remont drogi, zabrano urządzenia, ograniczenie prędkości pozostało. Kierowcy są zbulwersowani. Ale żaden z nich nie sprawdził, czy droga została odebrana, a może po remoncie nie są spełnione wszystkie założenia i parametry i dlatego obowiązuje jeszcze ograniczenie prędkości.

Co najbardziej gubi polskich kierowców?

Brawura, bezmyślność, bezgraniczne zaufanie do swoich umiejętności, najczęściej niczym nieuzasadnione. Tak najprościej mówiąc: przekonanie, że o 10 czy 20 km więcej niż dopuszczalna prędkość można pojechać... A prawda jest taka, że nie można.

A jakość dróg, infrastruktura drogowa nie mają żadnego wpływu na wypadkowość?

Oczywiście, że na bezpieczeństwo mają, ale na większą liczbę tragicznych wypadków chyba raczej nie. Proszę pamiętać, że mamy coraz więcej lepszych dróg, a liczba wypadków tragicznych rośnie. Zresztą najczęściej do tych tragicznych zdarzeń dochodzi na autostradach. Hulaj dusza piekła nie ma – myśli kierowca i pruje 200 km na godzinę. Najgorsze jest to, że najczęściej pozostaje bezkarny – jeżdżę ostatnio dużo autostradami i policji drogowej na nich nie widziałem. Najwięcej wypadków w Polsce w przeliczeniu na km drogi jest na autostradach – właśnie na najlepszych drogach.

Skoro mówimy o konsekwentnym karaniu kierowców, to trzeba wskazać, że surowe kary nie działają na wielu z nich. Rok temu w maju wprowadzono przepis, który pozwala policji na odbieranie prawa jazdy na drodze kierowcom, którzy przekroczą dozwoloną prędkość o więcej niż 50 km na godzinę. Miało pomóc, a jak widać, nie pomogło.

Ależ oczywiście, że pomogło. To bardzo dobra zmiana. Nieskromnie dodam, że stołeczna drogówka już 12 lat temu proponowała jej wprowadzenie. Problem tylko w tym, że przepis ten dotyczy jedynie przekroczeń prędkości na terenach zabudowanych, a fotoradary ustawiane są na wszystkich drogach poza autostradami i drogami ekspresowymi. Kara nie musi być bardzo surowa, ale nieuchronna. Niech to będą trzy miesiące czy pół roku bez prawa jazdy, niech kierowca pojeździ autobusem czy wyda pieniądze na taksówki. Będzie miał nauczkę, że przepis działa. Dotrze to też do jego bliskich i znajomych. Skutek prewencyjny murowany.

Skoro na drogach jest niebezpiecznie, to wygląda, że mamy bardzo kiepskich kierowców, źle szkolonych...

Nie do końca jest to prawda. I oczywiście ta niska ocena nie dotyczy wszystkich. Wiele na sumieniu mają też media. Przy okazji głośnych tragicznych wypadków przez dwa trzy dni zagadnienie bezpieczeństwa nie schodzi z łam gazet czy telewizyjnej anteny. Potem przychodzi zwykła szara rzeczywistość i nikt o bezpieczeństwie już nie wspomina. Temat wraca dopiero przy okazji kolejnej tragedii na drodze. A przecież nie o to chodzi. Trzeba inwestować w prewencję. Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, ile osób ginie na drogach. Więcej niż w niejednym zamachu terrorystycznym. Przykład? W 2015 r. na całym świecie od zamachów terrorystycznych zginęło 1539 osób. W tym samym czasie na polskich drogach śmierć poniosło 2612 osób.

Jest jakaś szansa na poprawę?

Zawsze jest. Ludziom trzeba uświadamiać zagrożenie. A ono płynie nie tylko ze strony kierowców. Stanowią go też rowerzyści, wyprzedzanie z prawej strony, przeciskanie się między samochodami itd.; szalejący motocykliści, piesi przechodzący przez jezdnię. gdzie im pasuje. To jedyny sposób. by poprawić statystyki oraz ochronić życie własne i innych.

Wojciech Pasieczny jest byłym policjantem, który w Wydziale Ruchu Drogowego Komendy Stołecznej Policji przepracował ponad 20 lat. Obecnie jest wiceprezesem Fundacji Zapobieganie Wypadkom Drogowym, której celem jest ograniczenie zagrożeń i podniesienie poziomu wiedzy oraz świadomości społecznej w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego oraz biegłym sądowym do spraw wypadków.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA