fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Pomysł Macrona budzi strach

Emmanuel Macron od 2019 roku lansuje pomysł, by szefem Komisji Europejskiej był kandydat wskazany przez zwycięską partię jeszcze w czasie kampanii wyborczej
AFP
Dwa lata potrwa debata o przyszłości Europy. Na razie budzi więcej niepokoju niż entuzjazmu.

9 maja ruszą prace Konferencji na rzecz Przyszłości Europy. Politycy i obywatele mają przez dwa lata debatować, co w Europie poprawić, a potem ich pomysły mogą zostać wprowadzone w życie.

Oficjalnie można tylko temu przyklasnąć: Unia bliżej obywateli, w poszukiwaniu demokratycznych modeli zarządzania. Nieoficjalnie słychać obawy o wizerunkową katastrofę.

Co zmieniać

Wszystko zaczęło się w maju 2019 roku, gdy Emmanuel Macron w wywiadzie rzucił pomysł nowej konwencji dla Europy. Od razu sojusznikiem prezydenta stał się Parlament Europejski, który upatruje w tym szansy na przeforsowanie zmian instytucjonalnych zwiększających własne znaczenie.

W szczególności zależy mu na skodyfikowaniu idei tzw. kandydatów wiodących (z niemieckiego – Spitzenkandidaten). To zasada niezapisana w traktatach, ale zastosowana w 2014 roku pod wielką presją PE, przewidująca, że przewodniczącym Komisji Europejskiej zostaje kandydat wskazany przez zwycięską partię jeszcze w czasie kampanii wyborczej do Parlamentu. Raz się udało – szefem KE został wiodący kandydat chadeków Jean-Claude Juncker. Ale już pięć lat później, ku wielkiemu niezadowoleniu PE, Rada Europejska oparła się naciskom i nie wskazała żadnego z wiodących kandydatów, choć na liście miała nawet trójkę: chadeka Manfreda Webera, socjalistę Fransa Timmermansa i liberałkę Margrethe Vestager. Teraz czołowi eurodeputowani chcieliby powrotu do dyskusji.

Drugim kontrowersyjnym z punktu widzenia rządów państw członkowskich postulatem są tzw. listy ponadnarodowe. To pomysł federalistów z PE: możliwość głosowania w wyborach na europejskie, a nie narodowe kandydatury. Wszystko to ma służyć zwiększeniu znaczenia Parlamentu.

Na poparciu PE zależy nowej przewodniczącej Komisji Ursuli von der Leyen. Musiała także odwdzięczyć się Macronowi za to, że zaproponował ją na to stanowisko. Dlatego Niemka w swoim programie zapisała powołanie takiej konferencji.

– Początkowo byłem bardzo sceptyczny, gdy zobaczyłem to w programie von der Leyen. Ale zmieniłem zdanie, gdy zorientowałem się, że pomysł popierają Niemcy – mówi „Rzeczpospolitej" politolog Janis Emmanouilidis. Faktycznie pod koniec ubiegłego roku powstał francusko-niemiecki dokument określający cele i ramy czasowe takiej konferencji. Oba kraje zaproponowały, by na równych prawach kierowali nią przedstawiciele trzech instytucji: PE, unijnej Rady (państw członkowskich) oraz Komisji Europejskiej, z silnym zaangażowaniem obywateli. To byłaby demokratyczna nowość: zorganizowane na szeroką skalę konsultacje obywatelskie.

Jak zmieniać

Krytycy konferencji wskazują, że to jedyny plus tego przedsięwzięcia. – Nigdy za dużo dialogu z ludźmi. Ale generalnie to może być katastrofa. Trzeba zrobić wszystko, żeby ograniczyć jej rozmiary – mówi nam nieoficjalnie jeden z unijnych dyplomatów. Nieoficjalnie – bo formalnie nikt nie chce krytykować przedsięwzięć przedstawianych jako demokratyzacja UE. – Przede wszystkim Unia, wbrew temu co tłumaczą politycy w rodzaju Guya Verhofstadta, nie jest w głębokim kryzysie. Poparcie dla UE w wielu krajach jest najwyższe od lat. Oczywiście są rzeczy, które trzeba zmienić i poprawić, ale do tego nie jest potrzebna konferencja – uważa nasz rozmówca. Według niego ryzyko inicjatywy polega na tym, że będzie właśnie forsowana teza o głębokim kryzysie Unii, która miałaby uzasadnić potrzebę zmian. I na haśle kryzysu będzie się skupiać uwaga opinii publicznej.

Zwolennicy, nawet umiarkowani, wskazują jednak, że konferencja ułatwi wprowadzenie koniecznych zmian. – W różnych sprawach nasza analiza sytuacji jest dobra, np. w sprawie reformy strefy euro czy systemu imigracji. Ale nie ma silnego impulsu do zmian. Konferencja mogłaby go dać – uważa Emmanouilidis.

Wiele państw członkowskich obawia się też, że efektem konferencji może być propozycja zmian traktatowych. A takie czasem wymagają referendów, co w przeszłości prowadziło do prawdziwych kryzysów, np. po fiasku głosowań w Holandii i Francji. Jest kilka krajów, które z góry chcą wykluczenia ewentualności zmian traktatowych. Polska, która w przeszłości do nich namawiała, teraz jest w grupie umiarkowanej. – Uważamy, że trzeba poczekać, co wyniknie z konsultacji – mówi polski dyplomata.

Do rozstrzygnięcia przed majem pozostają kwestie proceduralne, a przede wszystkim, kto będzie stał na czele konferencji. Przez moment pojawił się pomysł, żeby to był belgijski liberał Guy Verhofstadt. Polityk charyzmatyczny, ale kontrowersyjny, przekonany do idei stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. – Takie federalistyczne poglądy podziela może 5 proc. Europejczyków – mówi krytycznie unijny dyplomata. Belg na pewno będzie we władzach konferencji, ale niewykluczone, że będą to władze kolegialne. Osoba Verhofstadta może bowiem sprawić, że prace konferencji będą szły w kierunku zbyt federalistycznym, co nie podoba się rządom unijnych państw.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA